Godzilla – recenzja

Skończył się czas megawęży, olbrzymich rekinów, pająków i innej maści zmutowanego badziewia, którego pełno ostatnio w telewizji. Nadeszła pora Godzilli, króla potworów, któremu te wcześniej wymienione mogą co najwyżej na ogon wskoczyć. Godzilla jest jedną z najdłuższych serii filmowych, jaka kiedykolwiek powstała, wyprzedza nawet samego agenta 007, który doczekał się lekko ponad dwudziestu filmów. Licząc produkcje o Godzilli pochodzące tylko z kraju kwitnącej wiśni, doliczyłem się aż dwudziestu dziewięciu. Gdy się do tego doda jeszcze amerykańskie twory, wychodzi trzydzieści jeden filmów.

Jeśli chodzi o mnie, to od najmłodszych lat zaliczam się do fanów tego japońskiego monstrum. Swoją przygodę zacząłem bardzo dawno temu, gdy już jako dzieciak śledziłem z zamiłowaniem jego losy. Jednak pomimo tej fascynacji są też filmy, których w żaden sposób nie trawię. Najlepszy tego przykład to amerykańska Godzilla z 1998 roku, czyli profanacja legendarnego potwora. Czy nowa odsłona jego przygód zmyje plamę na honorze Hollywood?

Twórcy czerpali inspirację z japońskiego oryginału. Nowa Godzilla wygląda świetnie. Choć wykonana w całości komputerowo, wydaje się żywa. Oglądając ją, można odnieść wrażenie, że tak właśnie mógłby wyglądać ten potwór, gdyby istniał naprawdę. Jednocześnie ekranizacja oddaje hołd japońskiemu monstrum, które za czasów swojej świetności było ważącym 70 kilogramów gumowym kostiumem, w którym po makiecie Tokio, chodził przebrany człowiek. Nowy potwór za nic nie przypomina również tego, co Hollywood pokazało za pierwszym razem. Ich przerośnięta, nazbyt ruchliwa jaszczurka nie miała ani krzty polotu w porównaniu z tym, co teraz można obejrzeć.

Oprawa dźwiękowa najbardziej zwraca na siebie uwagę na początku filmu, podczas wyświetlania napisów początkowych. Właśnie wtedy muzyka świetnie buduje atmosferę lekkiej grozy i tajemniczości. W dalszej części niezauważalnie towarzyszy widzowi podczas seansu, aż do napisów końcowych, kiedy po raz kolejny słyszy się dobrze znane dźwięki z początku obrazu.

Fabuła jest prosta. Nie ma co się doszukiwać jakiegoś ukrytego przesłania bądź znaczenia, bo go po prostu nie ma. Film jest o starciu wielkich potworów i nic więcej. Głównym bohaterem jest Godzilla, choć na jej pojawienie trzeba nam trochę poczekać, a w międzyczasie na ekranie królują ludzie, tworzący podwaliny całej historii. Potem jest już prościej, pojawia się gigantyczny jaszczur oraz jego przeciwnicy. Wtedy następuje właściwa cześć filmu i zaczyna się rozwałka na dużą skalę. To wszystko nawet miło się ogląda do chwili, gdy trafiamy na jakąś bardzo przesadzoną scenę. Dla mnie największym absurdem jest skok żołnierzy z samolotu na wysokości 9 kilometrów, kiedy otwierają spadochrony na pułapie ok. 100 metrów. Dla mnie, to powinno się skończyć rozsmarowaniem ich na betonie, a nie dalszym wykonywaniu powierzonego im zadania. Kolejną niezrozumiałą kwestią jest to, że stwory będące przeciwnikami Godzilli dysponują możliwością wytworzenia impulsu elektromagnetycznego, który tak naprawdę przeszkadza wojsku, a nie tytułowemu jaszczurowi.

W filmie Garetha Edwardsa, znajdują się miłe akcenty, jak również momenty, które mogły zostać zrealizowane inaczej, czy choćby pominięte, aby nie zaburzać całego obrazu. Ważne jest, aby zwrócić uwagę, że produkcje o olbrzymich potworach nie muszę być głębokie. Ich zadaniem jest oderwać widza od szarej codzienności. Dać mu coś niezwykłego i łatwego w odbiorze. Twórcom udało się to zrealizować. Gdy pierwszy raz widziałem nową wersję Godzilli, byłem bardzo zadowolony, potem dostrzegłem kilka kwestii, które mi nie odpowiadały. Więc moja rada dla niezdecydowanych – zastanówcie się, czego się oczekuje po tym filmie. To nie żadne arcydzieło, ale zwyczajnie dobra rozrywka.

Tytuł: Godzilla
Reżyser: Gareth Edwards
Obsada: Aaron Taylor-Johnson, Ken Watanabe, Elizabeth Olsen, Juliette Binoche, Sally Hawkins, David Strathairn, Bryan Cranston
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Czas trwania: 123 minuty