Transformers: Wiek Zagłady – recenzja

Transformers Wiek Zagłady jest czwartym podejściem Michaela Baya do tematyki kosmicznych robotów. Pierwsza odsłona z 2007 roku została bardzo dobrze przyjęta, ale z kolejnymi było różnie. Ostatnia część miała odświeżyć już lekko leciwe, zalatujące rdzą Universum. Jak to wyszło? O tym, mam nadzieję, dowiecie się z mojej recenzji.

Najnowsza część była szumnie zapowiadana. Reżyser chciał zrobić coś innego ze światem pochodzących z innej planety istot. W ostatecznym rozrachunku jednak film nie jest już tak nowatorski, jak to wynikało z wcześniejszych zapowiedzi. Znaki rozpoznawcze Baya, czyli szybka akcja oraz piękne kobiety, po raz kolejny zagościły na ekranie, przyćmiewając całą resztę. Niestety Nicola Peltza, odtwórczyni głównej roli żeńskiej, miała takie samo zadanie jak jej poprzedniczki w pozostałych odsłonach serii. Sceny z jej udziałem są ubogie w dialogi stąd moje wrażenie, że jej głównym celem było ładnie wyglądać, przez co jej umiejętności aktorskie zostały zupełnie pominięte. Zabieg ten jest dość niefortunny i powoduje spłaszczenie obrazu, co sprawia, że jest on kierowany do męskiego odbiorcy. Jedną z bolączek „Wieku Zagłady” jest wymiana aktorów znanych z poprzednich filmów – jej celem było podobno stworzenie zupełnie nowej historii. Tylko czy opowieść, którą snuje Bay, naprawdę jest czymś, czego wcześniej nie pokazał?

Kolejnym problemem Transformerów jest fabuła, która niestety wydaje się żywcem wyciągnięta z pierwszej części. Tu wszystko zaczyna się w Teksasie w domu domorosłego inżyniera, próbującego zrobić majątek na budowaniu różnej maści robotów umiejących np. pomalować ścianę czy przynieść piwo z lodówki. Mieszka on razem z nastoletnią córką. Ich kłopoty zaczynają się krótko po zakupie zardzewiałej, rozlatującej się ciężarówki, która okazuje się istotą pochodzącą z innej planety. Dalej historia toczy się w myśl dobrze sprawdzonego schematu. Do akcji wkracza tajna agencja zajmująca się wyłapywaniem kosmicznych robotów w celu przerobienia ich martwych cielsk na metal do produkcji własnych zdalnie sterowanych transformerów.

Dodatkowo w fabułę wpleciono wątek historyczny, czyli alternatywną wersję wyginięcia dinozaurów. Miało to jeden cel – dać Optimusowi dodatkowych żołnierzy. Zaczyna mnie też powoli niepokoić fakt, że nasz świat spodobał się kosmitom jeszcze przed tym, jak pierwszy człowiek postawił na nim stopę. Wszechświat jest ogromny z niezliczoną ilością planet, a mimo to wszystkie ważne wydarzenia mają miejsce tylko na jednej z nich. Wydaje się to trochę naciągane. Irytował mnie również jeden z autobotów, który w formie robota miał płaszcz wyglądający, jak gdyby został wykonany z materiału, a nie z metalu. Kolejną nieścisłością są super maszyny stworzone przez ludzi. Podczas ich pierwszego starcia z ich pozaziemskim odpowiednikiem pokazują olbrzymią moc, z którą to transformery sobie nie radzą. W dalszej części filmu, gdy dochodzi do starcia towarzyszy Optimusa z pięćdziesięcioma ludzkimi tworami, te drugie zaczynają padać jak muchy. Nie rozumiem tego braku konsekwencji.

Sam obraz, w którym pierwsze skrzypce grają wielkie bitwy oraz demolka na całego, ratują sceny komediowe z udziałem Stanleya Tucciego, grającego biznesmena zarabiającego na technologiach pozyskanych od obcych. Innym miłym akcentem są fragmenty z udziałem Bumblebee. W obu przypadkach jest to humor stojący na dobrym poziomie. Niestety nie jest tych scen zbyt wiele, więc seans szybko zaczyna się dłużyć. Całość trwa prawie 3 godziny, podczas których w znaczniej mierze przeważają bitwy i pościgi. Ci, którzy dobrze się bawili na wcześniejszych odsłonach, teraz także powinni być zadowoleni, chociaż muszę przyznać, że nie będzie im dane zobaczyć czegoś nowego na ekranie. Pozostałym radzę przemyśleć, czy nie znajdą lepszego pomysłu na spędzenie czasu.

Tytuł: Transformers Wiek Zagłady
Reżyser: Michael Bay
Obsada: Mark Wahlberg, Nicola Peltz, Jack Reynor, Stanley Tucci, Peter Cullen, John Goodman, Ken Watanabe
Gatunek: Akcja, Przygody, Sci-Fi
Czas trwania: 165 minut