Fragment: Anielski śpiew – Adrian Turzański

W zeszłym tygodniu światło dzienne ujrzała książka “Anielski śpiew” Adriana Turzańskiego, wydana nakładem wydawnictwa Novae Res. Zapraszamy Was do zapoznania się z fragmentem tej powieści, który zamieściliśmy poniżej.

Bóg odszedł dawno temu, pozostawiając władzę w niepewnych rękach. A skoro nie wiadomo co dalej, najlepiej zdaniem Archaniołów rozpętać apokalipsę. Nadchodzi koniec i wypada go porządnie zwiastować.
Pech chciał, że Archaniołowie wybrali nieudolnego skrzydlacza, który mimo wytycznych i niemałej mocy spaprał całą robotę. Jedyne, co Gabrielowi przysparza teraz uśmiechu na twarzy to fakt, że niedługo odnajdzie miecz zdradzieckiego Michała i napełni swój kielich ludzką krwią. No i nareszcie pozbędzie się tych wszystkich kłopotów związanych z Upadłym!
Mimo wszystko są na tym i tamtych dwóch światach osoby, którym wizja końca nijak się nie podoba.
Nadchodzi koniec, a z nim On… i wszyscy wyklęci.

Tytuł: Anielski śpiew
Autor: Adrian Turzański
Wydawca: Novae Res
Data wydania: 7 marca
2014
Format: 121x195mm, oprawa miękka
Liczba stron: 388
ISBN: 978-83-7942-089-6
Cena: 34,00 zł

FRAGMENT

Rozdział I
Kielich Gabriela

Hotel Espaniola. Przedmieścia Londynu

Tu się zaczęło i tu się ma skończyć” — archanioł ćwiczył w myślach kwestie. — Ale to nie tu się zaczęło, a kto wie, gdzie się skończy — dopowiadał.
Pchnął obrotowe drzwi i wszedł do środka.
Zwyczajny hotel, w zwyczajnym miejscu. Akurat. Przeszedł wzdłuż zgrabnie wyścielonego dywanu, kiwnął głową do portiera stojącego za kontuarem przeciętym hotelowym
logo, a ten wymownym gestem pokłonił niedbale makówkę. Szedł dalej, korytarzem nietypowo wąskim jak na tak pierwszorzędne, a co za tym idzie — drogie, miejsce. Skręcił w prawo, tuż przed wyjściem awaryjnym. Korytarz ściemniał, a nad ledwo widzianymi drzwiami świecił niepasujący w żadnym stopniu do tego miejsca, neon z napisem „Bar”. Taki hotelowy, nie restauracja, tylko osobny bar, w którym można było także usiąść przy świeczce i co nieco przegryźć. Ale on nie po to tutaj przyszedł.
Ach, te interesy…
Nacisnął klamkę i uchylił jedno skrzydło drzwi. Wślizgnął się po cichu do środka.
Wnętrze motelowego baru na pierwszy rzut oka mogło wydawać się przesadnie ekstrawaganckie jak na miejsce, w którym przechyla się kieliszek za kieliszkiem. Nazbyt przystrojone ściany udekorowane obrazami, haftami i innymi, wbitymi na siłę dekoracjami. Nienagannych manier dodawał sali wielki pozłocony kandelabr, zwisający tuż nad środkiem wnętrza. Kilka dwuskrzydłowych okien zasłaniały grubo splecione kotary, tłumiące każdy próbujący się dostać do środka promień słońca. Nie było tam ciemno, co to, to nie. Nastrojowy klimat nadawały przyciemnione lampy oraz woskowe świeczki, żarzące się na co drugim stoliku.
W tle kapela przygrywała na żywo klasycznego bluesa, zdaje się, że More Than I Can Stand z repertuaru Roberta Craya. Atmosfera była bardzo spokojna, nawet zbyt spokojna jak na przytulne gniazdko wampira.
Przy długim, obłożonym czarnym szkłem barze, siedziała długowłosa blondynka, obracająca się niespokojnie na wysokim krzesełku. Wpatrywała się pomiędzy butelkami drogiej whisky w panoramiczne lustro. Dojrzała coś niepożądanego i z podręcznej torebki wyjęła szminkę. Poprawiła na czerwono barwę ponętnych ust, po czym cmoknęła charakterystycznie, jak na filmach.
Wejściowe drzwi zaświstały zamykane. Kobieta, wyjęta z myślowych mocowań, rzuciła odruchowo w ich stronę spojrzeniem. Dopiero teraz wyjaśniło się, że na kogoś czekała. Koło drzwi stał wysoki mężczyzna, płowowłosy, ze starannie przyciętą bródką w stylu charakterystycznym dla Brada Pitta, splecioną u nasady w drobniutkie warkoczyki. Na sobie miał jaskrawy płaszcz i srebrzystą koszulę. Był bardzo przystojny, sama przyznała, ale sądząc po jej minie, już się kiedyś spotkali.
Blondyn rozejrzał się, szukając kogoś po sali. Tymczasem przesuwnym ruchem zdjął z siebie prochowiec i przerzucił go przez przedramię. Uciskając go do ciała, by się nie zsunął, podwinął rękawy szykownej koszuli i zerknął na szwajcarski zegarek. Dygnął zawadiacko głową, najwyraźniej się nie spóźnił. Jeszcze raz przeanalizował wystawne pomieszczenie i zatrzymał się dopiero na skąpo, acz gustownie ubranej kobiecie. Odrzucił włosy z czoła.
Wspomnianą kobietą była owa blondynka.
Bez zbędnego zastanowienia podążył w jej kierunku, puszczając czarujące oczko. Odwzajemniła gest zalotnym potrząśnięciem maźniętymi rzęsami.
— Można się przysiąść? — spytał grzecznie, wskazując dwoma palcami wolny stołek.
— Proszę — uśmiechnęła się uroczo, nabierając wstydliwych rumieńców. To na niego czekała cały wieczór.
Usiadł.
Maślane oczy nie odrywały się od stylizowanej bródki jej towarzysza. Zwłaszcza teraz, z jej perspektywy przypominał Brada Pitta, choćby z tymi misternymi warkoczami, które w dziwny sposób dodawały mu powagi, a już na pewno sprawiały, że wyglądał o niebo bardziej dystyngowanie. To nawet i dobrze, wtapiał się w otoczenie tego wnętrza tak, jakby urodził się jego właścicielem.
— Oj, Lili, Lili — zachwycił się namiętnie blondyn, uchylając nieco usta, demonstrując białe zęby. — Równie piękna i zachwycająca, jak przed kilku laty. Ty się chyba nigdy nie zmienisz — powiedział z lubieżnym grymasem.
Wstydliwe rumieńce na jej twarzy dopiero teraz nabrały żarliwej barwy. Podparła się łokciem na przyciemnionym szkle kontuaru.
— A ty, Gabrielu… — podjęła, przybliżając się nieznacznie do towarzysza, po czym zaprezentowała ścianę perłowobiałych ząbków — …wiecznie, hmmm… czarujący — dokończyła.
Archanioł wyraźnie się ucieszył owym komplementem.
— Dobrze więc — powiedział. — Najpierw jednak obowiązki, a dopiero później przyjemności. Po to mnie przecież tutaj wysłali — rzucił w nią błękitnookim spojrzeniem. — Masz to, o co cię ostatnio poprosiłem?
Dziewczyna kiwnęła głową, ale zanim jeszcze przekazała mu to, czego chciał, powiedziała do niego z wątpliwością, zagryzając dolną wargę.
— A ja myślałam, że to ty tam teraz dowodzisz.
— I tu mnie masz — podkulił lekko głowę, zrobił to jednak tak uroczo, że nie miała już do niego żadnych ans. — Po prostu, chcę mieć to już przy sobie, taka anielska pewność. Wybacz, to wrodzone.
Podstarzały barman, chory na jakąś wrodzoną dolegliwość związaną z cerą, rzucił rubasznie poszarpanym głosem.
— Coś podać? — pociągnął obleśnie nosem.
— Mmm… tak — odwrócił się do niego Gabriel. — Niech pomyślę, kieliszek szkockiej poproszę.
— A dla damy? — przymrużył niesmacznie powieki.
— A dla damy… — powtórzył z prześmiewczym grymasem.
— Drink z palemką, tylko niech będzie z lodem, i… najlepszy, jaki jest na stanie.
Barman skrzywił się nieadekwatnie do danej sytuacji. Niewątpliwie wcześniej wyglądał znacznie bardziej przyzwoicie.
— Ale u nas nie serwuje się drinków — objaśnił, wyszczerzając pożółkłe od papierosowego dymu zęby.
— Niech będzie wódka — odparł archanioł i wymownie machnął dłonią. W tej chwili coś innego zajmowało mu uwagę. Usta Lili, były, jak sam stwierdził, ponętną iskierką w szkaradnym mroku.
Po krótkim, ale jednak przyjemnym flircie, barman podsunął do nich niezdarnie szklane kieliszki, nie szczędząc przy tym rozlania kilku przejrzystych kropli.
— Setka to setka — oburzył się śmiało skrzydlaty. — A z tą kałużą wódki nie sądzę, bym doliczył się choćby pięćdziesiątki.
— Eee… — zająknął się łysiejący mężczyzna. — To niech… — chwycił pośpiesznie za butelkę i dolał do równej krawędzi.
— To niech co? — ponaglił zdawkowo anioł.
Barman zmierzył uważnie posturę klienta. Nie myślał wcześniej, że ktoś taki jak on mógłby mu wyrzucić ot tak, prosto w twarz, że popełnia wielki błąd. Nie bał się czy co? I te niebieskie ogniki w jego oczach, dałby sobie rękę uciąć, że płoną wewnętrznym ogniem, tylko błękitnym. Przełknął strużkę śliny i ugiął się przed tak piorunującym spojrzeniem.
— Na koszt firmy — wydusił z poczerwieniałej gęby, zwrócił się na pięcie i zrobił kilka kroków w stronę sali. Jeszcze przez chwilę rzucał stłamszonym wzrokiem na majestat jegomościa, który nie bał się postawić takiemu dryblasowi.
— Hym… To ty nic się nie zmieniłeś, Gabrielu — stwierdziła kobieta, wsuwając dyskretnie dłoń do kieszeni anioła, który wyciągał ją tak szybko, jak tylko się dało. Ale to nie był jeden z tych gestów, którym ośmiela się mężczyzn. Ona po prostu coś mu wsunęła. Złożoną
karteczkę z tym, czego chciał.
Skrzydlaty uśmiechnął się nieprzystępnie, upijając z wieczka trunku.
— To obowiązki mamy za sobą — zaznaczył.
— Gabrielu… — zaczęła kusząco i zniżyła ton do absolutnego szeptu. — A masz może na to ochotę?
Wstała i ruszyła wolnym krokiem, z gracją prawdziwej uwodzicielki w stronę drugiego wejścia, prowadzącego wprost do piętrowych apartamentów.
Archanioł wyciągnął z kieszeni dziesięciofuntowy banknot, położył go na blacie i sieknął do dna kieliszek. Ułożył go na banknocie i dygnął w kuglarskim kaprysie. „Niech ma coś za fatygę” — pomyślał i zwrócił się w kierunku znikającej już za drzwiami kobiety.
Dogonił ją, wiadomo.
Razem wjechali windą na szóste piętro, udali się do pokoju 303. Lili wyciągnęła klucz i podała go niebiańskiemu.
— Zaraz wrócę — oświadczyła i potruchtała z powrotem do windy.
Gabriel przekręcił klucz w zamku, wszedł, zamknął za sobą drzwi, rzucił niedbale płaszcz na komodę i opadł bezwładnie na fotel. Rozsiadł się wygodnie, splótł dłonie w grot strzały, ułożył nogę na nogę, kącik ust powędrował mu do góry i z szelmowskim grymasem czekał na najlepsze.
Dwa piętra niżej pewien mężczyzna wyrwał się gwałtownie z koszmaru, cały oblany gorączkowym potem.
Jego twarz pokrywały rzędy przeraźliwych blizn, można by rzec — potwór w ludzkiej postaci, ale on nie był taki, jak go wyzywali. Dobrze mu z oczu patrzyło. Bodajże był żołnierzem, strażnikiem białej flagi, uczestnikiem korpusu pokoju. A pokojowe misje w Afganistanie, na które go wysyłano, nie do końca były tak pokojowe, jak o nich mówiono. To właśnie dlatego jego twarz dzisiaj wygląda jak sieczka rzeźnika.
Mężczyzna westchnął trapiąco i podniósł się na łokciach.
Ciemność, całkowita ciemność, z tylko jednym, małym wyjątkiem.
Pordzewiały nieśmiertelnik leżący pod oknem na okrągłym stoliku mienił się w resztce światła, wpadającej przez pokrzywioną żaluzję. Wisior z całą pewnością należał do owego mężczyzny.

Norman Hamilton
Grupa Krwi — 0RH+
Urodzony 14.03.1986
Londyn

Wypukły napis zalśnił w nasilonym świetle ulicznej latarni, rażąc nieoswojone oczy żołnierza. Poza rzeźbionym stolikiem i kilkoma oklapłymi kwiatkami, rozstawionymi wzdłuż parapetu, nie było nic widać.
Mężczyzna przetarł oczy i podrapał się po nosie. Coś nie dawało mu zasnąć. Rozciągnął prężnie ręce za plecy, próbując wymacać na oślep włącznik nocnej lampki. Pod pierzyną nagle zrobiło się ciepło. Odrzucił więc puszystą kołdrę i wreszcie odnalazł przełącznik. Drobne, żółte światełko rozświetliło wnętrze foremnego pokoju. Kilka szafek, niedbale ułożone książki, medale za zasługi dla kraju i oczywiście niewielki telewizorek, stojący naprzeciwko łóżka.
Poza tym… mężczyzna drygnął.
Nad jego łóżkiem stała ubrana tylko w minispódniczkę kobieta, jasnowłosa, zalotnie mrugająca do niego.
„Bóg nie poskąpił jej urody” — to pierwsze, co nasuwało mu się na myśl. To sen, to musi być sen, albo halucynacje. Doktorzy mówili, że po tak traumatycznych przeżyciach, wybuchu, porwaniu, operacji… mogą wystąpić, powinny wystąpić. I są, tylko dlaczego tak realistyczne?
Przetarł jeszcze raz dla pewności oczy. Uszczypnął się solidnie w ramię. Zabolało jak cholera. Ale cud piękność nie zniknęła, nawet nie wykrzywiła się. To musiało dziać się naprawdę.
— A pani to…? — spytał z uprzejmości, bo nic innego nie przychodziło mu w tej chwili do głowy. Zastanowił się, czy aby dozorca nie mógłby otworzyć jej drzwi kluczem.
Kobieta mrugnęła jedynie uroczo. Nie odpowiedziała.
Normana przeszył przyjemny dreszcz.
— Czy pani do mnie? — dopytał zakłopotany, nie wiedząc, co ma zrobić.
Cud piękność potwierdziła skinieniem głowy.
Żołnierz zdziwił się nie na żarty. Uznał, że to niewątpliwie musi być dowcip jednego z jego dawnych kompanów, w każdym bądź razie dość przekonujący.
Wynająć dziwkę, no proszę.
— Śmieszne, naprawdę śmieszne — wypalił, kręcąc głową. — A kto tak w zasadzie cię przysłał? John? Max? No kto? Chociaż tyle możesz mi powiedzieć, prawda?
Dziewczyna zmrużyła z gracją brwi. Tym razem milczała.
— Heh… — zarżał, czując, że dochodzi do sedna sprawy. — Przecież nie przyszłaś tu z własnej woli.
Blondynka wdzięcznie ułożyła się na łóżku i gestem dwóch poruszających się palców mknęła w jego kierunku.
Norman przełknął ślinę.
— Więc nie był to Phil? — szepnął pokornie.
Kobieta z przekonaniem i wdziękiem przytaknęła ruchem podbródka. Potem musnęła go już delikatną dłonią po dobrze zbudowanym bicepsie, wpatrując się w jego muskularne ciało tymi kocimi oczkami.
— To co teraz? — odezwała się wreszcie, a jej głos zabrzęczał w jego uszach niczym melodyjne westchnienie anioła. Sądził, że gdyby spotkał prawdziwego anioła, to jego głos brzmiałby tak samo jak jej.
Zdumiał się i nabrał powietrza.
Po chwili szatyn dał omotać się jej urokowi i opadł dziarsko, podpierając się jednym łokciem.
— Nie wiem, zaproponuj coś — odparł nieśmiało, wpatrując się nadal z niedowierzaniem w piękne ciało swojego gościa. Już od paru dobrych lat nie był sam na sam w intymnej sytuacji z kobietą. „Czemu by nie” — pomyślał.
Objął czule cud piękność i zapieczętował się na jej ustach pocałunkiem.
Stało się…
Na korytarzu, o późnej godzinie wieczornej, słychać było donośny głos męskiej rozkoszy. Mocowań i ćwiczeń, jakich nie dałby mu żaden trening. Wyraziste odgłosy przerwał raptownie przeraźliwy jęk.
Była noc, nikogo to nie zdziwiło, szczególnie w miejscu takim jak to. To nie pierwszy raz, kiedy jakiś podstarzały biznesmen zabiera na romantyczną kolację młodą dziewczynę, której spokojnie mógłby być ojcem, a potem wybiera się z nią do hotelu i robi, co mu się żywnie podoba. No właśnie, takie rzeczy się zdarzają.
Po chwili ciszy klamka jednego z pokoi opadła ciężko w dół, nie robiąc przy tym większego hałasu. Z pomieszczenia wyślizgnęła się w pośpiechu blondwłosa kobieta, podejrzliwie kryjąc coś pod skrawkiem podwiniętej sukni.
Wsiadła do windy, przetarła usta, rozmazując szminkę i wcisnęła guzik z oznaczeniem szóstego piętra. Winda ruszyła…

 

About Sophie

Z zawodu finansista, z pasji czytelnik. Redaktorka serwisu oraz moderator forum Gavran, okazjonalnie recenzentka.

View all posts by Sophie