Penny Dreadful – recenzja

Już od parunastu lat możemy zaobserwować, jak zmienia się poziom telewizji i seriali. Kiedyś były to tylko długie serie, mające być tanią, gorszą od kina rozrywką. Jednak od pewnego czasu mały i duży ekran zamieniają się rolami, a wybitni twórcy wybierają produkcje telewizyjne. Dlatego w dzisiejszych czasach, seriale nie dzieli się tylko przez gatunek, ale również przez ich jakość. Z tego powodu mamy typowe quilty pleasure, czyli seriale dla odpoczynku, i seriale, które wymagają od widza myślenia.

“Penny Dreadful” stara się być serialem tej drugiej kategorii. Mroczny, przerażający, z dobrymi aktorami (Eva Green, Timothy Dalton), nawiązujący do wybitnych dzieł literatury (jak “Portret Doriana Graya” czy “Potwór Frankensteina”) w dodatku produkcji stacji Showtime, które aspiruje do zostania nową HBO. Jednak czy się to udało?

Akcja serialu ma miejsce w wiktoriańskim Londynie, gdzie tajemniczy sir Malcolm Murray wraz z przerażającą Vanessą Ives zbiera grupę ludzi, potrzebnych do odnalezienia jego córki Miny. Razem z młodym doktorem Frankesteinem i Amerykaninem Ethanem zrobią wszystko, by uratować dziecko Murray’a od złego – i to jest motyw przewodni serialu. Jednak „przewodni” nie oznacza, że najważniejszy. Mimo że w pilocie w ten sposób zarysowana jest fabuła serialu, główny wątek zostaje rozdrobniony i pozostaje tłem w większości odcinków. Producenci bardziej skupiają się na przedstawieniu nam wszystkich ważnych bohaterów, nawet tych, którzy wydają się nic nie wiedzieć o istnieniu panny Miny Murray, jak Dorian Gray czy Caliban. Co więcej, to przedstawienie postaci również nie jest całkowite, scenarzyści wiele sekretów pozostawiają nieodkrytych aż do ostatniego odcinka – co się stanie z Broną, kim naprawdę jest Ethan. To powoduje, że poznajemy tylko zarys tych bohaterów, przez co mogą oni wydawać się gorsi od dobrze nam ukazanych Vanessy i doktora Frankensteina. Co więcej, ukrywanie tych tajemnic tylko przeciąga fabułę, przez co niektóre wątki i sceny wydają się powtarzać, jakby scenarzyści chcieli na siłę wypełnić te sześćdziesiąt minut i można mieć uczucie, że nic się nie dzieje. Takie wrażenie można odczuwać zwłaszcza przy odcinku siódmym, gdy Vanessa jest opętana – pokazywanie co chwilę krzyczącej bohaterki da się wytrzymać tylko dzięki magnetycznej grze Evy Green. Aktorka, która wydaje się być specjalistką od silnych, zranionych kobiet, w roli Vanessy Ives może pokazać w pełni swoje umiejętności – choć ci, którzy są obeznani z jej filmografią, mogą być znudzeni oglądaniem tego samego po raz setny.

Jednakże produkcja nie istnieje tylko dzięki grze Green. Warto zwrócić uwagę na pozostałych aktorów, zwłaszcza Reeve’a Carneya, który wciela się w rolę Doriana Graya. Choć na początku wielbiciele powieści Oscara Wilde’a mogą być niezadowoleni z castingu, szybko pokochają tę wersję postaci. Harry Treadaway, grający Frankensteina, i Rory Kinnear w roli jego potwora, Calibana, to również perełki w tym serialu. Ci aktorzy mają trudne zadanie, ponieważ muszą pokazać bohaterów, między którymi jest więcej podobieństw niż różnic – i muszą oni tego nie zauważać. Udało im się również doprowadzić do tego, że mimo złych czynów doktora i jego dzieła, widz nie potrafi ich nienawidzić. Ta relacja – naukowca i jego tworu, ojca i syna, jest jedną z największych zalet Penny Dreadful. Jednak nie istniałaby ona gdyby nie subtelne, piękne dialogi, tak rzadkie w dzisiejszej telewizji – nigdy nie bezpośrednie, a tłumaczące nam wszystko. Te dialogi czy monologi pokazują nieraz cały tragizm postaci, ich przemyślenia i historię lepiej niż niejedna retrospekcja. Co więcej, postacie nie boją się pytać o definicję indywidualizmu, problem samotności czy człowieczeństwa. To powoduje, że Penny Dreadful należy cenić wyżej niż większość dzisiejszych produkcji, ponieważ ten serial nie tylko straszy, ale również zmusza widza do myślenia.

A jak mowa o strachu – “Penny Dreadful” nie przeraża jak typowe slash horror, gdzie „Główne Zło” nagle wyskakiwało na bohatera. Raczej budzi grozę nastrojem, który zawdzięcza gotyckim dekoracjom, muzyce, a także tzw. openingowi, wprowadzającym w klimat serialu. Problemem jest jedynie oświetlenie – mimo że przyciemnienie pomieszczeń jest zrozumiałe, to dla widza często jest bardzo trudne wychwycenie szczegółów, co może spowodować pogubieniem się w fabule.

Pierwszy sezon “Penny Dreadful” wydaje się być przydługim wstępem, mającym na celu pokazanie genezy do prawdziwej historii, i przedstawieniem postaci, które mieliśmy polubić – i które będą nam towarzyszyć przez dłuższy czas. Jednakże udało się to tylko połowicznie, a powolne rozwijanie akcji i odkrywanie tajemnic – psuje oglądanie. Warto jednak dać szansę temu serialowi, właśnie dla wytrawnych dialogów, gry aktorskiej i wiktoriańskiej Anglii, tak różniącej się od tej znanej nam współcześnie. I pozostaje mieć tylko nadzieję, że teraz akcja ruszy pełną parą.