Upadłe anioły. Misja – J. R. Ward – recenzja

Powiem tak: jeśli chcecie czytać – czyńcie to na własną odpowiedzialność.

Ja naprawdę nie spodziewałam się cudów. Nie oczekiwałam objawiania. Nie płonęłam z niecierpliwości poznania, ani nic z tych rzeczy. Wiedząc, jaką literaturę pisze pani Ward, miałam nadzieję na miłą, odprężającą i niewymagającą lekturę do pociągu. I to był błąd, proszę Państwa. Okrutny błąd.

Odprężająca – zapomnijcie – ilość błędów, wszelkiego autoramentu, gryzie po oczach i strzyka jadem, wypalając dziury w powiekach, co jednocześnie czytaczowi podnosi ciśnienie niemożebnie i wywołuje bezwiedne przykurcze w dłoniach (odruch pięściościsku się uaktywnia) – należy zatem uważać, aby mimowolnie nie pognieść kartek.

Miła – wykluczone – nudą wieje niemal z każdej kartki. Język, jakim powieść została napisana, to zlepek slangów podwórkowych, a w tłumaczeniu niemający nic wspólnego z poprawną polszczyzną. I żeby nie było, że się czepiam – nie mam nic przeciwko barwnemu językowi, ani wulgaryzmom, tam, gdzie dodaje to kolorytu, oddaje charakter, sposób bycia, emocje. Ale przesada nigdy jeszcze nikomu nie wyszła na dobre, a w przypadku tej książki – po prostu odstręcza. Ale problemem nie są tu tylko przekleństwa. Największym minusem jest po prostu sam styl, a raczej jego brak. Konstrukcja zdań, poziom ekspresji językowej i użytych środków stylistycznych wprawiają momentami wręcz w osłupienie – niestety o negatywnym zabarwieniu (i nie można tu winą obarczyć jedynie tłumacza). Rzadko mam problem z dokończeniem lektury, ale do przeczytania Upadłych Aniołów naprawdę musiałam się mocno, a nawet bardzo mocno, mobilizować.

Niewymagająca – o! i to jedyne, co się ziściło. Zdecydowanie nie wymaga intelektu, kategorycznie zakazana jakakolwiek doza krytycyzmu, albowiem można dostać palpitacji serca, bądź innych narządów.

Bohaterowie są po prostu płascy, by nie rzec plaskaci, sztuczni i absolutnie niewiarygodni – wszyscy jak jeden mąż. Brakuje im głębi i charakteru. Już wiem – pasuje tu słowo: plastikowi. Poczynając od głównego bohatera Jima Herona, który dostaje misję w walce dobra ze złem, poprzez uciemiężoną prostytutkę Marie-Terese (och jakżeż mi przykro, och), nawiedzonego bogacza Vina diPietro (który w rzeczonej córze Koryntu rozmiłowuje się na zabój od pierwszego wejrzenia – a jakże by inaczej), piękną i przewrotną Divinę (zmarnowany potencjał), aż po kolesi Herona – Adriana i Ediego. Nikt z wymienionych nie ma szansy przyciągnąć na dłużej uwagi Czytelnika, o sympatii i utożsamianiu się w ogóle zapomnijcie. Te postacie są niejako namalowane, brak im życia i autentyczności. Nawet ich emocje są mało wiarygodne. Odnosi się wrażenie, jakby wszystko, co się dzieje (a nie dzieje się za wiele)  toczyło się pomimo i obok nich.

Akcja – ale że co proszę? No niby coś się dzieje, ale to tempo, ta przewidywalność… Końcówka (która jest bardziej zwarta) nie jest w stanie zatrzeć wrażenia, jakie wywarło na mnie ponad ¾ książki. Opisy są obszerne i szczegółowe, tyle że ich poziom konstrukcyjny i wartość literacka są uhh… nie najwyższych lotów, oględnie mówiąc. Autorka drobiazgowo omawia wszystko co się da, od rzeczy dla fabuły istotnych, po totalne pierdoły. Tak naprawdę miałam nieodparte wrażenie przegadania, jakby strony musiały po prostu zostać czymś zapełnione.

Wybaczcie, ale tej powieści zdecydowanie nie można nazwać porywającą lekturą.