True Blood sezon 7 – recenzja

Problem z każdym serialem jest taki, że bardzo łatwo jest dobrze zacząć, a o wiele trudniej – dobrze zakończyć. Zwłaszcza, gdy produkcja trwa wiele lat, początkowe założenia przestają pasować, producent wykonawczy odchodzi, a jego dzieło zaczyna zjadać swój własny ogon. I wszyscy wydają się męczyć – scenarzyści, szukając pomysłów, widzowie, chcąc skończyć to, co zaczęli, i aktorzy, z utęsknieniem wspominając, jak dobre role mieli na początku. A kiedy w końcu wydane jest oficjalne ogłoszenie, że to koniec – z jednej strony czuć ulgę, z drugiej – smutek. Jednakże ostatni sezon “True Blood” postanowił pokazać widzowi, że nie ma za czym tęsknić.

Przed zrecenzowaniem finałowego sezonu, trzeba pamiętać, że był to kiedyś dobry serial. Serial, który choć na chwilę przypomniał widzowi, że mimo szału na błyszczące, romantyczne wampiry są również te stare, przerażające, groźne i seksowne. Jednakże nie tylko o to chodziło – pokazywał on również społeczeństwo, które musi radzić sobie z nową mniejszością. Widzowie przez pewien czas obserwowali to, co w rzeczywistości kiedyś musieli przeżywać ciemnoskórzy, a z czym teraz mają problem homoseksualiści. Walkę o własne prawa, miłość, życie, ciągła nienawiść na linii większość (ludzie) a mniejszość (wampiry), a także na linii inne mniejszości a wampirza mniejszość – True Blood pokazywał rzetelnie, jak naprawdę wyglądałby świat, gdyby te potwory okazały się prawdziwe i wyszły z ukrycia. W dodatku ten serial robił to w swoim niepowtarzalnym stylu, często bawiąc się kiczem, makabrą i groteską, przez co nie był serialem dla wszystkich.

Te czasy minęły bezpowrotnie, a przez siedem sezonów przewinęły się najróżniejsze postacie i wątki. Jedne były lepsze, a inne gorsze. Jednak coraz bardziej czuć było, że poziom produkcji spada i gdy nastał koniec szóstego sezonu, a akcja serialu przeskoczyła o pół roku, stawiając bohaterów w nowych sytuacjach, widzowie mogli mieć nadzieje, że będzie lepiej. Tak jednak nie było. 
Szósty sezon skończył się, zmieniając dynamikę serialu. Widzowie dostali wiadomość: ostatni sezon będzie opowiadał o trójkącie Bill – Sookie – Alcide, o ratowaniu przez Pam Erica i zombie-wampirach, które miały być nowym wrogiem mieszkańców z Bon Temps. Jednakże w tej historii nie wykorzystano potencjału – trójkąt rozwiązuje się szybko, co nie oznacza, że w sposób logiczny – zwłaszcza patrząc na to, z kim na końcu stwarza związek główna bohaterka. Najnowsi antagoniści okazują się przerażonymi, chorymi wampirami, które nie wzbudzają żadnych uczuć, nie ma również wśród nich ani jednej ciekawej postaci, która mogłaby tak oddziaływać na widza i fabułę, jak Russel Edington. Wątek porwania przez nich paru kobiet, w tym tych lubianych przez widownię jak Arlene, błaga o zakończenie, ponieważ przez parę odcinków dzieje się to samo – kobiety są w niebezpieczeństwie, a nikt nie wie, jak je uratować.

Później, niestety, nie jest lepiej. Po zniszczeniu zagrożenia ze strony zombie, nowym wrogiem na parę odcinków staje się Yakuza, powracają również znane postacie, które wydawały się już zupełnie niepotrzebne, nad innymi wisi groźba śmierci… Trudno jest jednak którymś z tych wątków zaciekawić widzów, zwłaszcza, że niektóre z tych historii wydają się przeciągane w nieskończoność, ponieważ producenci postanowili pokazać fanom, że zupełnie nie wiedzą, co i kto było ważne w tym serialu.

Zaskakuje zwłaszcza, choć jest to zaskoczenie negatywne, odcinek finałowy. W nim nagle poboczne historie stają się najważniejsze, wiele postaci nie dostaje godnego pożegnania, a od niedawna pojawiające się postacie zostają wciśnięte na siłę na koniec, który miał pokazać, że wszyscy są szczęśliwi. Irytować może również to, że okazuje się, główną przeszkodą dla mieszkańców Bon Temps do życia „długo i szczęśliwie” był Bill Compton. Może jeszcze sezon, dwa temu miałoby to sens. Jednak teraz ten pomysł jedynie śmieszy. I niestety, to jedyny moment śmiechu dla wiernych widzów. Irytują również ulubione postacie, jak Pam, która w tym sezonie mogła poszczycić się jedynie ciągłym mówieniem „fuck” i byciem łapaną i wiązaną co drugi odcinek. Jedynie Aleksander Skasgard, grający Erica, nadal daje radę, może dzięki temu, że zaczął kręcić “Tarzana” i scenarzyści mieli mało czasu, by zamęczyć nas i tą postacią.

“True Blood” postanowił więc pożegnać się z fanami nie w sposób godny, lecz w taki, by nikt za nim nie tęsknił. I udało mu się to. Nieciekawe, przedłużane na siłę wątki nudzą, przegadane odcinki, brak logiki męczą. Jednak jeśli ktoś chciałby pożegnać się z serialem, mam dla niego jedną radę – żeby nie oglądał go w łóżku, bo zaśnie.