The Originals – recenzja

Drugi sezon od 6 października na stacji The CW

Serial o pierwotnych wampirach jest pierwszym i, jak na razie, jedynym spin-offem “The Vampire Diaries” – sztandarowej produkcji stacji The CW – w Polsce znanej jako “Pamiętniki Wampirów”. To nowe dziecko “TVD” stało się ważnym wydarzeniem i kością niezgody wśród fanów. Jedni wróżyli mu klęskę, drudzy – ogromy sukces. Teraz, po zakończeniu pierwszego sezonu, nastało pytanie, kto miał rację.

“The Originals” miało być dojrzalszą wersją “TVD” i pierwszym serialem Julie Plec, skierowanym do trochę starszej widowni. Można powiedzieć, że w pewnym sensie producentce i scenarzystce się to udało. W odróżnieniu od “Pamiętników…” spin-off nie zajmuje się miłosnymi rozterkami nastolatków, ale walką o władze, intrygami i psychicznym oraz emocjonalnym rozwojem postaci, zwłaszcza głównego bohatera, Klausa Mikaelsona.

Niestety, ta dojrzałość istnieje jedynie w teorii, a w praktyce serial napotyka wiele problemów. Jednym z nich jest tytuł – “The Originals”, który można tłumaczyć jako “Pierwotni”, sugeruje, że produkcja będzie opowiadała o rodzinie pierwszych wampirów – Mikaelsonów. Jednakże z siedmiu członków tej familii mamy jedynie trójkę z nich – braci, Klausa i Elijah oraz ich siostrę Rebekah, których celem jest odzyskać władzę nad Nowym Orleanem, który stworzyli, ale z powodu niefortunnych zdarzeń musieli opuścić. Reszta bohaterów – wiedźma Sophie, kelnerka Camille czy były podopieczny Klausa, a teraz „władca” wampirów, Marcel Gerard, są mieszkańcami miasta i tylko ostatni z nich jest jakoś powiązany z Mikaelsonami. Również Hayley, wilkołaczyca, a także prawdziwy powód przybycia Pierwotnych, jest ważna dla rodziny z powodu ciąży z Klausem. „The Originals” opowiada więc o walce o wpływy w Nowym Orleanie i nie byłoby to takie złe, gdyby losy rodzeństwa były najważniejsze w serialu. Tak się jednak nie dzieje i nieraz Elijah czy Rebekah mają mniej czasu antenowego niż pozostali wymienieni bohaterowie. Mało jest więc Pierwotnych w “The Originals”.

Drugim problemem tego serialu są kontrowersyjne wątki, jak np. ciąża wspomnianej wcześniej Hayley. Wilkołaczyca, która została zapłodniona przez zamrożoną na tysiąc lat spermę hybrydy Klausa może wywołać ironiczny uśmiech u widza, romantyczne uczucia między Hayley i Elijah (matką i wujkiem dziecka) – drażnić, a traktowanie niektórych bohaterów po macoszemu, jak to się ma z Marcelem i jego życiem miłosnym (na początku zauroczony Camille, szybko przerzuca się na swoją dawną miłość, Rebekah, a gdy ta znika z horyzontu, wampir znów przypomina sobie o kelnerce, zapominając zupełnie o wampirzycy) wzbudzić politowanie.

Jednakże są również i wątki bardzo dobre, jak przedstawienie różnych odłamów nadnaturalnych; pokazanie kultury wiedźm, historii wilkołaków, czy subtelne obnażanie dynamiki rodzeństwa. To przekłada się na poszczególne odcinki, przez co niektóre są dość nudne i przegadane, a inne, gdy Klaus i pozostali intrygują, wchodząc w nadprzyrodzony świat i własną przeszłość, jak na przykład w “The Caskett Girls”, są wręcz olśniewające. Podobnie jest z obsadą – producentom zdarzają się wpadki, jak rola Sabine, której Shannon Kane nie udźwignęła, jak i perełki, którą na pewno jest aktor grający Papa Tunde. Owiso Ordera nadał swojemu bohaterowi przerażającą charyzmę i fascynującą tajemniczość.

Dobrze radzą sobie również aktorzy grający główne role. Charles Michael Davis sprawia, że trudno jest nienawidzić Marcela, i potrafi udowodnić widzowi, że ten nie bez powodu rządzi wampirami. Leah Pipes w odpowiednich scenach jest piękna i subtelna, a w innych – odważna i zdeterminowana, pokazując różne strony swojej bohaterki. Phoebe Tonkin, choć nie czuje się tak dobrze w skórze Hayley jak w skórze Faye z “The Secret Circle”, daje radę. Claire Holt i Daniel Gillies nie obniżają poprzeczki, jaką sobie postawili, grając w “TVD”. Jednak najbardziej zachwyca Joseph Morgan, który bez problemu łączy delikatność i złość Klausa, i który spokojnie cieszyłby się nominacją do Emmy, gdyby nie to, że ten serial należy do stacji The CW.

I jak już mowa o Emmy – nie można się dziwić, że “The Originals” dostał nominację w kategorii fryzur. Nieważne, czy serial przedstawiał losy bohaterów w latach dwudziestych czy w średniowieczu, czy współcześnie – stylizacje są dobrane odpowiednio do epoki, a makijaż i ubranie dopasowane do charakteru bohatera. Warto też zwrócić w “The Originals” uwagę na muzykę, która stoi na wysokim poziomie, dobrze oddając atmosferę i, co również zasługuje na uwagę, często nie jest muzyką „mainstreamową”. Najbardziej spodobała mi się piosenka zespołu Yeah Yeah Yeahs pt. “Sacrilege”, która była grana pod koniec drugiego odcinka.

“The Originals” jest więc serialem nierównym, powodującym u widza mieszane uczucia – czasem jest to zachwyt, że tak dobra produkcja wyszła spod skrzydła The CW, czasem rezygnację, że jest to w końcu dzieło producentki, która pisała scenariusze do typowych młodzieżówek – i to niestety wpływa na spin off. Jednak im dalej duet Plec i Narducci prowadzi widza w świat Nowego Orleanu, tym bardziej widać, że uczą się na błędach. Trzeba więc mieć nadzieję, że w drugim sezonie zostaną poprawione błędy z pierwszego i serial stanie się tym, czym miał być w zamierzeniu – produkcją o wampirach dla starszej widowni, których “TVD” śmieszy naiwnością, a True Blood odstrasza seksem i dziwactwami.