Księżyc nad Rubieżą – Ilona Andrews – recenzja

„Księżyc nad Rubieżą” to druga część nowej serii małżeństwa Gordon, tworzących pod pseudonimem Ilona Andrews. I tu dygresja, której nie mogę się oprzeć. Zawsze mnie intryguje, jak Oni są w stanie razem tworzyć, jak funkcjonuje taka w pełni zintegrowana diada. Wspólnie żyją i pracują. I to pracują cały czas we wzajemnej interakcji. To jest niewyobrażalny dla mnie poziom intensywności funkcjonowania z drugą osobą. W dodatku nie tylko im to nie szkodzi, ale, wnioskując po kolejnych książkach, wręcz służy rozwojowi ich warsztatu pisarskiego. Nowe powieści pokazują wyraźnie, że na swej drodze autorzy nie spoczęli na laurach i wciąż są w stanie zaskakiwać Czytelnika. No nie wiem, ja bym pewnie tę drugą osobę musiała po pewnym czasie (niezbyt długim, jak sądzę) w wymyślny sposób unicestwić.

Poprzednia część – „Na krawędzi” – została zakwalifikowana przez autorów do gatunku rustical romance – zabijcie mnie – do tej pory nie wiem, o co chodzi. W każdym razie wydaje mi się, że, czegokolwiek twórcy nie mieli na myśli, „Księżyc nad Rubieżą” nie mieści się w tej klasyfikacji. Zresztą sama Rubież jest tu również inna. Pisarze pokazują nam bardziej mroczną, okrutniejszą stronę tej, zapomnianej przez większość, części świata. Tutaj ujrzycie Rubież taką, jaką stworzyła ją Niepełnia – miejsce zsyłki przestępców, dla których nie było już miejsca w krainie magii, miejsce, gdzie prawo ma całkiem inny, czasem bestialski, wymiar.

Ta książka pozostaje w znacznej części romansem, ale również tutaj sfera emocjonalnego (i nie tylko) związku bohaterów pozostaje jednym z wielu wątków. Świetnie skonstruowane psychologicznie postacie, niejednoznaczne zarówno w swych myślach, słowach, uczynkach i zaniedbaniach, wielowarstwowe, plastyczne i żywe – to główny atut tej powieści. Szczególnie że autorzy nie szczędzili osobowości również postaciom dalszoplanowym, co dodaje dodatkowego smaczku lekturze, wzbogaca ją o wiele ciekawych historii i ukazuje sytuacje z różnych perspektyw. Drugim atutem niewątpliwie pozostaje akcja – wartka, często zaskakująca, płynąca żwawym strumieniem przez mroczne, cuchnące zgnilizną moczary i meandry Rubieży.

O ile w „Na krawędzi” główną bohaterką była bez wątpienia Rose, tutaj zdecydowanie w duecie bohaterów prym wiedzie William. I zaprawdę zwodnicza jest ta jego bezpośredniość i prostolinijność. Żadne rozterki nie są w stanie zmienić tego, kim jest – bezwzględnym zabójcą i, chciał nie chciał, wzorowym żołnierzem – rozkaz jest rozkaz – mimo wszystko. Nadaje on lekturze pewnej szorstkości, świetnie współgrającej z klimatem całej historii, a jeśli wnikliwie prześledzi się jego działania – no cóż – gdzieś się ulatnia ta prostoduszność, przynajmniej częściowo. I jakie ma poczucie humoru – takie sarkastyczno-ironiczne. Jego, rzucane mimochodem, spostrzeżenia i refleksje ustawicznie wprawiały mnie w świetny nastrój. Przyciężkawy tok myślenia, który momentami prezentował, również dostarczał mi niesamowitej uciechy.

Postać Cerise, którą los stawia nazbyt szybko na czele całego rodu, także obfituje w przyjemne niespodzianki. Mimo całej siły charakteru dziewczyna jest świadoma swych niedoskonałości i lęków. Potrafi zachować dystans do siebie i otoczenia (no, przeważnie). Umie przyznać się do swych niedoskonałości, obaw, a także pragnień.

Cała rodzinka protagonistki stanowi zbiorowisko indywiduów, które niesamowicie urozmaicają akcję i stanowią wartość dodaną całej przygody. Niewątpliwie również dzięki charakterystycznemu dla twórców poczuciu humoru i szczególnej zdolności prowadzenia rewelacyjnych, dowcipnych dialogów.

Sama intryga, złowieszcza, ziejąca wynaturzonym okrucieństwem, wprowadza mroczny, duszący nastrój, który, bez tego szczególnego talentu autorów, mógłby przytłoczyć Czytelnika. A jednak całość jest frapującą historią, pełną humoru, ale też pozwalającą na pewne refleksje (np. na temat człowieczeństwa, postępów medycyny) – jeśli komuś chce się oczywiście zagłębiać w takie rozważania.

Podoba mi się również prowadzenie wątków pobocznych. Tyle ciekawych niuansów, które potrafią pogłębić zaangażowanie odbiorcy.
Na tle tak rozbudowanej historii końcówka wydaje się być ekspresowa i jakby minimalistyczna. Jakby czegoś zabrakło. Trochę tego nie rozumiem, ale wybaczam – i tak bardzo mi się podobało.

Szczerze mówiąc, tym, co mnie najbardziej zaskoczyło, jest odmienność obu tomów serii. Podświadomie oczekiwałam zbliżonego klimatu, a jest całkiem inaczej. I tu wielki ukłon w stronę autorów. Często jest tak, że po kilku książkach danego twórcy Czytelnik już wie, czego może się spodziewać. Są inne postacie, inna sceneria – ale pozostaje charakterystyczny schemat. Oczywiście świetni autorzy są w stanie uniknąć tej pułapki. Sądzę jednak, że trzeba niesłychanie twórczego umysłu i niesamowitej elastyczności, aby mogło się udać. Gordonom bezapelacyjnie się to powiodło.

„Księżyc nad Rubieżą”, jak dla mnie, potwierdza klasę pisarzy, a sama książka jest naprawdę warta natychmiastowego przeczytania.

 
tytuł: Księżyc nad Rubieżą
autor: Andrews Ilona
data wydania: 2014-10-31
tytuł oryginału: Bayou Moon
tłumacz: Dominika Bogucka
ISBN-13: 978-83-7574-975-5
wymiary: 125 x 195
strony: 500
cena: 44,90