Kilka słów o American Horror Story

Co może łączyć Quicksilvera, ukochaną King-Konga i producenta serialu młodzieżowego, w którym bohaterowie tańczą i śpiewają? Wszystko – a raczej jedna produkcja. I o dziwo, nie jest ona o śpiewającym, zmutowanym King-Kongu.
American Horror Story pojawiło się na ekranach telewizorów w 2011 roku i pomału zdobywało rzesze fanów na całym świecie. Historia rodziny chcącej uporządkować swoje życie w nowym domu, w którym straszy, wydawała się bardzo prostym pomysłem – jak się później okazało, również bardzo dobrym. Oczywiście, scenarzystom zdarzały się większe czy mniejsze wpadki, ale słupki oglądalności mówią jedno: ten serial to hit.

A wszystko zaczęło się od pewnego producenta, Ryana Murphy’ego, którego ostatni głośny serial, „Glee”, zrobił furorę w USA. Kolorowy, dydaktyczny, o spełnianiu marzeń szybko stał się uwielbiany przez młodzież i chwalony przez krytyków (niestety, potem było gorzej, ale to już inna historia). Dlatego wszystkich zdziwiła wiadomość, że Murphy, wraz z kolegą, z którym stworzył Nip/Tuck, zaczęli pracę nad nową serią i, co więcej, nie mającą na celu rozśmieszać. Nowy, trzynastoodcinkowy serial miał być odskocznią dla producenta komedii. Jak sam Ryan Murphy przyznał w wywiadzie dla Enterteinemt Weekly „Pracowaliśmy nad American Horror Story jeszcze przed Glee. Mogę mówić tylko za siebie, ale chciałem zrobić coś innego niż to, co dotychczas robiłem. Chciałem zrobić coś, co pokazywałoby inną stroną osobowości. Zawsze byłem zafascynowany tymi ciemnymi miejscami duszy. Ale tak naprawdę chodziło nam o naszą miłość do horrorów, którą czuliśmy jako dzieci. Ale co więcej, lubię tworzyć rzeczy, które mnie samego interesują. Tak w skrócie powstał pomysł na ten serial. Chciałem to zobaczyć!”

Jednak czy warto to zobaczyć? Są zalety i wady tego, że jest to trzynastoodcinkowa antologia, czyli że każdy z czterech sezonów opowiada o innej przerażającej historii, dziejącej się w innych czasach, w różnych miejscach, w dodatku z nowymi aktorami. Choć nie zawsze. Murphy ma pewną ekipę, która zagrała we wszystkich czterech sezonach – i jest to między innymi: Evan Peters, którego większość zna z nowych X-menów, gdzie zagrał Quicksilvera, i Jessica Lange, była dziewczyna King-Konga (w nowej wersji jej miejsce zajęła Naomi Watts). I trzeba przyznać, że mają ciekawe role – wystarczy spojrzeć na Lange, która była już szaloną zakonnicą, przerażającą sąsiadką, seksowną wiedźmą, a w najnowszej odsłonie – niemiecką właścicielką cyrku. To chyba wszystko, o czym aktor może marzyć. Ale również widz. Dla tych, co chcą pooglądać swoich ulubieńców w różnych rolach, popatrzeć na ich warsztat lub nie lubią postaci, którą ten gra, zawsze może się pocieszyć, że z następną serią będzie innym bohaterem.

Jednak przejdźmy do konstrukcji serialu. Co jest dobre w tym, że jest to antologia? Na pewno to, że każdy wielbiciel horrorów znajdzie coś dla siebie. Nie spodobał Ci się drugi sezon, bo był za mroczny? Nie ma problemu, pierwsza jest o wiele lżejsza, a trzecia to już zupełnie inna atmosfera. Niestety, jest to również wada. Człowiek, któremu spodobała się drastyczność sezonu o szpitalu dla chorych umysłowo, będzie zdegustowany komediowymi wiedźmami. Problemem są również pewne wątki, które są traktowane przez twórców po macoszemu, urywane lub… bezsensowne. Nie jeden widz łapał się za głowę podczas oglądaniu kosmitów w sezonie drugim, zadając sobie pytanie – czy to naprawdę było potrzebne?

Nie zmienia to jednakże faktu, że jest to dobry serial, a świadczy o tym również to, jacy aktorzy pojawiają się w obsadzie – Denis O’Hare czy, ostatnio, Kathy Bates. Amerykanka na Paleyfest przyznała, że od pierwszego sezonu była fanką „American Horror Story” i miała nadzieje być częścią tego przedsięwzięcia – co jej się udało. W czwartym sezonie na pewno pojawi się ponownie, a w trzecim grała wroga Fiony, bohaterki Lange.

Również czasem narzekając na wątki, warto pamiętać, że wiele osób pracuje nad nimi przez cały rok. Jak wygląda tworzenie serii od kuchni? Ryan Murphy uchylił rąbka tajemnicy: „Najpierw mamy pomysł na historię, potem tworzymy postaci. To jest duża firma zbudowana przez wiele osób – dla niektórych z nich nie ma roli”, nawiązując pewnie do pojawiającej się co drugi sezon Taissy Farmingi. Producent przyznał również, że na początku drugiego „American Horror Story” nie wiedział, że jedną z ważniejszych postaci zagra aktor z pierwszego!

Jak więc będzie z najnowszą serią? Patrząc na opis, że będzie przedstawiał różne „dziwy” z cyrku, można się spodziewać atmosfery sezonu drugiego. Jak będzie jednak naprawdę? To się okaże. Jedyne czego można być pewnym to pokręconej fabuły, świetnej gry aktorskiej i dużo strachu. A czy będzie miał dobry poziom? Cóż, głosy będą jak zwykle podzielone, bo, jak wiadomo, wcześniejsze zawsze było lepsze.