Demon Luster – recenzja

 I oto powracają do nas Ida Brzezińska i jej Pech, a wraz z nimi pozostali bohaterowie wykreowani przez Martynę Raduchowską w jej debiutanckiej powieści Szamanka od umarlaków. Nie będę ukrywać, że tym, co wzbudziło we mnie żądzę posiadania, była… okładka. Rewelacyjna ilustracja Dominika Brońka jest idealnym odzwierciedleniem klimatu opowieści, a jednocześnie sama w sobie jest źródłem wielu emocji. Niepokoi i zaciekawia, i robi wrażliwemu czytelnikowi jeszcze wiele innych rzeczy (że niby ja ta wrażliwa jestem). W każdym razie – przyciąga. Niestety, wersja recenzencka w miejscach newralgicznych przyozdobiona jest paskudnymi żółtymi plackami, które biedną mnie gryzą w gałki oczne.

O ile Szamanka od umarlaków była, w moim odbiorze, miłym debiutem, ot sympatyczna lektura dla relaksu, o tyle Demon jest prawdziwie interesującą historią. Widać wyraźną różnicę zarówno w sposobie prowadzenia akcji, budowania intrygi, tudzież intryg, i nawet postacie ewoluują na zdecydowanie wyższy level pod względem konstrukcji psychologicznej. Dzięki temu powieść zyskuje głębię, której brakowało poprzedniej części. Sama Ida, pod wpływem dotychczasowych przeżyć, staje się naprawdę ciekawą protagonistką (w sensie: całkiem wredną, inne są zdecydowanie mniej interesujące), co więcej jej osobowość jest adekwatna zarówno do wieku (młodego przypomnijmy) jak i dotychczasowych doświadczeń. Nie to, żeby polubiła swój oryginalny dar widzenia i słyszenia zdechlaków wszelakich, ale jak się nie ma, co się lubi… W końcu ileż można się brzydzić zdefragmentowanych bytów pośmiertnych, z czasem się człowiek na takie pierdoły uodparnia. Chociaż niekiedy trudno jest odróżnić wizje i rzeczywistość. Ale kiedy nawet duch ciotuni (tak, tak, Tekla nadal z nami) twierdzi, że Ida ma zwidy, czas pomyśleć o własnym zdrowiu psychicznym, zwłaszcza że i soma szwankuje.

Przysięga, złożona niebacznie żonie Mikołaja Kwiatkowskiego alias Jednookiego Kanibala (to ten czarnoksiężnik z wyłupanym oczkiem z Szamanki), skutkuje całkiem realnym częściowym opętaniem bohaterki, ale też niesie ze sobą widmo niebytu. I o ile skutki opętania (a przynajmniej ich część) wprawiają w euforię podkomisarza Kruszyńskiego, familiarnie zwanego Kruchym, a przez Teklę również wieloma innymi określeniami (cioteczka w formie jest, mimo że jakby nieżywa), to już rozpłynięcie się w nicość nie bawi nikogo, a szczególnie Idy (się osobiście nie dziwię). Trzeba zatem jak najszybciej znaleźć odpowiednie lustro, to z przejściem do piekieł… Tyle że do odpowiednich piekieł i najpierw trzeba się nauczyć przechodzić przez lustra (a Tekla już dawno zapowiedziała, że tej sztuki naszej Szamance nie pokaże), i jeszcze trzeba tam znaleźć Mikołaja i jeszcze kilka innych rzeczy trzeba. A czasu jakby coraz mniej… I jeszcze Pech. Nie zapominajmy o Pechu, bo a nuż się podlec zemści. On ma coś na kształt fobii i nie lubi, jak się go pomija. Jakiś kompleks niższości może, czy co?

Dodatkowo okazuje się, że WON (Wydział Opętań i Nawiedzeń) nie jest wolny od rozgrywek politycznych i czysto, a może raczej nieczysto, międzyludzkich. Gdzie są ludzie, zawsze znajdzie się odrębny punkt widzenia i siedzenia, a że niektórzy siedzenia mają niejako solidniejsze (można rozumieć jak kto woli, każda interpretacja będzie poprawna), to i życie mogą innym skomplikować.
Tak naprawdę szalenie interesująca (z naciskiem na szalenie)jest sama postać Demona Luster i nie należy tego składać na karb mojej prywatnej zwichy i fascynacji męskimi draniami w literaturze. Niewątpliwie bohater niejednoznaczny oraz pokręcony (nie w sensie podagry) jest bardziej inspirujący niż praworządny, poukładany, dobry i miły. Kusiciel Raduchowskiej w całej rozciągłości potwierdza tę tezę i udowadnia, że, jak zwykle, mam rację. :-P Sama bym się skusiła. Chociaż, moim prywatnym zdaniem, i tak kto inny w tej książce zasługuje na miano dewianta numer jeden. Ale, żebyście sobie mogli sami wyrobić zdanie na ten temat, musicie wpierw to przeczytać.
Mimo zagłębienia się w zdecydowanie mroczniejsze klimaty, książka nie traci na lekkości odbioru – język pozostaje wartki i soczysty, a humor iście sarkastyczny. Jednocześnie autorka sprawnie żongluje emocjami i wprawnie stopniuje napięcie, nie raz kusiło mnie, aby zajrzeć, co będzie dalej. Postacie, z którymi mamy do czynienia, zarówno te znane z pierwszej części, jak i te nowo wprowadzone na karty powieści, są barwne i różnorodne. Mam kilka swoich typów, które preferuję. ;-) Podoba mi się jednak przede wszystkim pomysł i kierunek, w jakim pisarka poprowadziła akcję. To fabuła jest najważniejszym atutem tej powieści. A wszystko razem sprawia, że jest niesztampowo i nienudno. Można się naprawdę pogrążyć w lekturze, zapominając o otaczającej rzeczywistości. Oczywiście znalazłoby się kilka niedoróbek czy słabszych momentów, ja jednak wolę widzieć szklankę do połowy pełną, a zawartość tej szklanki jest zaiste intrygująca. Osobiście wszczęłam już akcję molestowania autorki o kontynuację. Dołączycie?

Tytuł: Demon Luster
Autor: Martyna Raduchowska
Cykl: Szamanka od Umarlaków
Tom: 2
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: 17 stycznia 2014
Liczba stron: 460
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Cena: 37,90 zł