Kronika wykrakanej śmierci – recenzja

Czekałam, czekałam, aż wreszcie się doczekałam – ukazała się „Kronika wykrakanej śmierci” Kevina Heanre’a, czyli szósty tom przygód Atticusa, Żelaznego Druida. Dobrze, że Rebis wydaje tę serię naprawdę szybko, nie każąc mi na nie długo czekać. Trochę się bałam, że ten tom może się okazać gorszy od poprzednich, ale na szczęście moje obawy się nie sprawdziły. W dodatku wydawca przygotował dla czytelników wspaniałą niespodziankę. Na końcu książki umieścił opowiadanie o Atticusie, którego akcja dzieje się pomiędzy czwartym a piątym tomem. Warto je przeczytać, bo nie tylko jest naprawdę dobre, ale także wyjaśnia wiele faktów.

Osobiście całą książkę zaczęłam właśnie od tego opowiadania o znaczący tytule – „Dwa kruki i (jedna) wrona”. Jako wiernej wielbicielce Druida łatwo mi było domyślić się, co to za wrona, ale już nie tak prosto odgadnąć, skąd się wzięły dwa kruki – do tego musiałam przeczytać o tym, jak Atticus wraz z Morrigan podążą na spotkanie z… no, nie napiszę z kim, tylko nadmienię, że z kimś ciekawym, a spotkanie będzie nad wyraz… interesujące. ;-)

Tak samo jak interesująca jest „Kronika wykrakanej śmierci”. Nie zdradzę chyba za wiele, powtarzając za wydawcą, że w tym tomie Atticus z Granuaile i Oberonem muszą uciekać z całych sił, ponieważ gonią ich boginie łowów. Podpadli (no właściwie to podpadł Druid, a pozostała dwójka to tylko dla towarzystwa) Olimpijczykom. Artemida i Diana wręcz marzą o tym, żeby ich dorwać i ostatecznie zakończyć sprawy ich obecności na tym świecie. Na szczęście, wiadomo, że z Atticusem nie jest tak łatwo sobie poradzić. Parę sztuczek ma w zanadrzu. A i Granuaile nie jest już zwykłym człowiekiem. Nie pójdzie z nimi łatwo, chociaż muszą przebiec praktycznie całą Europę, żeby dostać się do kogoś, kto może im pomóc. W trakcie ucieczki wpadają do Rumunii, Polski, Belgii, niestety, na zwiedzanie nie mają czasu, bo przeciwnicy nie śpią. Całe szczęście, że po drodze oprócz wrogów spotykają także sojuszników. Bo mimo wszystko nie jestem pewna, czy poradziliby sobie z było nie było bogami – i to w dodatku nieśmiertelnymi.

Przygody mają naprawdę niesamowite i czytałam o nich z dużą przyjemnością. Ale chociaż bardzo lubię Atticusa, to jednak największy sentyment mam do postaci Oberona – jego powiedzonka, komentarze, po prostu powalają na kolana. Bez tego psiska książka nie byłaby tak dobra. Nie byłaby też zła. Jest w niej mnóstwo humoru, który zapewnia nie tylko Oberon, inni bohaterowie też to potrafią (i świetnie im idzie!).

Zaskakująca jest również fabuła, ale nie ma co się dziwić. Nie dość, że akcja jest bardzo szybka (no bo przecież dotyczy ucieczki), występują też niej wyjątkowe postacie. Autor pełnymi garściami czerpie z wielu mitów i legend, a robi to bardzo zgrabnie, mieszając wszystko w spójną całość. Wprowadzając Tuatha Dé Danann, Olimpijczyków, bogów nordyckich, fińskich, słowiańskich, a nawet indyjskich. Nie zapomina też o wampirach, wiedźmach, mrocznych elfach, wilkołakach i duchach. :-) A czytelnika to nie razi, a tylko jeszcze bardziej zaciekawia.

Na plus muszę też zapisać zakończenie. Przy innych utworach często się mogłam domyślić, jakie będzie. Ale wyobraźnia pana Kevina Hearne’a nie pozwoliła mi na to. Nigdy w życiu bym nie zgadła, co wymyśli. I sprawi, że z jeszcze większą niecierpliwością będę czekała na następną część przygód Żelaznego Druida i jego psa. A założę się, że tak będzie z każdym, kto sięgnie po ten konkretny tom.