Once Upon a Time – recenzja

Bajka dawno przestała być utożsamiana z gatunkiem przeznaczonym wyłącznie dla dzieci. Właściwie powinnam napisać, że kiedyś dzieci w ogóle nie powinny mieć do nich dostępu. Wspomnieć wystarczy dosyć makabryczne baśnie braci Grimm, aby zniechęcić każde dziecko do rozmawiania z nieznajomymi czy przyjmowania od nich podarków w postaci rumianego jabłka. Na bajkowych motywach – tych spod znaku Disney’a – bazuje popularny serial stacji ABC, „Once Upon a Time” („Dawno, dawno temu”). Pytanie, czy w dzisiejszych czasach, gdy wśród seriali fantasy króluje „Gra o tron”, jest miejsce dla disnejowskich księżniczek?

Akcja serialu toczy się w małym miasteczku Storybrooke, którego mieszkańcy w rzeczywistości są zaklętymi postaciami ze znanych dzieciom historii. To sprawka złej królowej Reginy (Lana Parilla), która rzuciła klątwę na mieszkańców Zaczarowanego Lasu, aby zemścić się na swej pasierbicy, Śnieżce (Ginnifer Goodwin). Nikt z mieszkańców nie pamięta, kim tak naprawdę jest, oprócz Reginy, która może cieszyć się stanowiskiem burmistrza. Wkrótce jednak w Storybrooke zjawia się Emma (Jennifer Morisson), przez swego dziesięcioletniego syna uznawana za Wybawicielkę, zdolną złamać urok.

Sama historia początkowo wciąga, zwłaszcza gdy poznajemy wiele naprawdę interesujących postaci, znanych z kart książek – Czerwony Kapturek pracuje w barze, a tajemniczy pan Gold (Robert Carlyle) to w rzeczywistości przebiegły Rumpelstiltskin. Stopniowo odkrywamy także ich przeszłość i wkraczamy wraz z nimi w świat magii. Niewątpliwym atutem serialu jest zabawa konwencjami – twórcy nawiązują do literackich pierwowzorów, lecz mimo wszystko ukazują alternatywne historie bajkowych bohaterów. Scenarzyści nie potrafią jednak uwolnić się od schematów – ich świat to pole nieustannej walki dobra ze złem, w której dobro zwycięża, a królewnę ratuje rycerz w lśniącej zbroi. Świetnie zarysowana historia Śnieżki i Księcia (Josh Dallas) wydaje się łamać szablon, lecz także nie unika sprowadzenia do miłości bez skazy. Taka konstrukcja scenariusza odbija się na psychologicznym rysie postaci, które zostają spłycone i nie wykorzystują swego potencjału.

Na uwagę zasługuje z pewnością genialna rola Roberta Carlyle’a – jego Rumpelstiltskin to mistrz manipulacji i, pozornie szalony, geniusz zła. Gesty, mimika czy ton głosu składają się na porywający obraz człowieka, który tak naprawdę rozdaje karty. Szczęściem ta wielowymiarowa i intrygująca postać nie zostaje zepchnięta na dalszy plan, jak to scenarzyści nieopatrznie czynią z kilkoma dobrze zapowiadającymi się bohaterami. To pan Gold/Rumpelstiltskin skupia uwagę widza, a każda scena, w której się pojawia, zapiera dech w piersiach. Niestety, główna aktorka serialu, Jennifer Morisson, nie staje na wysokości zadania. Mimo wszystko obsada to duży atut, choćby czarujący Książę – Josh Dallas – czy demoniczna Lana Parilla jako Regina.

Sama fabuła naprawdę zaciekawia i trzyma w napięciu aż do końca sezonu. Duże możliwości dają reżyserom retrospekcje, dzięki którym poznajemy przeszłość bohaterów. Wzbogaca to akcję toczącą się w Storybrooke o dodatkowe, interesujące wątki ze świata baśni. Zwłaszcza pojedynek Emmy z Reginą przykuwa uwagę. Duża ilość wątków zostaje umiejętnie spleciona w bogatą i intrygującą opowieść, gdzie każda z postaci posiada własną historię i sekrety.

Co więc sprawia, że historia ta po jakimś czasie nuży? Wydaje się, że twórcy nie wykorzystali tkwiącego w baśniach potencjału i zdecydowali się na dobre, ale trochę zbyt lukrowane dzieło. Zamiast ukłonu w stronę makabrycznych bajek braci Grimm, otrzymujemy bajkę Disneya, a zamiast mrocznego i prawdziwie brutalnego świata – taki, gdzie zło nie może panować zbyt długo.