Wiedźmin. Sezon burz – recenzja

 

 Z ostrożnością dziewczęcia, co to i chciałoby i boi się, sięgnęłam po tę lekturę. Żebyście nie mieli złudzeń – kupiłam przedpremierowo i już 31 października wyciągnęłam pazernie z otchłani paczkomatu. Po czym książeczka zajęła miejsce honorowe na szafce przy łóżku. I tak se leżała, leżała…  dobrych kilka dni tak leżała. Ja patrzyłam podejrzliwie na nią, a ona łyskała pierunami z okładki na mnie. Okładka nota bene, że pozwolę sobie grubego eufemizmu użyć, nie zachwyca. Suma sumarum przeczytać się odważyłam dopiero po tygodniu. I nie żałuję! Żal mi jedynie, że już się skończyło.

Sezon burz zabiera nas z powrotem na wiedźmiński szlak. Niespodziewanie, z zaskoczenia, porywa z siłą tsunami. Z rozkoszą pochłaniałam kolejne kartki, odurzając się przewrotną kombinacją erudycji i prostactwa. Nie znam autora, który z równą wirtuozerią łączyłby rynsztok z elokwencją. Ten kontrast autor rewelacyjnie wykorzystuje tworząc efekt realizmu, komizmu, bądź innego izmu – zgodnie z założeniem własnym lub poziomem wrażliwości lingwistycznej Czytelnika. Jedyne, co mi trochę momentami zgrzytało, to nadmiar współczesnego słownictwa. Tak jakoś odczułam, że nieco za dużo tych wtrętów.

Akcja toczy się wokół perypetii Geralta, związanych z próbą odzyskania wiedźmińskich mieczy, które ktoś mu bezczelnie zaiwanił. A wiedźmin bez mieczy… poradzi sobie choćby i klepką wrogów naparzając. Przy okazji, a nawet niejako celowo, czarodzieje płci obojga próbują wykorzystać Wilka do własnych celów. Taki to już gatunek. Jak pamiętamy, z magami Geralta wiążą zazwyczaj stosunki dwojakiego rodzaju: albo on chędoży, albo jego chędożą. Kismet.

Faktycznie, zgodnie z zapowiedzią, oprócz starych znajomych pojawiają się i nowe postacie. Jak zwykle świetnie skonstruowane. Sapkowski ma talent, który pozwala mu w kilku słowach wykreować bohatera. Wykreować czyli stworzyć istotę wielowymiarową, nietransparentną, żywą. Rzadki to dar, rzadka umiejętność. Nawet postacie n-tego planu nie są płaskie ani nudne, o ile w zamierzeniu nudne być nie mają.

Wszelkie słowa krytyki w stylu: „Kasa mu się skończyła, to napisał” (Sapkowski znaczy się), uważam za bzdet totalny, szczyt obłudy i hipokryzji. Mnie tam się kasa kończy co miesiąc i potulnie dzień w dzień udaję się do pracy (szczęściem ją lubię), nie poczytując tego za ujmę na mym własnym ekhm… honorze. I większość pyskaczy takoż, jak mniemam. A pisarz od tego jest, by pisał – taka robota. Że pisze to, co ludzie chcą czytać? Więcej nawet, że pisze to, o co go namolnie od lat nagabywano? No proszę Was…

Sapkowski sam w sobie stanowi klasę, do której wielu innych nigdy nie doskoczy. Niezależnie od tego, co pisze. Nie wszystko mnie porwało, nie wszystko zafascynowało, nie wszystko było w moim klimacie – Wiedźmin moim faworytem jest, ze szczególnym uwzględnieniem opowiadań – ale wszędzie, w każdym dziele Autor pokazuje świetny, profesjonalny warsztat pisarski. Zarzut wtórności, że niby Wiedźmin znowu to samo: zabija, filozofuje, chędoży czarodziejki (zdaje się po mistrzowsku), po prostu mnie bawi. Pewnie że to samo. Takiego Geralta pokochali wszyscy i takiego chcieli. Trudno oczekiwać, coby nagle, po cyklu opowiadań i całej sadze, odmienił mu się charakter i sposób bycia. Czy byłby to wtedy jeszcze ten sam Biały Wilk?

Jeśli więc czekaliście na powrót Geralta z Rivii – oto jest. W całej krasie. Taki jak był – niereformowalny. I ja osobiście się z tego cieszę.