Jay Kristoff “Tancerze burzy” – recenzja

Steampunk od jakiegoś już czasu całkiem nieźle sobie poczyna na fantastycznym podwórku. Przeglądając Internet nie raz i nie dwa natrafić można na różnorakie gadżety bądź stylizacje związane z tym nurtem. Mimo całej tej popularności mnie nie było po drodze, by sięgnąć po jakąkolwiek książkę osadzoną w tym świecie. Przekornie, tym, co skłoniło mnie, aby zapoznać się z „Tancerzami burzy” autorstwa Jaya Kristoffa, również nie był fakt, iż książka zaliczana jest do historii steampunkowych. Tym, co zwróciło moją uwagę na tę pozycję, była ciekawa grafika okładkowa oraz zapowiedź wizyty na orientalnym Dalekim Wschodzie.

Kristoff zabiera Czytelnika do położonego na wyspach Cesarstwa Shimy, stylizowanego na Japonię sprzed wieków, taką, która prostemu zjadaczowi chleba znana jest z telewizyjnych seriali bądź innych dzieł osadzonych w tych klimatach. Jednakże powieść nie byłaby niczym wyróżniającym się, gdyby autor nie wplótł w tamtejszą cywilizację – jej kulturę, wierzenia, społeczny podział – wymyślonych przez siebie elementów. I tak oto w Shimie opisanej na kartach „Tancerzy burzy” życie obraca się wokół krwawego lotosu, uprawnej rośliny, z której wytworzyć można niemal wszystko – od paliwa, poprzez żywność, aż po używki. Władzę nad całą tą wyspiarską krainą sprawuje młody szogun Yoritomo – ambitny, acz bezwzględny człowiek, który każdego, kto stanie mu na drodze do osiągnięcia wymarzonego celu, karze w surowy, bolesny oraz zazwyczaj krwawy sposób. Gdy pewnego poranka wspomniany cesarz oznajmia, iż pragnie posiadać gryfa, dla jego podwładnych nic nie staje się ważniejsze, niż zadowolenie władcy oraz spełnienie jego woli. Problem tylko w tym, że na równi z tym, jak lotos jest uniwersalny, jest tak samo toksyczny. W zastraszającym tempie wyjaławia i tak już zniszczoną jego hodowlą przyrodę Shimy, a na skutek skażenia środowiska Tygrysy Gromu (gdyż tak zwane są gryfy) zniknęły z powierzchni świata już przed wieloma wiekami. Yoritomo jednak nie należy do osób, dla których taka błahostka byłaby istotna. A że „pan każe, sługa musi”, Czarny Lis Shimy i Mistrz Łowów w jednym, wraz ze swymi towarzyszami, wyrusza na poszukiwania bestii z mitów i legend, zaś dla czytelnika zaczyna się zabawa.

Szczerze powiedziawszy, początkowo lektura „Tancerzy burzy” szła mi bardziej jak po grudzie, aniżeli jak po maśle. Zapewne stało się tak za sprawą mnogości ozdobników i barwności stylu, na jakie pokusił się Kristooff oraz ze względu na zetknięcie ze stosunkowo sporą ilością obcobrzmiącego słownictwa. Dodatkowo wydarzenia w pierwszej części powieści nie mkną z zawrotną prędkością, a raczej płyną wolnym strumieniem. Jednakowoż stylu i języka zastosowanych przez twórcę nie można uznać za wadę czy minus książki. Gdy człowiek złapie już rytm i melodię, z jakim autor zaplótł słowa w swej opowieści, nie trudno dostrzec, iż taki sposób przedstawienia narracji niezwykle dobrze odzwierciedla orientalny klimat historii, uwiarygodnia ją, a zarazem pobudza wyobraźnię.

Jak już wspomniałam, akcja powieści nabiera tempa stopniowo, choć na przystawkę czytelnik dostaje intensywną i obfitującą w napięcie scenę, ale w jej kulminacyjnym momencie następuje przerwa, by odbiorca mógł zapoznać się z wydarzeniami, jakie doprowadziły do wspomnianej sytuacji. Kristoff nie żałował elementów prezentujących i opisujących świat, w którym osadzona została jego historia, dzięki czemu nie ma się większego problemu ze zrozumieniem reguł nim rządzących. A wszystko to, co nie zostało wyjaśnione w treści, można sprawdzić w dołączonym do całości słowniczku. Dla mnie historia nabrała rumieńców od momentu, w którym główna bohaterka – Yukkiko – stanęła oko w oko z podniebną bestią. Jest to punkt zwrotny opowieści, po którym życie wspomnianej dwójki wchodzi na nowe, nieznane dotąd tory i nic nie jest już takie, jak było przedtem.

Jeśli już mowa o bohaterach wykreowanych przez autora, trzeba przyznać, że zręcznie poradził sobie ze stworzeniem różnorodnych osobowości. Jednocześnie są to jednostki wiarygodne i, mimo że czasem ich zachowanie wydaje się sztuczne, wynika to raczej z różnic kulturowych pomiędzy Europą a Japonią, niż potknięć autora. Na kartach „Tancerzy burzy” spotykamy postacie, które od pierwszego momentu są w stanie zaskarbić sobie sympatię, takie, co do których od razu wie się, iż raczej nigdy nie zdobędą nagrody publiczności oraz te skryte za woalem tajemnicy. Podział na „tych dobrych i tych złych” w powieści Kristoffa jest wyraźny, ale można też zostać zaskoczonym.

Opis z okładki zapowiada, iż biorąc książkę do ręki sięgamy po japoński steampunk. Jednak, o ile sama Shima – jej tradycja, wygląd, kultura zostały opisane wystarczająco dokładnie, o tyle, jak na moje niewprawne oko, składników, jakimi powinien charakteryzować się wspomniany rodzaj literatury w „Tancerzach burzy” było raczej niewiele. Ot, sterowce, mechaniczne zbroje, broń czy „gadżety dla bogaczy” – to wszak za mało, zwłaszcza, gdy są tylko pobieżnie opisanymi dodatkami, a cała treść skupia się właściwie na relacji między głównymi bohaterami. Dlatego też, osobiście, uznałabym książkę za przygodowe fantasy z elementami steampunku, aniżeli historię stricte w tym stylu.

„Tancerze burzy” okazali się przyjemną oraz interesującą lekturą, która na kilka wieczorów zabrała mnie w świat orientu, i która z pewnością zadowoli niejedną osobę. Sama chętnie sięgnę po dalsze losy Yukkiko i jej skrzydlatego przyjaciela.

Za egzemplarz do recenzji dziękuje wydawnictwu Uroboros

 

About WereWolf

Zły Wilk

View all posts by WereWolf