Stephen King “Przebudzenie” – recenzja

Ostatnimi laty fani twórczości Stephena Kinga nie mogą czuć się zaniedbywani. Co i rusz na półki księgarń trafiają powieści sygnowane nazwiskiem autora. Tak też, całkiem niedawno, za sprawą wydawnictwa Prószyński i S-ka ruszyła sprzedaż „Przebudzenia”.Są lata 60. XX wieku. Na kilkuletniego Jamiego Mortona, bawiącego się na przydomowej ulicy, pada cień. To przybyły do Harlow nowy pastor – Chareles Jacobs – przyszedł przywitać się z rodziną chłopca. Młody, dobroduszny duchowny staje się pierwszym dorosłym przyjacielem Jamiego, przekazuje mu życiowe mądrości, zabawia, zapoznając ze swoją pasją, którą jest elektryczność. Lecz, jak głosi stare porzekadło, nic nie trwa wiecznie – osobista tragedia i wygłoszone po niej Straszne Kazanie zmuszają Jacobsa do opuszczenia miasteczka. Jednak drogi Mortona i wielebnego, choć żaden z nich się tego nie spodziewa, przetną się jeszcze nie raz.

Stephen King w swej nowej powieści zabiera Czytelnika na wycieczkę zarówno po Stanach Zjednoczonych, jak i wspomnieniach głównego bohatera. Bo tak naprawdę „Przebudzenie” to sięgająca czasów współczesnych pamiętnikarska opowieść o życiu, wzlotach i upadkach Jamiego. To on jest narratorem, z punktu wiedzenia którego poznajemy wymyśloną przez autora historię.

Nasz główny bohater w młodości postanowił zostać gitarzystą rockowym, co sprawiło, iż jego losy trudno byłoby nazwać nudnymi – ciągła wędrówka od klubu do klubu, narkotyki, alkohol. Czyni to z niego barwną osobę, a konstrukcja Mortona wyszła Kingowi wiarygodnie, zapewne dzięki inspiracji wydarzeniami z własnego życia.

Jednak, mimo pełnej palety kolorów, jaką autor poświęcił na Jamiego, najciekawszą postacią całej wykreowanej historii, przynajmniej w moim odczuciu, jest pastor Charles Jacobs. Z kolejnymi stronami czytanej powieści odbiorca ma szansę oglądać jego przemianę – od poczciwego, pełnego pasji i zapału młodego duchownego, po opętanego obsesją starca, który nie zawaha się przed niczym, by zaspokoić swoją ciekawość. Między tymi skrajnymi momentami widzimy go również jako właściciela sklepiku, jarmarcznego kuglarza, czy też telewizyjnego kaznodzieję-uzdrowiciela. I z niemal każdą z tych jego postaci, ukrywaną pod innym imieniem i nazwiskiem, spotyka Jamie Morton, a wszystkie z nich znacząco wpływają na losy rockmana.

Ten ostatni etap przemian Jacobsa można by uznać za pozytywny – zwłaszcza uleczeni widzą w byłym duchownym swoje zbawienie – gdyby nie fakt, że dla prowadzącego swoje niebezpieczne eksperymenty wielebnego, ludzie są jedynie królikami doświadczalnymi, półśrodkami pozwalającymi osiągnąć wymarzony cel. Jedynym, który zdaje się dostrzegać zagrożenie i konsekwencje płynące z tych praktyk jest właśnie główny bohater powieści. Sprawa dotyczy go nawet osobiście, gdyż sam kiedyś doznał łaski płynącej z uzdrowicielskiej mocy Charlesa. Wraz z kolejnymi wcieleniami niegdysiejszego pastora zmieniały się moje odczucia w stosunku do jego postaci. Początkowa sympatia, następnie współczucie i ciekawość, przeradzać zaczęły się w niechęć, by na końcu przejść w obrzydzenie.

Drugoplanowym postaciom również niczego nie brakuje – są realne, żywe, po prostu ludzkie. I tak jak to bywa, nie tylko w literaturze, jedne z nich mają większy, a drugie mniejszy wpływ na przedstawione wydarzenia i bohaterów pierwszego planu.

Jak można to już było zaobserwować w kilku ostatnich powieściach Kinga, autor w swojej twórczości bardziej skupia się na obyczajowej niźli fantastycznej stronie opowieści. „Przebudzenie” nie stanowi tu wyjątku, Czytelnik ma dogłębny wgląd w uczucia, relacje międzyludzkie stworzonych sylwetek, jak również poznać może np. historię amerykańskiego rocka ostatnich pięćdziesięciu lat. Elementy fantastyki i horroru tak naprawdę rozkwitają dopiero w końcowej części książki.

Akcja powieści toczy się niespiesznym tempem, jednak w żadnym wypadku nie czyni z „Przebudzenia” nudnego czytadła. Jest spokojnie, lecz wciąż interesująco, intrygująco i ciekawie. Ostatnie strony natomiast nadrabiają intensywnością i odbiorca dostaje solidną dawkę emocji. Fani twórczości Kinga na kartach omawianej powieści odnajdą odniesienia do innych jego dzieł, między innymi „Dallas ‘63” czy „Joyland”.

Jeden z wykreowanych przez autora bohaterów stara się odnaleźć odpowiedź na pytanie, które ludzie zadają sobie chyba od początków istnienia – co czeka nas po śmierci, dokąd trafiamy? Muszę przyznać, iż ta zrodzona w umyśle Kinga zupełnie nie przypadła mi do gustu. Nie żebym coś zarzucała autorowi pod względem twórczym czy logicznym, tu wszystko jest w porządku, układanka z wątków składa się w spójną całość. Chodzi jednak o to, iż gdyby taki los miał spotkać mnie w zaświatach, to nie zostaje nic innego, jak zacząć się rozglądać za przepisem na nieśmiertelność.

„Przebudzenie” to sprawnie skonstruowana powieść obyczajowa z elementami horroru. Czy jest to najlepsza książka, jaka wyszła spod pióra Stephena Kinga? Nie mam pojęcia. To raczej kwestia indywidualnych upodobań, a przed autorem, czego szczerze mu życzę, pewnie jeszcze wiele pomysłów. W mej subiektywnej ocenie „Przebudzenie” nie odbiega jakością od wydanych ostatnimi laty powieści i mogę je szczerze polecić.

 

About WereWolf

Zły Wilk

View all posts by WereWolf