Ian Tregillis „Mroczna geneza” – recenzja

A gdyby tak o losach II wojny światowej zadecydować mieli niemiecki naukowiec wraz ze stworzoną przez siebie grupką nadludzi oraz kilku brytyjskich czarowników? Taką oto alternatywną wizję historii świata Ian Tregillis postanowił przedstawić w swej opowieści pt. „Mroczna  geneza”.

Jest rok 1939. Atmosfera w Europie jest już mocno napięta, a wybuch wojny zbliża się wielkimi krokami. W ręce brytyjskiego wywiadu trafiają materiały, których zawartość przeczy zdrowemu rozsądkowi i zasadom fizyki, przez co początkowo uznane zostają za zwykły fotomontaż. Mimo wszystko, by sprawdzić ich wiarygodność, zostaje powołana specjalna komórka MI6. To, co udaje się w końcu ustalić, nie wróży dobrze przyszłości ludzkości.

Alternatywnych wizji historii świata w literaturze fantastycznej jest wiele, a niemała część z nich poświęcona jest temu, by zaprezentować czytelnikowi przebieg II wojny światowej odmienny od tego, jaki znany jest z podręczników szkolnych. W „Mrocznej genezie” Ian Tregillis postanowił przedstawić swoją własną wariację tego tragicznego okresu dziejów.

Teoretycznie książka ma wszystko to, co mieć powinna, a sam pomysł na zawartą w niej historię, choć niecałkiem odkrywczy, był wystarczająco interesujący, aby przykuć moją uwagę – zwłaszcza iż lubię powieści osadzone w czasach, na jakie zdecydował się autor. Lecz po skończonej lekturze miałam uczucie niedosytu i, co gorsza, nawet obecnie dość ciężko sprecyzować mi, cóż było jego przyczyną.

To, o czym trzeba pamiętać, to fakt, iż historia stworzona przez Tregillisa stanowi pierwszy tom składającego się z trzech części cyklu zwanego Tryptykiem Milkweed, a co za tym idzie jest wprowadzeniem w pomysł, jaki zrodził się w głowie autora. Jednak po przeczytaniu książki, odniosłam wrażenie, że twórca tak poprowadził wydarzenia, iż na dobrą sprawę „Mroczna geneza” mogłaby stanowić zamkniętą całość. Z jednej strony może to oznaczać, iż czuje się bardzo pewnie w swej opowieści i doskonale wie, jak ją rozwinąć, by wzbudzić ciekawość czytelników, bądź równie dobrze może to być objaw tego, że Tregillis nazbyt pospieszył się ze składaniem elementów układanki, a kolejny tom będzie „ciągnięty na siłę”, byle tylko stworzyć jakąś kontynuację serii. Ale o tym przyjdzie się przekonać zainteresowanym odbiorcom dopiero wtedy, gdy Wydawnictwo Mag zdecyduje się oddać w ręce czytelników kolejne części cyklu. Oczywiście pozostało kilka niezamkniętych wątków, które przy sprawnym pokierowaniu mogą okazać się przynajmniej ciekawymi, aczkolwiek mam pewne obawy, czy autor zdoła udźwignąć ten ciężar.

Z historycznego punktu widzenia realia wojennego Londynu, i w ogóle świata tamtych czasów, ukazane zostały poprawnie. Twórca „Mrocznej genezy” nie popadł w zbytni dramatyzm, jakiego można by się obawiać w związku z tematyką, ale opowieści z pewnością nie można zaliczyć do radosnych i poprawiających humor. Całość ma mocno pesymistyczny wydźwięk. Jest brutalna, nawet nie tyle od strony fizycznej, gdyż, mimo czasów wojennych, nie ma tu zbyt wiele przelewu krwi, którego czytelnik byłby bezpośrednim świadkiem, jednak od strony psychicznej może przytłaczać, ponieważ momenty, które można by umownie nazwać radosnymi, dają się zliczyć na palcach jednej dłoni.

Akcja rozwija się w sposób dość powolny, autor postanowił zastosować czasowe przeskoki, czasem o kilka dni, czasem mija dobry rok. Powolniejsze momenty przedzielone są scenami, z założenia mającymi wywołać w czytelniku silniejsze emocje. U mnie niekoniecznie je wzbudziły, gdyż, choć dość okrutne, niejednokrotnie zdawały się być wrzucone jakby na siłę, byle bohaterom coś się przydarzyło i mieli co robić, kogo opłakiwać, czego żałować, a z punktu widzenia lektury pierwszej części nie wnosiły do fabuły nic sensownego, a nawet niekoniecznie intrygowały. Ogólnie rzecz ujmując, zdarzały się momenty dość długiej nudy, które nie skłaniały do dalszego poznawania stworzonej przez twórcę historii.

Tregillis w swej powieści postanowił połączyć magię z nauką, lecz w przypadku jego dzieła, oba te czynniki nie stoją po jednej, a po dwóch, przeciwnych sobie, stronach barykady.  Co jakoś szczególnie mnie nie zdziwiło – to Niemcom przypadła część naukowo-badawcza, zaś Brytyjczykom elementy związane ze zjawiskami niekoniecznie z tego świata. Taki podział wydał mi się naturalny, ponieważ, dla mnie osobiście, to Wyspiarze wiążą się z tym, co magiczne, zaś zachodni sąsiedzi z tym, co można „objąć rozumem”. Jeśli chodzi o samą magię, jest ona ukazana w „Mrocznej genezie” w inny niż najpopularniejszy sposób – nikt tu nie włada czarami, nie rzuca zaklęć, a ludzie sami w sobie nie posiadają żadnych nadprzyrodzonych zdolności. Za wszystkim stoją wszechobecne byty, które są w stanie zrobić wszystko i  „użyczają” swej sprawczej mocy. Tyle tylko, że cena za ich usługi jest niezwykle wysoka, zwłaszcza dla sumień niektórych z bohaterów i żadną pociechą nie jest powiedzenie, iż cel uświęca środki.

Natomiast wątek powiązany z Rzeszą opiera się na prowadzonych przez pewnego naukowca eksperymentach, których efektem jest wytworzenie u małej grupy osób zdolności, takich jak władanie ogniem, niewidzialność czy przenikanie przez przedmioty. Zarówno w jednym, jak i drugim przypadku zabrakło mi informacji na temat czy to wspomnianych istot, czy to sposobu, w jaki podopieczni doktora von Westarpa pozyskali swe zdolności. Tregillis ogólnie nie daje czytelnikowi zbyt wielkiego wejrzenia w przeszłość swych bohaterów – na samym początku poznajemy ich, jako kilkulatków, których życie właśnie ma się diametralnie zmienić. Następnie widzimy dorosłych już ludzi, a czas pomiędzy tymi etapami potraktowany został po macoszemu. Choć istnieje szansa, że kolejne tomy przyniosą ze sobą więcej informacji.

Jeśli już o bohaterach mowa, to wyróżnić można trzech głównych protagonistów, z perspektywy których poznajemy składające się na powieść wydarzenia. Są nimi dwaj Brytyjczycy: Marsh i Will oraz Klaus – Niemiec, który potrafi przenikać przez ściany. Jak można się łatwo domyślić, wojenne losy nie potraktowały ich lekko i na każdym odcisnęły swe piętno – strata kogoś bliższego, przymus powrotu do przeszłego życia, od którego chciało się uciec na zawsze, obawa o bliskich i o to, kiedy nadejdzie śmierć –  wywołując przy tym zmiany w charakterach i postępowaniu. Można uznać, iż postacie te są zróżnicowane, a autor skupił się bardziej na opisie ich przeżyć wewnętrznych, rozterek i trudnych wyborów. Nie wiem, czy było to jego zamierzeniem, czy tylko ja je tak odebrałam, ale wspomniani bohaterowie wzbudzali we mnie raczej współczucie aniżeli sympatię, a w mym prywatnym odczuciu autor lekko przesadził z nękaniem ich i rzucaniem kłód pod nogi. Ponadto w całej „Mrocznej genezie” zabrakło mi silnego żeńskiego charakteru, z którym w jakiś sposób mogłabym się identyfikować – do wyliczenia kobiet, występujących w tej powieści, które wypowiedziały choćby krótką kwestię, starczyłyby bodaj aż dwa palce.

Podsumowując, „Mroczna geneza” miała zadatki na interesującą i wciągającą lekturę, jednak Ian Tregillis stworzył przeciętną opowieść, która ma ciekawsze momenty, lecz jest ich na tyle mało, że giną w całości, a wystarczyło jedynie dopracować, rozwinąć pewne elementy, aby zaciekawić i zachęcić czytelników do sięgnięcia po kontynuację. Niemniej, to jedynie moje prywatne odczucia i możliwe, że znajdą się osoby, którym powieść przypadnie do gustu, zwłaszcza jeśli ktoś lubi historie osadzone w czasach II wojny światowej.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Mag.

 

About WereWolf

Zły Wilk

View all posts by WereWolf