Łabędzi śpiew – recenzja

Od momentu, gdy natknęłam się na informację o wydaniu w Polsce “Łabędziego śpiewu” Roberta McCammona, z coraz większym zainteresowaniem śledziłam wzmianki o dacie premiery tej powieści. Przede wszystkim byłam to winna, jako fanka, Stephenowi Kingowi, ponieważ po przewertowaniu kilkunastu anglojęzycznych recenzji tej książki, pod powiekami niemal wypaliło mi się jedno słowo – “Bastion”. Nawet jeśli ktoś nie pokusił się o porównanie tych dwóch postapokaliptycznych pozycji, to w mojej pamięci niestety utonął w morzu osób, które tak uczyniły. Nie będę przecież gorsza, też chciałam się przekonać, czy ta dwutomowa (w Polsce) podróbka Kinga/epopeja, do której Stefanek się nie umywa rzeczywiście wstrząsa fundamentami.

Owszem, “Łabędzi śpiew” został u nas podzielony na dwa tomy i skoro już musiało do tego dojść (a wyszłaby zapewne bez tego potężna kniga) to dobrze, że przynajmniej nie odniosłam wrażenia, iż nastąpiło sztuczne przerwanie opowieści. Tym bardziej że drugą część rozpoczyna informacja o upływie kilku lat od wydarzeń wieńczących jedynkę.

Ogólnie i bez lania wody rzecz ujmując – nie wiadomo, kto zaczął, ale wiadomo, że w efekcie, pewnego pięknego dnia, USA zostaje zalane nuklearnym prezentem od Rosjan. I nawzajem. Co się dzieje u reszty państw, tego już się nie dowiemy, ponieważ coś takiego jak komunikacja cyfrowa czy radiowa przestaje istnieć. Miasta straszą potężną ilością gruzu, a przerażająca ilość pozostałych przy życiu ludzi brakiem człowieczeństwa. W tym nowym, brutalnym świecie jesteśmy świadkami opowieści o losach kilkorga bohaterów, których drogi nieuchronnie zmierzają do przecięcia. Umówmy się, że wydarzenia, które doprowadziły do zagłady bombowej, cała ta otoczka polityczna, spiski, szpiegostwo i inne takie – nie są istotne. W przypadku tej postapo najważniejszą rolę odgrywa obraz zniszczonej rzeczywistości oraz długi proces próby odbudowy tego, co utraciliśmy – życia na ziemi.

McCammon pisze bardzo pięknie. Używa bogatego słownictwa, ładnie i sugestywnie formułuje zdania, lecz nade wszystko z łatwością potrafi wciągnąć Czytelnika w opowiadaną przez siebie historię. Nie nudzi swoimi długaśnymi opisami, wręcz przeciwnie, ukazuje wymyślony przez siebie świat w przyjemnie plastyczny sposób. Jego słowa zostają w głowie, a tam wyobraźnia działa na pełnych obrotach, projektując jeden obraz za drugim. Zbiorowe mogiły, wszechobecna martwota ziemi, smród na spółkę z brudem, a to wszystko w odcieniach burej, przygnębiającej szarości. Byłoby wręcz idealnie, gdyby nie pewna irytująca skłonność autora. Zadeklarowanym życiowym cynikom niejednokrotnie pomknie w górę zniesmaczona brew na wszelkie bijące niczym jeden organ serduszka czy też nieco zbyt przewidywalne przemiany w charakterach postaci dzięki dobroci innej osoby. Pomimo tego że w trakcie lektury mamy nadzieję na pomyślne zakończenie dla naszych ulubionych bohaterów, to jednak zawodzi delikatna kiczowatość niektórych scen, oczywiste granie na uczuciach Czytelnika. Szczerze przyznam, że przeszkadzało mi to jedynie wtedy, kiedy usilnie takie sytuacje analizowałam, może trochę też na siłę szukałam wad w tej cudownej książce, no bo jak to może być, żeby się tak do niczego nie przyczepić. :-)

Nie da się z przyjemnością śledzić losów protagonistów, jeśli żadnego z nich nie polubimy, prawda? Na szczęście McCammon zapoznaje nas z całym wachlarzem osobowości, do wyboru, do koloru można by rzec. To, co najbardziej spodobało mi się w ich kreacji, to pełnowymiarowość. Nawet poboczne postacie prezentują solidny szlif ze strony autora i nie wywołują odczucia sztuczności. To prawda, że kilku głównym graczom można zarzucić albo zbyt kryształową postawę (jak Swan), albo odwrotnie, jednoznaczne zło bez odcieni szarości, ale z całą resztą bez trudu można się utożsamić. Jeśli chodzi o mnie, to moimi osobistymi wybrańcami są Nawiedzona Siostra (co za twarda babka!) oraz Paul.

Trudno się nie domyślić, że po przeczytaniu obydwu tomów “Łabędziego śpiewu” do głowy przychodziły mi same pozytywne określenia. Autor kupił mnie swoim ujmującym stylem, dopracowaną fabułą oraz świetnymi, żywymi postaciami. I co z tego, że czasem bywało sztampowo, ciągłe zwroty akcji w zupełności mi to wynagradzały, tym bardziej, że, jak wspominałam, mogą na to zwrócić uwagę jedynie równie złośliwe osoby jak ja. :-) Na pytanie, czy ta książka jest lepsza od “Bastionu” Kinga, niestety nie jestem w stanie odpowiedzieć, ponieważ postapo mistrza grozy czytałam dobre kilkanaście lat temu. Szczerze jednak polecam wciągającą i pełną emocji lekturę autorstwa Roberta McCammona.

Autor: Robert McCammon
Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Wydanie polskie: 11/2013
Tytuł oryginalny: Swan Song
Rok wydania oryginału: 1987
Liczba stron: 520, 500