Frankenstein – recenzja

Nie ma na świecie kinomana, który nie znałby ponadczasowej postaci doktora Frankensteina i jego Potwora, stworzonych w 1818 roku przez Mary Shelley. Książkowy pierwowzór ewoluował z czasem, przechodząc przez karty wielu scenariuszy filmowych („Duch Frankensteina”, „Zemsta Frankensteina” i inne), aż z pomysłu kilkunastoletniej dziewczyny wyrosła legenda horroru. Przypomina ją Danny Boyle sztuką teatralną „Frankenstein”, którą wystawia National Theatre w Londynie. Mogliśmy zobaczyć ją w Multikinie w noc Halloween. Kogo ominęła ta niezwykła okazja, powinien już zarezerwować czas na grudniową transmisję „Frankensteina” z cyklu National Theatre Live z UW.

Historia profesora Wiktora Frankensteina (Benedict Cumberbatch/Jonny Lee Miller), szalonego naukowca opętanego manią wielkości i własną ambicją, któremu udaje się stworzyć człowieka z martwych ludzkich organów, a potem tchnąć w niego życie za pomocą ładunków elektrycznych, to już klasyka kina grozy. Narodzone w tak makabryczny sposób Stworzenie (Jonny Lee Miller/Benedict Cumberbatch) zostaje odepchnięte przez swego stwórcę i podczas tułaczki poznaje niewidomego farmera, który staje się jego nauczycielem.

Londyński spektakl to nie tylko poruszające studium samotności i nietolerancji, lecz także przerażająca podróż w głąb ludzkiej psychiki. Benedict Cumberbatch i Jonny Lee Miller, którzy zamieniają się rolami, raz grając doktora, raz Potwora, tworzą hipnotyzujące kreacje i bezbłędnie ukazują intrygującą więź łączącą te dwie postaci. Stworzenie Millera to z początku niewinna, bezbronna istota, poznająca otaczający je świat z ufnością dziecka. Pod wpływem doświadczeń odrzucenia i okrucieństwa ludzi, zmienia się jednak na naszych oczach w prawdziwego potwora. Reżyser skupia uwagę widza na owej metamorfozie, gdy widz wsłuchuje się w przejmujące monologi Stworzenia i obserwuje jego niezgrabne, wciąż dziecięce ruchy. Charakteryzacja dokonuje zaskakującego przeobrażenia Millera w Stworzenie, lecz nie jest karykaturalna czy groteskowa. Dzięki kunsztowi aktora widz dostrzega w Potworze ofiarę eksperymentu doktora Frankensteina, nie zaś bezmyślne, nieme monstrum. Świetnie radzi sobie także Cumberbatch w roli doktora, ukazując człowieka pochłoniętego naukowymi eksperymentami, który podporządkowuje swe życie ambicji. Ta zaś powoduje, że zatraca się on w pragnieniu ciągłej demonstracji własnych możliwości. We Frankensteinie, granym przez Cumberbatcha, nie znajdziemy jednak groteskowego szaleńca, lecz człowieka przeświadczonego o swych zdolnościach i zdeterminowanego, jakich wiele także we współczesnym świecie. Nie bez przyczyny obaj aktorzy otrzymali Olivier Award.

Przedstawienie pod wieloma względami sięga do powieściowego oryginału; Stworzenie nie zostaje pozbawione głosu, jak uczynił to James Whale w głośnym filmie z 1931 roku. Wizualnie reżyser tworzy obraz niczym z horroru. Świetne operowanie świateł, tworzące nastrojowe przebłyski światła i cienia, muzyka i efekty dźwiękowe – to wszystko składa się na budzącą niepokój wizję świata. Nie brak tu scen makabrycznych, wręcz brutalnych, lecz to nie wywołanie strachu u widza jest celem reżysera. Typowe dla filmów grozy tricki i efekty nie przyćmiewają znaczenia samej sztuki. W dużej mierze to zasługa świetnej gry aktorskiej pary głównych aktorów (postacie drugoplanowe nie pozostają na dłużej w pamięci). Niezwykłe wrażenie robi także sama scenografia, która, choć minimalistyczna, pozwala umieścić akcję w bardzo realnych miejscach i tym samym odnieść ją do znanej nam rzeczywistości.

„Frankenstein” to propozycja dla miłośników klasycznego horroru, im bowiem spodoba się z pewnością mroczna atmosfera, nastrojowa muzyka i efekty świetlne, składające się na budzący lęk obraz. Przede wszystkim warto jednak zobaczyć spektakl National Theatre, aby wniknąć w istotę odrzucenia i braku akceptacji, z której rodzą się prawdziwe potwory.

Tytuł: “Frankenstein”
Gatunek: spektakl teatralny transmitowany z National Theatre w Londynie
Reżyseria: Danny Boyle
Obsada: Benedict Cumberbatch/Jonny Lee Miller, Ella Smith, Naomie Harris, George Harris