Penny Dreadful – recenzja

Opowieść za grosik

Fraza „Penny dreadful” w wiktoriańskiej Anglii służyła do określania niedrogich historii, drukowanych na tanim papierze, których przeznaczeniem była rozrywka klasy robotniczej. Sprzedawane w postaci cienkich zeszytów za jednego pensa, pełne były opowieści o duchach, mordercach czy potworach nie z tego świata. Określane również jako „penny horrible” czy „penny blond”, wyspecjalizowały się we wszelkiego rodzaju makabrach i tajemnicach. Mając to na uwadze, serial o tym samym tytule (w Polsce znany jako “Dom grozy”), wypuszczony w zeszłym roku przez Desert Wolf Productions i Neal Street Productions, zdaje się garściami czerpać ze swoich literackich pierwowzorów.

Akcja cyklu toczy się w XIX-wiecznym Londynie, a bohaterami są postaci dobrze znane z ówczesnych powieści gotyckich, takie jak Frankenstein czy Dorian Grey. Główna linia fabuły jest dość prosta: bogaty ojciec pragnie odzyskać córkę, która wpadła w paskudne towarzystwo, charakteryzujące się nocnym trybem życia i hematofagią. Ponieważ przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę, angażuje w swój zamysł całą plejadę rozmaitych indywiduów, skrywających mroczne tajemnice, którymi nie chcą dzielić się z towarzyszami broni.

Centralny wątek nie zachwyca, szczególnie gdy okazuje się, iż po raz kolejny mamy do czynienia z wampirami. Człowiekowi aż chce się ziewać i tylko niezwykle mroczny klimat Londynu i sekrety większości postaci zmuszają nas do obejrzenia kolejnego epizodu. Na szczęście dla widza, scenarzyści stopniowo rozwijają motyw opętanego medium – Vanessy Ives, granej przez Evę Green, który swoje apogeum osiąga we wprost niesamowitym, głównie pod względem aktorskim, odcinku „Possession”, dając nadzieję, że w przyszłym sezonie zdominuje on całą serię. Równie dobrze wypada Harry Treadaway wcielający się w postać młodego Frankensteina, uzależnionego od narkotyków, cierpiącego doktora, pragnącego objąć panowanie nad śmiercią, niesamowicie przekonująco wylewającego żale i uznającego wyłącznie wyższość rozumu nad zabobonem. Jest to zedcydowanie jeden z lepiej pomyślanych i zagranych bohaterów serii. Na pochwałę zasługuje również wybór Reeve’a Carney’a do roli zblazowanego i rozpustnego bogacza, którego jedynym sensem życia jest poszukiwanie nowych, coraz bardziej intensywnych doznań. Niewinna twarz i chłopięca postura potrafiłby nas doskonale zwieść, co do niewinności jego natury, gdyby nie okryte złą sławą imię – Dorian Grey. Sir Malcolm natomiast, grany przez Timothy’ego Daltona, jest dokładnie tym, kogo możemy się spodziewać: zadufanym szlachcicem o niespełnionej wizji odkrycia źródeł Nilu, nieliczący się z nikim i niczym, byleby tylko odzyskać swoje dziecko i być może zmazać w ten sposób część win. I jak wśród tych wszystkich okrutnych i podłych Brytyjczyków ma się odnaleźć biedny, uciekający przed przeszłością Amerykanin, którego romantyczna dusza kazała mu zadurzyć się w umierającej prostytutce i być wiecznie dręczonym sumieniem naszej wesołej kompanii. Ethan Chandler jest może doskonałym rewolwerowcem, ale niezmiennie smutne spojrzenie i ciągłe powtarzanie, jakim to był złym człowiekiem i opowiadanie o strasznych rzeczach, których się dopuścił, po prostu męczy. Całości dopełnia Samembe – czarnoskóry służący Murray’a, najlepiej z nich wszystkich przystosowany do zabijania potworów, stojących im na drodze do osiągnięcia celu.

Główną zaletą serialu jest brak gloryfikacji epoki wiktoriańskiej. Nie zapomniano o głęboko zaznaczonym podziale pomiędzy biedotą a wyższymi sferami, wszechobecnym brudzie, smogu i chorobach oraz fakcie, że Anglicy nie byli wówczas tacy doskonali, na jakich się kreowali. Mimo przewidywalnego scenariusza, jest to całkiem udany serial. Nie wybitny, gdyż moim zdaniem nigdy taki nie miał być. Krytykowanie przesycenia erotyzmem i makabrą nie ma większego sensu, gdyż w połączeniu z mrokiem i tajemniczością tworzy istotę tego, czym dla ówczesnego czytelnika były „penny dreadful” – groszową rozrywką, pozwalającą się oderwać od przygnębiającej rzeczywistości. I to właśnie udało mu się osiągnąć.