Dawca pamięci – recenzja

„Dawca pamięci” to film, który dawał nadzieję na to, że będzie dobry. Po pierwsze, ciekawy pomysł – ludzkość, po wszystkich wojnach i katastrofach, zdecydowało się żyć w azylu i wyłączyć swoje emocje i uczucia dzięki specjalnym lekom, które brali co rano, przed wyjściem z domu. Po drugie, gwiazdorska obsada – z plakatów uderzały nazwiska Meryl Streep, Alexandra Skasgarda, Jeffa Bridgesa i Katie Holmes. Po trzecie, reżyser – Philip Noyce, znany z takich filmów jak „Kolekcjoner kości” czy „Czasu patriotów”. W dodatku film był reklamowany niepokojącymi, czarno-białymi zwiastunami. Co więc mogło pójść źle? Wszystko.

„Dawca pamięci” to ekranizacja powieści Lois Lowry z 1993 roku, opowiadająca o jedenastoletnim Jonaszu, który został wybrany jako Odbiorca pamięci i miał pobierać wspomnienia od tytułowego Dawcy. I im dłużej trwa szkolenie, tym bardziej Jonasz dostrzega błędy systemu. Była to książka, która wzbudziła kontrowersje w Ameryce, ponieważ pokazywała jak groźny jest totalitaryzm i władza państwa nad jednostką – i mimo że jest często na liście lektur w liceach, była również jedną z najczęstszych książek, do których czytelnicy mieli obiekcje i chcieli je usunąć ze szkół i bibliotek.

I może z powodu tych kontrowersji producenci zrobili najgorszą rzecz, jaką mogli – zrobili z tego filmu film młodzieżowy. Jonasz został postarzony o parę lat, a wątek totalitaryzmu został umniejszony, dając dzięki temu miejsce miłości między głównym bohaterem a jego przyjaciółką i „akcji”.

To, co boli najbardziej, to niewykorzystanie potencjału bohaterów i aktorów. Meryl Streep, aktorka Oscarowa, która wydaje się nie mieć złej roli, po prostu recytuje swój tekst i wydaje się sroga w szarych, długich włosach. Jeff Bridges, jako tytułowy Dawca, chodzi na czarno i ma mroczną przeszłość. I to on nakierowuje Jonasza, by ten zbuntował się przeciwko reżimowi. Katie Holmes, jako matka głównego bohatera, jest wierna przepisom i bardzo chciałaby coś zagrać, nie ma jednak co. Przyjemność dla części widowni może jedynie sprawić Aleksander Skasgard, który ładnie bawi się z dziećmi. A szkoda, ponieważ ich postacie mają potencjał. Przewodnicząca Rady Starszych, którą gra Streep, mogłaby być ciekawą bohaterką – czemu jest tak wierna reżimowi? Jaki jest jej stosunek do Dawcy, skoro, jak się dowiadujemy z filmu, dobrze się znają? Ile wie? Ojciec i Matka Jonasza, którzy są tak różni, zarówno pod względem postawy co do reguł, jak i charakterów – jak zostali dobrani? Czy kochają siebie nawzajem? Czy kochają swoje dzieci? Czy dzięki nim Jonasz i jego młodsza siostra zadają pytania? I również tytułowy „Dawca”, który jako jedyny zostaje całkiem dobrze przedstawiony – czy nie wykorzystał Jonasza dla własnych porachunków z reżimem? Na ile był mistrzem, który miał naprowadzić bohatera na dobrą drogę, a na ile mściwym manipulatorem?

Niestety, nikt nie daje odpowiedzi na te pytania, ponieważ najważniejszy jest Jonasz i jego droga do zniszczenia reżimu. A problem z głównym bohaterem jest taki, że jest to postać nijaka. Jonasz widzi więcej niż inni – i tyle. Nie wzbudza ani sympatii, ani nienawiści. Jest zwyczajnie obojętny widzowi. I aż dziw bierze, że Brentonowi Thwaitesowi udało się coś wygrzebać z tej roli i nie zostać nowym aktorem jednej miny, zabierając ten znakomity tytuł Robertowi Pattinsonowi. Emocji w widzu nie wzbudzają również postacie grane przez Odeye Rush i Camerona Monaghana. Aktorzy, grający przyjaciół Jonasza wypełniają dobrze swoją rolę jako tło – Fiona jest ładna, a Asher, cóż, jest.

Jednak nie tylko papierowe postacie denerwują. Również luki w fabule są dosyć bolesne, zwłaszcza w drugiej połowie filmu. Jonasz, który szuka granicy swojego świata, podróżuje przez pustynię, las, góry w zimie i w lecie – i to w krótkim czasie, gdyż nie sądzę, by ponad rok trzymali Fionę i Dawcę w więzieniu. W dodatku podróżuje z małym dzieckiem, które bez problemu daje sobie radę w tych ekstremalnych temperaturach, z wrzuceniem w wodospad i skokiem na motorze z kilkunastu metrów włącznie. Aż widz czeka, gdy okaże się, że niemowlak to tak naprawdę Clark Kent.

Smucić również może nijaka praca operatora. To, co ratowało „Zmierzch”, czyli zdjęcia, tu zupełnie nie zostało wykorzystane, a szkoda, ponieważ można było naprawdę się wykazać. Operator mógł się bawić kadrami czarno-białymi, kolorowymi, ze wzmocnieniem jednego koloru, z lotu ptaka. Stwierdził jednak, że to jest film młodzieżowy, więc nie musi nic robić. Co więcej, pokazał również swój brak profesjonalizmu – kamera w wielu momentach się trzęsie, co można zauważyć np. w scenie, gdy Dawca i Fiona są zamknięci w celach.

„Dawca pamięci” jest więc filmem o niewykorzystanym potencjale. Postacie w nim po prostu są, akcja może jedynie śmieszyć i tak naprawdę nie ma nic, co by przykuło uwagę widza na dłużej – ani gra aktorska, ani zdjęcia, ani muzyka. Niestety, jest to produkcja, o której szybko się zapomni. A szkoda, bo miała potencjał.