Ben Aaronovitch “Księżyc nad Soho” – recenzja

Jeśli ktoś sądzi, iż korzystanie z magii to taka prosta i fajna sprawa, powinien zapytać o zdanie posterunkowego Petera Granta, który jest pierwszym od lat adeptem tej sztuki. Bo jeśli stworzenie choćby małej kulki światła wymaga tygodni poświęconych na ćwiczenia oraz godzin wkuwania łacińskich słówek, perspektywa zostania czarodziejem nie wydaje się już tak kusząca, nieprawdaż? Na szczęście Grant nie poddał się tak łatwo, dzięki czemu możemy poznać jego dalsze losy w drugiej części cyklu, noszącej tytuł „Księżyc nad Soho”.

Od wydarzeń, które miały miejsce w „Rzekach Londynu” minęło już parę miesięcy, a ci którzy zostali ranni i udało im się przeżyć, w mniejszym lub większym stopniu dochodzą do zdrowia. Jak można łatwo się domyślić, życie londyńskiej policji nie należy do nudnych, tak więc, koniec końców, również wydział Petera dostaje kolejną sprawę do rozwiązania. A nawet dwie. Pierwszą z nich jest problem śmiertelnie okaleczanych mężczyzn. I pewnie nie byłoby w tej kwestii niczego, czym mogłoby zająć się Szaleństwo, gdyby w grę nie wchodziła vagina dentata. Natomiast druga sprawa, będąca osią przewodnią powieści Bena Aaronovitcha, zaczyna się od grających jazz zwłok. Tak oto posterunkowy Grant musi poradzić sobie nie tylko z Bladą Damą, ale również z serią niewyjaśnionych zgonów wśród jazzowych muzyków, która, jak się okazuje, swój początek ma jeszcze w czasach II Wojny Światowej.

„Księżyc nad Soho” z pewnością jest książką bardziej dynamiczną od swojej poprzedniczki, książką, w której intensywność akcji została rozłożona równomiernie na całą powieść, dzięki czemu odbiorcy nie jest dane zbytnio się nudzić podczas lektury. Zważywszy na fakt, iż główny zarys sposobu, w jaki funkcjonuje magia w stworzonym przez autora świecie, poznaliśmy w „Rzekach Londynu”, tu twórca mógł mocniej skupić się na samym śledztwie. Aaronovitch uchylił również przed czytelnikami rąbka tajemnicy, zdradzając co nieco na temat przeszłości Nightingale. Jednakże główną postacią pozostaje Peter Grant, a pozostali bohaterowie, nawet ci nowi – Simone czy Mag Anonim, w tej części stanowią jedynie dodatek, tło dla wydarzeń toczących się z udziałem młodego policjanta. Dzięki tematowi sprawy, jaką zajmuje się posterunkowy, mamy możliwość szerszego poznania jego najbliższych oraz wejrzenia w jego dziecięce i młodzieńcze lata.

Bohaterowie, których wykreował autor, stwarzają wrażenie wiarygodnych. Peter, jako dwudziestoparolatek oraz funkcjonariusz londyńskiej policji, nie licząc magicznych zdolności, raczej nie odstaje ani nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród osób w swoim wieku. I w tym przypadku nie uznaję tego za wadę, a za udany sposób przedstawienia postaci. Sylwetka Nightingale’a natomiast jest denerwująco tajemnicza i nie miałabym nic przeciwko, gdyby Aaronovich wreszcie zdradził więcej na jego temat. Choć chyba nikt nie przebije tajemniczości Molly.

Mimo wszystko, zarówno „Rzeki Londynu” jak i „Księżyc nad Soho”, mają (przynajmniej dla mnie) jedną dość znaczącą wadę. Mianowicie, dla osoby, która nigdy nie była w Londynie, bądź nie oddaje się lekturze w jednej ręce, trzymając książkę, a w drugiej mapę tegoż miasta, nagromadzenie nazw ulic, dzielnic, klubów i innych lokalizacji tak naprawdę nic nie powie, a wzbudzi jedynie niepotrzebny chaos. Może mała mapka na początku książki byłaby w stanie rozwiązać ten problem, kto wie? Za to interesującym akcentem są wstawki historyczne na temat Londynu, jakie możemy w trakcie śledztwa poznać dzięki głównemu bohaterowi.

Podsumowując, „Księżyc nad Soho” jest udaną kontynuacją cyklu o magicznym wydziale londyńskiej policji, który stanowił dla mnie miłą odmianę od dotychczas poznanych historii osadzonych w stolicy Wielkiej Brytanii. Ponadto, niezwykle mocno ciekawi mnie, jak potoczy się historia Lesley, która na koniec powieści mocno zaskoczyła Petera.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Mag

 

About WereWolf

Zły Wilk

View all posts by WereWolf