Czerwień rubinu – recenzja

„Czerwień rubinu” jest pierwszym tomem Trylogii Czasu autorstwa niemieckiej pisarki Kerstin Gier i należy do literatury młodzieżowej. Warto wspomnieć, że seria ta została przetłumaczona na wiele języków i posiada wysokie oceny na portalach czytelniczych. Już od jakiegoś czasu miałam ochotę po to sięgnąć – z racji bardzo pozytywnych opinii u nas na forum miałam nadzieję na coś dobrego. Przeliczyłam się. Moim zdaniem książka ta jest jedynie przeciętna, jeśli nie powiedzieć słaba.

Fabuła nie jest szczególnie skomplikowana – Gwendolyn jest zwykłą dziewczyną, choć pochodzi z niezwykłego domu. Jej kuzynka Charlotte przygotowuje się do zostania podróżnikiem w czasie (wyliczono, iż to jej trafi się gen, który jej to umożliwi) – ćwiczy szermierkę, języki, intensywnie się uczy historii i dobrych manier. A Gwen? Ona się tylko temu przygląda i stara się ignorować nadętą krewną, która przez wszystkich naokoło utwierdzana jest w swojej wybitności. Ale cóż się stanie, gdy okaże się, że matka Gwen nieco sfałszowała dane i że to na nieprzygotowaną Gwen trafi posiadanie tego niezwykłego genu?

Największą wadą są bohaterowie – wszyscy, bez wyjątku. Gwendolyn to porażająco głupia dziewucha, dla której nie ma znaczenia, czy zmieni bieg historii, która nie ma zamiaru dostosować się do obowiązujących w przeszłości norm, ponieważ jej się one nie podobają (np. nie dygnie ani, dla jasności, w żaden sposób się nie przywita gdyż uważa, że – cytuję – „to głupie”), która siedzi w swojej kulce ignorancji i nie jest w stanie odpowiedzieć na proste pytania z dziedziny historii, wiedzy o społeczeństwie czy geografii (chociażby nie wie, gdzie leżą Karpaty). Dziewczę to dodatkowo kradnie rzeczy z przeszłości, by – uwaga, uwaga – pokazać je swojej koleżance. Jej idiotyczne uwagi, w zamierzeniu zapewne śmieszne, powodowały jedynie, że miałam ochotę ją udusić. W którymś momencie Gwen pomyślała „muszę sobie sprawić nowy mózg” – ja bym powiedziała, że powinna sobie sprawić w ogóle jakiś. Zresztą nie tylko ona szczyci się tu głupotą – jest to cecha rodzinna. Jej matka trzyma ją w niewiedzy, chociaż raczej w najlepiej pojętym interesie dziewczyny jest to, by wiedziała, kim jest i co ją może czekać. Nikt nie twierdził, że ma to na lewo i prawo rozpowszechniać te informacje, starczyłoby, gdyby sama wiedziała – z drugiej strony głupota bohaterki najpewniej spowodowałaby, iż wielki plan jej matki, mający na celu ochronę dziewczyny, ległby w gruzach. Już nawet nie wspominam o tym, co jeszcze przemilczała jej matka (co jest tak potwornie oczywiste już od samego początku…), ani o tym, jak to jedynie rzuca uwagi, nie chcąc podzielić się informacjami z córką. Ale ona nie była najgorsza – ciotka Glenda bije wszelkie rekordy, tak napuszony, egoistyczny, gadatliwy i powtarzający się babiszon nie mógłby istnieć – jak w ogóle jest możliwe stworzenie tak głupiego dorosłego? Toć może jedynie dzieci w przedszkolu mogłyby się tak fochać i każdym (dosłownie!) słowem podkreślać niechęć z powodu tego, iż ktoś nie mógł poradzić nic na to, kim był. Niedojrzałość całej tej rodziny jest porażająca i dziwię się autorce, że odważyła się pokazać to światu.

Z racji tego, iż jest to młodzieżówka, łatwo się domyślić, że znajdzie się tu wątek miłosny, więc to raczej nie będzie spoiler. Otóż element ten został tak niewprawnie tu umieszczony, że zasługuje to jedynie na śmiech – „znamy się tylko dwa dni, spędziliśmy ze sobą ledwo kilka godzin, ale jesteś dla mnie kimś szczególnym i nieważne, że jeszcze chwilę temu przypochlebiałem się Twej kuzynce”. Przecież to nie może być bardziej nieprawdopodobne!

Nie jest łatwo napisać dobrą książkę o podróżach w czasie, łatwo tu wpaść w bagno nielogiczności po szyję i dać się pochłonąć temu niewdzięcznemu bajorku. Z czasem trzeba ostrożnie, łatwo wpaść w pułapkę i z powieści z jakimś tam potencjałem zrobić gniot. W przypadku „Trylogii Czasu” nie wróżę dobrze temu wątkowi – autorka bardzo lekko traktuje „niemieszanie się w historię” – niby bohaterowie mają jakieś tam zasady, ale bez wahania je ignorują. Logika zalewa się łzami.

Jak łatwo się domyślić, nie jestem zadowolona. Chociaż sama historia ma jakiś potencjał, to bohaterowie go zadeptali buciorami głupoty i trudno będzie go odbudować – poza tym nie sądzę, by autorka się starała to uczynić, w końcu wymogi gatunku i tak dalej. Sama historia jest przewidywalna i niewciągająca, a także nieszczególnie rozbudowana. Można ją opisać w dwóch słowach: przeciętne czytadło. Jeśli ktoś lubi niezobowiązujące powieści, które bardzo szybko się czyta, a także jednocześnie nie wymaga, by bohaterowie mieli w sobie choć iskierkę inteligencji, może sięgać, to książka dla niego. A pozostali spokojnie mogą przeznaczyć swój czas na coś o wiele lepszego.

Więcej opinii na temat tej powieści, jak i całej serii można przeczytać na naszym forum.

Tytuł: Czerwień rubinu
Autor: Kerstin Gier
Tytuł oryginału: Rubinrot
Cykl: Trylogia Czasu
Tom: 1
Tłumaczenie: Agata Janiszewska
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 9788323734383
Data wydania: maj 2011

 

About Sophie

Z zawodu finansista, z pasji czytelnik. Redaktorka serwisu oraz moderator forum Gavran, okazjonalnie recenzentka.

View all posts by Sophie