“Sherlock” i “Elementary” – recenzja porównawcza

[email protected]

Kiedy w 1887 roku w ręce Brytyjczyków trafiło „Studium w szkarłacie”, świat zachwycił się nowym rodzajem stróża prawa – socjopatycznym, ale genialnym detektywem, który tylko potęgą swojego nadprzeciętnego umysłu rozwiązywał nawet najbardziej skomplikowane kryminalne zagadki Londynu. Dziś policja ma do dyspozycji całe biura śledcze, zastępy patologów, najnowsze odkrycia naukowe i dyski pełne baz danych. Żyjemy w czasach, w których do identyfikacji wystarczy włos lub kropla śliny, a każde działanie pozostawia tylko pozornie niewidoczne ślady, prowadzące prosto do ujęcia sprawcy. Wygląda na to, że era dedukcji przeminęła bezpowrotnie, ustępując bezlitosnemu postępowi. Na współczesnym miejscu zbrodni po prostu nie ma miejsca dla fenomenalnych detektywów i ich niezwykłych umiejętności. Nic bardziej błędnego.

25 lipca 2010 roku brytyjska stacja BBC wyemitowała pilotowy odcinek nowego serialu kryminalnego pt. „Sherlock”. No tak, czego można się było spodziewać po Anglikach. Powstało już mnóstwo ekranizacji przygód detektywa z Baker Street, jedna mniej czy więcej przecież nie zrobi różnicy. Ale przecież ten temat został już zupełnie wyeksploatowany! Fakt, nie tak całkiem dawno, bo w 2009 roku, na srebrnym ekranie pojawił się „Sherlock Holmes” z Robertem Downey Jr. i Jude’em Law w rolach głównych, będący całkiem niezłą próbą wskrzeszenia tytułowego bohatera. Trzeba jednak znać granice, bo Conan Doyle’owi grozi to samo, co zrobili Dumasowi (mowa tu o balansujących na granicy kiczu i dobrego smaku „Trzech muszkieterach 3D”). Na szczęście wyspiarzom się udało. Nie tylko ożywili Sherlocka, ale też wprowadzili go w XXI wiek.

W jednym sezonie dostajemy tylko trzy odcinki, ale za to w postaci pełnometrażowych filmów. Każdy z nich jest wzorowany na twórczości Conan Doyle’a, ale dostosowanej i przeniesionej do współczesnego Londynu, co ewidentnie odświeżyło pierwowzór i dodało mu polotu, ikry niezbędnej do przebicia się w dzisiejszych czasach. Dlatego też nie powinny nas dziwić tytuły poszczególnych epizodów: „Study in Pink”, „The Hounds of Baskerville” czy „Reichenbach Fall”, które, choć wydają się znajome, to jednak, po obejrzeniu, zaskoczą nawet najbardziej wybrednego sherlockistę. Jak do tej pory można obejrzeć trzy sezony tego serialu. Zdjęcia do czwartego, na który fani czekają z niecierpliwością, mają się rozpocząć w styczniu tego roku.

Na początku poznajemy Johna Watsona, w tej roli Martin Freeman, lekarza wojskowego, który niedawno wrócił z wojny w Afganistanie. Jako były żołnierz ma trudności z powrotem do normalnego życia. Cierpi na fantomowe bóle prawej nogi, drżenia rąk, chodzi na spotkania z psychoterapeutką i powoli zaczyna popadać w depresję. Przypadek sprawia, że spotyka starego znajomego i opowiada mu o swoich problemach mieszkaniowych. Tak poznaje Sherlocka Holmesa – detektywa konsultanta, który zdaje się wiedzieć o nim wszystko, mimo że widzą się po raz pierwszy w życiu. Potem jest już tylko zagadka, w którą obaj się angażują. Brzmi znajomo? Fakt, ale niech to nikogo nie zniechęca.

Jaki jest współczesny Sherlock? Arogancki i apodyktyczny, w sumie nic nowego. Nie znosi ludzi za ich głupotę i nie zaśmieca sobie głowy niepotrzebnymi informacjami – na przykład faktem, że Ziemia krąży wokół Słońca. Próbuje rzucić palenie, używając do tego plasterków nikotynowych. Uwielbia pisać smsy, na bieżąco korzysta ze smartphona, przeprowadza mniej lub bardziej śmierdzące eksperymenty w swojej kuchni oraz nieco przerażające doświadczenia na zwłokach w znajomym prosektorium. Z arystokratyczną powagą zbiera ślady przy pomocy mini lupy i, co oczywiste, gra na skrzypcach. Ma starszego brata Mycrofta, który nieustannie martwi się, czy „Młody” nie wrócił do narkotyków, a praca w jednej z bardziej tajnych agencji rządowych, wbrew pozorom, wcale mu tego nie ułatwia. Nie wzbudza sympatii otoczenia. Nie liczy się z ludźmi, nawet ze swoim jedynym przyjacielem Watsonem i nie ma większych oporów, żeby zrobić z niego królika doświadczalnego.

W rolę detektywa wcielił się Benedict Cumberbatch i szybko został za nią doceniony licznymi nagrodami, między innymi Critics’ Choice Television dla najlepszego aktora w mini serialu lub filmie. Sherlock w jego wykonaniu momentami wydaje się całkowicie pozbawiony ludzkich odruchów, ale nie, on jest po prostu bezdusznie precyzyjny i skuteczny. Jego twarz nie wyraża nic poza pogardą dla wszystkiego, co nie myśli, a to w przypadku Holmesa oznacza cały świat z nielicznymi wyjątkami. Kiedy już sytuacja obliguje go do pokazania, że jednak ma uczucia, wymaga to od niego zdumiewającego wysiłku. Zręcznie manipuluje uczuciami widza, sprawiając, że albo się go kocha, albo nienawidzi, co w przypadku żeńskiej części widowni raczej oznacza to pierwsze. Postać tak klasyczna, że niemal sztampowa, zyskała w końcu nowy wymiar.

A jaki jest Watson? Moim zdaniem Martin Freeman jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Sprawił, że doktor jest nie tylko twardym żołnierzem, który nie waha się pociągnąć za spust, ale też niezwykle ciepłym człowiekiem i jedynym, mającym jakikolwiek wpływ na ekscentrycznego detektywa. Dzięki niemu widzimy, że Sherlock nie jest tylko maszynką do rozwiązywania zagadek, ale też ma swoje słabości i potrafi być po prostu ludzki.

A tajemnice? Przeniesione w XXI wiek i dostosowane do współczesnego widza, nabrały świeżości i nowej mocy. Moriarty, tym razem już nie profesor, jest jeszcze bardziej przebiegły i wydaje się być zawsze o krok przed Holmesem. A nad dodatek wzbudza większą sympatię w otoczeniu niż główny bohater. Więcej nie zdradzę. Zachęcam do obejrzenia.
Sukces „Sherlocka” oczywiście nie przeszedł bez echa. Pomysł uwspółcześnienia przygód znanego detektywa spodobał się także sąsiadom zza oceanu i w 2012 roku pojawiło się „Elementary”.

Akcja serialu toczy się w Nowym Jorku. Główny bohater przeniósł się tam z Londynu po osobistej tragedii, która spowodowała, że uzależnił się od narkotyków. Ojciec zmusił go do leczenia, a po terapii – do życia pod czujnym okiem „trzeźwego towarzysza”, który ma pilnować, żeby nie powrócił do nałogu. Zostaje nim, i tu pierwsza wyraźna innowacja wprowadzona przez Amerykanów, dr Joan Watson, była pani chirurg, która po śmierci pacjenta straciła prawo do wykonywania zawodu.

Jaki jest Holmes wyprodukowany USA? Arogancki, bezczelny i oczywiście genialny. Do komunikowania się używa głównie smsów, które pozwalają mu posługiwać się jego ulubionymi skrótami. Ogląda kilka programów na raz, żeby ćwiczyć pamięć. Hoduje pszczoły, ale nie gra na skrzypcach. Jest strasznym bałaganiarzem i nosi nawet „szaliczek” jak jego brytyjski kuzyn. Wzbudza sympatię i, mimo swoich ponadprzeciętnych zdolności dedukcyjnych, jest lubiany. Nowojorska policja chętnie korzysta z jego pomocy, zamiast, wzorem oficerów Scotland Yardu, robić to z przymusu. Parafrazując Stanisława Bareję, wygląda na to, że mamy za mało Holmesa w Holmesie. Z jednej strony dystansuje się do wszystkiego, jest nieobliczalny, ale z drugiej ciągle przyznaje się do błędów i, co może być rażące dla postaci Sherlocka, mówi o swoich uczuciach. Nie należy jednak zapominać o jednym dość ważnym fakcie: akcja „Elementary” toczy się jakby w przesunięciu do „Sherlocka”. Był detektywem konsultantem w Londynie, ale śmierć ukochanej kobiety, chęć złapania jej mordercy i końcowa porażka wpędziła go w narkotyki. Holmes amerykański nie jest już tym samym „Brytolem” co kiedyś. Przeszedł za dużo. Zbyt wiele wycierpiał, by być ciągle tym samym, butnym szczeniakiem. Wydaje się być już nawet zmęczony swoim geniuszem i możliwe, że pozbyłby się swojego „daru”, gdyby tylko mógł. I za to właśnie, za kreację Sherlocka po przejściach, Jonny Lee Miller otrzymał nominację do Satelity w kategorii najlepszy aktor w serialu dramatycznym.

Przyznam, że pomysł zrobienia z Watsona kobiety przypadł mi do gustu, ale obsadzenie w tej roli Lucy Liu już nie bardzo. Z całym szacunkiem dla jej kunsztu aktorskiego, ale brakło mi tego ciepła, które zawsze otaczało doktora. Pozostało jedynie nieprzejednanie i twardość, cechujące żołnierzy lub tajnych agentów, ale to za mało, by wiernie oddać jego postać. Jednak w samej koncepcji drzemie, niestety niewykorzystany, potencjał. Może nowe sezony wniosą coś innego.

Co do wyzwań, stawianych przed genialnym detektywem, mamy tu cały panteon klasycznych amerykańskich kryminalnych zagadek: morderstwa z wyjątkowym okrucieństwem, porwania dzieci, katastrofę lotniczą, seryjnych morderców i mnóstwo wybuchów, czyli wszystko to, co bardzo dobrze znamy już z innych seriali. Domysły Holmesa są popierane przez badania laboratoryjne, on sam jednak żadnych nie prowadzi. Uczestniczy w przesłuchaniach świadków i na bieżąco prowadzi nasłuch policyjnych komunikatów, przez to często pojawia się na miejscu zbrodni, zanim jeszcze zostanie wezwany. Samej linii fabularnej niewiele można zarzucić. Odcinki są przemyślane i ogląda się je naprawdę z dużą dozą przyjemności, mimo całkowitego odejścia od pomysłów Conan Doyle’a. Przez to jednak nie można pozbyć się wrażenia, że głównymi bohaterami równie dobrze mogliby być John Smith i Jane Doe, a serial byłby równie dobry i nic by to nie zmieniło w jego odbiorze. Sygnowanie go postacią Sherlocka miało chyba czysto marketingowe podłoże, które wycelowane było w miłośników gatunku, nie mogących przegapić najnowszej ekranizacji przygód kultowego już detektywa. Możliwe, jednak cały ten tok myślenia zostaje zaburzony, gdy na scenę wkracza odwieczna Nemezis Holmesa – Moriarty. Muszę przyznać, że wszystkie odcinki, w których pojawiał się ten wątek, oglądałam z zapartym tchem, nie tyle nie mogąc się doczekać tego, co zrobi nasz detektyw, ale przede wszystkim ze wzglądu na to, że nie można było nic przewidzieć. Już zupełnie subiektywnym uczuciem była chęć wręczenia nagrody za scenariusz ostatniego, podwójnego odcinka serii.

Kolejną rzeczą, którą amerykańscy twórcy zrobili lepiej od kolegów z BBC, jest czołówka serialu. W przypadku „Sherlocka” jest to ogólny widok na Londyn i jego najbardziej rozpoznawalne miejsca, natomiast „Elementary” zaczyna się od niesamowitej maszynerii, mającej za zadanie zobrazować ciąg przyczynowo-skutkowy, prowadzący od popełnienia zbrodni do ujęcia sprawcy, co moim zdaniem jest cudownym pokazaniem mechanizmu działania mózgu Holmesa.

Obserwując to, widać, że trudno wyprzeć genialnego detektywa z miejsca zbrodni, wręcz niemożliwym jest oderwanie go od tego. Jego metody nie są przestarzałe, raczej nigdy nie tracą na aktualności. Wbrew pozorom współcześni kryminolodzy nie rozstają się z dedukcją, choć nie stosują jej już na taką skalę. Nie należy zapominać, że to Conan Doyle pierwszy napisał o zastosowaniu metod daktyloskopijnych właśnie przez Sherlocka. Nie jest zatem ważne, wiktoriański Londyn czy dzisiejszy Nowy Jork, wszędzie, gdzie pojawi się zbrodnia, Holmes i jemu podobni będą w swoim żywiole. Nie należy jednak zapominać o pewnej dozie umiaru. Brytyjczykom się udało. Amerykanom niekoniecznie. Mimo że stworzyli naprawdę świetny serial, to w kategorii ekranizacji książkowych zajmuje on raczej dalekie od podium miejsce.