50 twarzy Frankensteina

Minęło już blisko dwieście lat od czasu, kiedy Mary Shelley zadebiutowała powieścią „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”, jednak monstrum, które stworzyła rękami ambitnego naukowca, zyskało ponadczasowy wymiar. Stało się inspiracją dla wielu przyszłych pokoleń, szczególnie po wynalezieniu kinematografu, oraz nieprzemijającym symbolem grozy, kary za igranie z boską mocą dawania życia. Przez lata zmieniały się jego twarze, charakter czy zachowanie, choć ogólny wizerunek pozostał ten sam. W niektórych adaptacjach pojawiała się tak indywidualna wizja tego, jaki powinien być taki Frankenstein, że przystajemy na chwilę, zastanawiając się na potęgą ludzkiej wyobraźni, zastanawiając się, jak to wszystko się zaczęło.

„It’s alive”

Pierwsze życie potwora rozpoczyna się w Szwajcarii, gdzieś pod koniec XVIII wieku, kiedy to naukowiec-filozof Wiktor Frankenstein, próbuje zgłębić zagadkę życia i śmierci. Tworzy wówczas poprawioną wersję człowieka, któremu nadaje imię Adam, jako że ma być on pierwszym z nowego rodzaju ludzi. Jednak nie wszystko poszło tak, jak to sobie wymarzył, i przeraził się istoty, którą stworzył. W książce czytamy, że monstrum było niezwykle postawne, wysokie na prawie dwa i pół metra, za to niesamowicie brzydkie. Zostało złożone z kilku ciał zmarłych, które jego twórca wykopał na sąsiadującym z jego pracownią cmentarzu. Jego półprzezroczysta, żółtawa skóra była tak napięta, że widać było pracujące pod nią żyły i mięśnie. Patrzył na świat szklistymi oczami, a twarz przyozdabiały mu czarne wargi, za którymi kryły się niezwykle białe zęby. W sumie nie dziwi, że Wiktor uciekł, ale pozostawił na łaskę losu swój twór, który w chwili narodzin był równie bezbronny jak dziecko i tak jak dziecko, musiał się wszystkiego nauczyć. Jednak porzucony przez „rodzica” musiał to zrobić sam.

Pomimo powierzchownej niedoskonałości, Adam był niezwykle inteligentny. Bardzo szybko nauczył się mówić i czytać, i to w dwóch różnych językach. Intuicyjnie wiedział albo wręcz wnioskował, jak wykonywać poszczególne czynności jak chociażby zwykłe założenie spodni. Shelley sugerowała nawet, że wolał jagody i orzechy od mięsa. Był niezwykle uczuciowy i łagodny, ale przez swój wygląd nieakceptowany przez „doskonałych” ludzi, nawet przez swojego „ojca”, do którego przecież uśmiechnął się przy pierwszym błysku świadomości tak, jak to zwykły czynić niemowlęta. Pozostali wcale nie obchodzili się z nim lepiej. Wyglądał jak potwór, więc tak był traktowany. Wszystko to pogłębiało jego frustrację i samotność, dlatego też pragnął towarzysza, kogoś takiego jak on sam. Jednak „ojciec” nie dotrzymał obietnicy i nie stworzył mu partnerki mogącej wypełnić sobą pustkę jego życia. To doprowadziło Adama do chęci zemsty na wszystkich, którzy go skrzywdzili, a w konsekwencji do morderstw i okrucieństwa, z którego jest nam tak dobrze znany, i jego tragicznej śmierci. Mimo wszystko, na tym nie skończyła się jego życia. Prawdziwe imię stwora zostało zapomniane, więc zwykł być nazywany Frankesteinem, na pamiątkę „ojca”, który zupełnie na to nie zasłużył. Wskrzeszone siłą ludzkiej wiedzy monstrum przetrwało w wyobraźni ludzi, by za każdym razem rodzić się na nowo, być może nieco odmienione, ale wciąż żywe.

„He’s a monster!”

Pierwsze ekranizacje, które tak bardzo wpłynęły na nasze postrzeganie tej niezwykłej istoty, opierały się głównie na jego mrocznej, krwiożerczej stronie. Najbardziej przyczyniła się do tego kreacja Borisa Karlofa z „Frankensteina” z 1931 roku w reżyserii Jamesa Whala. Dzięki niemu i makijażowi autorstwa Jacka Pierce’a nasz potwór zyskał tak karykaturalnie płaską i kwadratową głowę, o mocno podkrążonych oczach. W jego szyi tkwiły śruby, mające służyć za złącza elektryczne, niezbędne w procesie ożywiania. Również od czasu tego filmu zawsze powołuje go do życia uderzenie pioruna, choć oryginalnie miały to być tajemnicze mikstury, których receptura znana była tylko jego stwórcy. Zgodnie też z wizją Shelley, został stworzony z różnych ciał, skradzionych to tu, to tam przez naukowca–wizjonera, jednak w ekranizacji, główne zamieszanie toczy się wokół mózgu. Przez przypadek zostaje mu wszczepiony umysł mordercy i zbrodniarza, co zdaje się go predysponować do zła. Ponadto Frankenstein Karlofa niezmiennie jest ubrany w czarną marynarkę o zbyt krótkich rękawach i ciężkie buty, bez których trudno nam go sobie wyobrazić. Porusza się też w ten niezręczny, ale w bardzo charakterystyczny sposób, na zupełnie sztywnych nogach. W przeciwieństwie do swojego literackiego pierwowzoru, jest istotą niemą, pełną zwierzęcych instynktów. Boi się ognia tak bardzo, że sam jego widok doprowadza go do furii, która popycha go do pierwszych napadów wściekłości. Dopiero w sequelu „Narzeczona Frankenstaina” uczy się jako tako mówić i poznaje uczucia, choć jego inteligencja pozostaje zdecydowanie ograniczona. Mimo swej odmienności od oryginału, taka wersja potwora jest nam już dużo lepiej znana i na stałe zakorzeniona w szeroko pojętej popkulturze. Tak naprawdę to dzięki niej stał się jedną z ikon grozy.

Wszystkie późniejsze adaptacje mniej lub bardziej wzorują się na tym właśnie filmie. I tak Frankensteinowi przychodzi się z mierzyć z Draculą czy z wilkołakiem. Zyskuje własną narzeczoną, córkę i syna (niekoniecznie w tej samej produkcji). Odradza się, mści i powstaje w kilku innych. Jakby nie był ukazany, jego głównym zadaniem było przerażenie widza.

„He is not a monster!”

A gdyby tak spojrzeć na niego i całą historię inaczej? Tak pewnie pomyślał Mel Brooks, kiedy postanowił wyreżyserować „Młodego Frankensteina”. Wbrew temu co może sugerować tytuł, nie chodzi tu o nastoletniego potwora, ale o prawnuka Wiktora Frankensteina, który zamierzał pójść w ślady swojego dziadka i postanowił stworzyć swoje własne monstrum. Film ten, jak można się spodziewać, jest parodią kina grozy z naszym stworem w tle, więc wcale nie dziwi, że na ekranie zamiast bestii, widzimy istotę o zmęczonej i mocno znudzonej twarzy, ale momentami wyrażającej całkiem sporo emocji. Jest to szczególnie widoczne w scenie z niewidomym staruszkiem czy innej, z narzeczoną doktora. Po specyficznym uśmiechu od razu domyślamy się, co też mu chodzi po głowie. On sam powstał w wyniku wszczepienia niezbyt normalnego umysłu w ciało świeżo wykopanego wisielca. „Nowy” mózg jednak znacznie uwypukla mu czaszkę, na której nie bardzo chcą pojawić się włosy. Jest tak silny, że rozwala na drzazgi każde drzwi, które staną mu na drodze, i został tak dobrze wyposażony przez „naturę”, że kobiety w końcu odnajdują prawdziwy sens życia. Lubi dźwięk skrzypiec, ciągnie do niego jak ćma do światła. Za to, jak trochę straszy kolega, boi się choćby najmniejszego źródła ognia. Porusza się całkiem żwawo, nieźle się wspina, a ubrany w wytworny frak, bardzo dobrze tańczy i stepuje na scenie. Intelekt, ogładę i całkowitą płynność ruchów zyskuje jednak dopiero wówczas, gdy jego twórca, pragnąc go ocalić, przekazuje mu część swojego rozumu. Jest to zdecydowane ocieplenie wizerunku potwora, który w kreacji Petera Boyle’a jest naprawdę sympatyczny i trudno go nie lubić. Co ciekawe, Mel Brooks sparodiował nie tylko złowieszczą i mroczną stronę filmów grozy, ale skłonił się też ku oryginałowi. W jednej z ostatnich scen widzimy jak potwór przekonuje wściekły tłum do nie zabijania młodego doktora, bo ten poświęcił się, by ocalić nieakceptowany twór własnej pracy. Jak dziwnie by to nie wyglądało, monolog o skrzywdzeniu przez świat, przekonuje żądnych krwi wieśniaków i wszystko może dobrze się skończyć. Jak widać Frankensteina można się nie tylko bać, ale i świetnie z nim bawić. Więc wróćmy na chwilę do wcześniej wspomnianej wizji nastoletniego potwora, a raczej zastanówmy się, jaką twarz mógłby przyjąć, trafiając w typowo młodzieżowe środowisko. Mogłoby być ciekawie.

„Score!”

Na pewno tego samego zdania byli Amerykanie, kiedy w 1991 roku mogli zobaczyć film „Frankenstein: Studenckie lata”. Pomysł był prosty. Twórcy postanowili postawić Frankensteina na drodze studentów z typowego, amerykańskiego college’u. Może nie jest to adaptacja najwyższych lotów, ale pod względem kolejnej szalonej wizji już dobrze nam znanej istoty, całkiem intrygująca. Frank, bo takie imię nadali mu scenarzyści, powstał w wyniku badań nad transplantologią i serum, które zapobiegałoby odrzucaniu przeszczepów. Ale testować na nim nowy lek, tak żeby nikt się nie zorientował i jeszcze mieć go ciągle na oku? Najłatwiej wciągnąć „odkrycie” na listę studentów! Jeśli przemilczymy koszmarną zieloną charakteryzację i wypadające, długie włosy, to zewnętrznie Frank, nie różni się zbytnio od swoich poprzedników. Ze swoją siłą i posturą, zostaję gwiazdą uniwersyteckiej drużyny footballowej, przy czym jego „nieco” niższa inteligencja nie robi na nikim wrażenia i uznawana jest za cechę prawdziwego sportowca. Mówi donośnym, chrapliwym głosem, porozumiewając się głównie pojedynczymi słowami, gdzie jego ulubionym wydaje się być „score”, będące uniwersalną odpowiedzią na wszystkie pytania. Uwielbia słodycze i pochłania hektolitry piwa, zupełnie jak prawdziwy student. Jednak, moim zdaniem, prawdziwe „tworzenie potwora” w tym filmie, ma miejsce w scenie, w której domorośli naukowcy, starają się go ubrać nieco bardziej „na czasie”, co pozwala nam go zobaczyć w stylizacji country, hipisowskiej czy klasycznego inteligencika. Chociaż tak naprawdę zadziwia fakt, jak młodzi studenci perfekcyjnie posługują się przyborami do makijażu, żeby nadać jego skórze normalny kolor. Jakby tego było mało, Frank nie porusza się tak, jakby miał sztywne stawy. Powiedziałabym, że po prostu wolno chodzi, ale za to na parkiecie zamienia się w prawdziwego demona disco, oczarowując wszystkich swoim talentem. Pod sam koniec filmu, gdy serum zaczyna działać właściwie, jego IQ diametralnie wzrasta, dzięki czemu w pełni możemy podziwiać jego elokwencję i całkiem przyjemny dla ucha głos. Jego dalszych poczynań w college’u możemy się tylko domyślać, jednak nie powinien mieć problemów z jego ukończeniem. To były szalone lata dziewięćdziesiąte, kiedy wszystko mogło się zdarzyć. Może właśnie wtedy postanowił zostać gwiazdą srebrnego ekranu, zmieniając się nie do poznania, w zależności od kreacji, jak niektórzy ze współczesnych artystów?

„You rang?”

Gdyby tak było, potwór Frankensteina, mimo swojej sławy, nie byłby zadufanym w sobie aktorem i nie obawiałby się ról drugo- czy wręcz trzecioplanowych, stanowiących dodatek do głównej osi fabuły i bez trudu moglibyśmy go w nich odnaleźć. Nikt, kto oglądał „Rodzinę Addamsów”, nie mógłby w to wątpić. Przecież nie można oprzeć się wrażeniu, że małomówny lokaj Lurch, musi mieć w sobie coś z dzieła szalonego naukowca. Może lewą stopę albo wątrobę? W każdym razie ten dwumetrowy olbrzym posiada wszystkie podstawowe cechy, łączące go z Frankensteinem: nieco prostokątną czaszkę, bliżej nieokreślonego koloru cerę, mocno podkrążone oczy, niesamowitą siłę i znacznie spowolnione ruchy, które najczęściej są przyczyną małych katastrof, powstałych w wyniku wykonywania zwykłych, domowych obowiązków. Prezentuje się elegancko i schludnie, jak przystało na kamerdynera z prawdziwego zdarzenia, z klasyczną muchą lub fularem pod szyją. Jest niezwykle lojalny, a Addamsowie traktują go bardziej jak członka rodziny, mimo że część z jego organów nie jest z nimi spokrewniona. Ma mocny, tubalny głos i zazwyczaj porozumiewa się za pomocą krótkich, wypowiadanych z niezwykłą powolnością, zdań. W rozmowach z kuzynem Ittem posługuje się tylko prostymi dźwiękami, przez co możemy założyć, że jest niemową, do momentu, gdy usłyszymy jego słynne „You rang”. Niemniej jednak, jest postacią budzącą sympatię, jak cała nieco groteskowa rodzinka.

„I want to live”

Ale przecież nie możemy ograniczać Frankensteina do ról służących. Jest także świetnym partnerem innych ikon grozy, tworząc tym samym dobrze zgrane ekipy. Bo kiedy na naszych ekranach pojawia się film z wampirem i wilkołakiem (o ile nie opowiada o depresyjnych nastolatkach), w towarzystwie przystojnego łowcy potworów, to nie może w nim zabraknąć także naszego wskrzeszonego stwora. Przykładem może być tu „Van Helsing”, który rozpoczyna się sceną w płonącym, starym młynie, będącą cudownym nawiązaniem do ostatnich minut „Frankensteina” z 1931 roku. Pomijając całe zamieszanie z Draculą, w tej produkcji istotę, u której już na pierwszy rzut oka widzimy, że jest poskładana z kawałków różnych ciał. W trakcie spotkania z tytułowym bohaterem pół twarzy zdaje się mu odpadać, tylko po to żeby nas w tym utwierdzić. Jest niezwykle wysoki, wyższy nawet od swojego pierwowzoru, osiągając 2,7 m. Jego skóra jest trupio blada, o niezdrowym, zielonym odcieniu, za to mocno naciągnięta na pokaźne mięśnie. Porusza się dość szybko, chociaż jedna z jego nóg wydaje się być krótsza, przez co wyraźnie kuleje. Łysą, nieco kanciastą czaszkę, zdobi mu wyraźny ślad, być może po wymianie mózgu lub innej skomplikowanej operacji. Z tyłu głowy i w okolicy serca ma wszczepione kuliste sfery, w których wydaje się być uwięziona elektryczność, stanowiące jeden z sekretów jego życia. Zwykłe ubranie zastąpiono mu topornym płaszczem, pozszywanym ze skór różnych zwierząt, w którym można dostrzec dzieło jego rąk. Mimo że jest dużo mniej inteligentny od pierwowzoru, porozumiewa się składnie i logicznie, choć może nieco płaczliwym głosem. Van Helsing znajduje w jego kryjówce Biblię, którą potwór czyta i interpretuje po swojemu. Z usposobienia jest łagodny, nie chce wyrządzić nikomu krzywdy. Jest chyba jednym z nielicznych wcieleń Frankensteina, którego łączą ciepłe uczucia z „ojcem” i chęć wzajemnej ochrony. Nikt tak nie rozpaczał po śmierci naukowca jak on. Nie ma w nim zbyt wiele gniewu wobec ludzi, chce jedynie, żeby dano mu spokój. Jak żadne z jego wcześniejszych wcieleń, zdaje się doceniać dar życia i pragnie je wykorzystać, ale na własnych warunkach. Momentami wydaje się być nawet bardziej ludzki niż ludzie, którzy chcą go zabić tylko dlatego, że jest inny.

„I will fix that”

Pomyślmy przez chwilę, co by było, gdyby Frankenstein był na tyle ludzki, żeby nie robić nikomu krzywdy, ale na tyle zwierzęcy, by uznać go za czyjegoś pupila bardziej, niż autonomiczną jednostkę? Takiego niecodziennego podejścia mogliśmy się spodziewać po Timie Burtonie, który słynie z zupełnie niesłychanych pomysłów. On też postanowił wziąć tę historię na warsztat, ale zrobić ją zupełnie po swojemu. I tak w 2012 roku dostaliśmy odświeżoną wersję „Frankenweenie” – opowieść o potworku, której nikt się nie spodziewał. Tytułowy bohater jest psem i, kiedy żył, wabił się Sparky. Jednak któregoś dnia został potrącony przez samochód, pozostawiając młodego Victora w żałobie po śmierci jedynego przyjaciela. Jednak chłopiec dowiaduje się w szkole, że istnieje szansa na ocalenie pupila i wskrzesza go przy pomocy własnoręcznie skonstruowanej maszynerii i mocy pioruna. Tak dostajemy bladego psiaka, którego ciało pokryte jest licznymi szwami i „przyozdobione” łatką w kropki (samochód musiał solidnie go potraktować). Frankewnweenie zachowuje się jak zwykły szczeniak: gania za kotami i muchami, zdarza mu się nawet interesować płcią przeciwną. Zwyczajnie chce się bawić. Tylko wygląda nieco makabrycznie, przez co przeraża mieszkańców miasteczka i trzeba go ukrywać przed nimi. Do tego musi być ładowany, a podpięcie odpowiednich kabli umożliwiają śruby, które wystają z jego szyi. Jakby to nie wystarczyło, raz na jakaś czas odpada mu któraś część ciała, na co Victor niezmiennie odpowiada „I will fix that”. Co prawda potem próby powtórzenia eksperymentu, pozbawione właściwej motywacji i serca, wymykają się spod kontroli. To natomiast skutkuje całą masą ożywionych zwierząt już nie tak przyjaznych jak Sparky. Na domiar złego na psiaka spada wina za zniknięcie siostrzenicy burmistrza, co ściąga na niego wściekły tłum z widłami i pochodniami. Sporo jak na „zwykłego” kundelka. Takiej wariacji na temat Frankensteina chyba nikt by się nie spodziewał, choć zawiera wszystkie elementy, jakich oczekiwalibyśmy od filmu z naszym ożywieńcem. Widzimy jednak pewien ciekawy proces – stopniowo z kogoś przerażającego, przeradza się wręcz w bohatera. Nic więc dziwnego, że na film o potworze-herosie nie trzeba było tak długo czekać.

„Me, myself and I – Frankenstein”

Z początkiem 2014 roku na ekrany wszedł film „Ja, Frankenstein”. Cała historia napisana przez Mary Shelley stanowi dla obrazu tylko tło, gdyż opowieść zaczyna się dopiero po śmierci „ojca” naszego potwora. Adam, ponieważ takie imię zyskuje główny bohater, co sugeruje, że scenarzysta choć na chwilę zajrzał do oryginału, zostaje wplątany pomiędzy odwieczną walkę dobra i zła, reprezentowanych tym razem przez Zakon Gargulców i legiony demonów. Oczywiście musi wybrać pomiędzy egoistycznymi pobudkami a ocaleniem ludzkości. Nic odkrywczego. Wracając jednak do samego potwora, jest chyba najprzystojniejszym ze wszystkich Frankensteinów w przeciągu ostatnich stu lat. Postać grana przez Aarona Eckharta w pełni korzysta z doskonale wyrzeźbionego, choć nieco przybrudzonego ciała aktora. W ramach charakteryzacji dorzucono mu kilka blizn tu i tam, na które w ogóle nie zwróciłam uwagi, szczególnie w scenie, w której paraduje z nagim torsem. Wyjątek może stanowić ta na twarzy, którą widać za każdym razem, gdy kamera robi zbliżenie na jego śliczne, niebieskie oczy, chcąc sprawdzić, czy ciągle nie ma duszy, czy nabył ją przy okazji w jakiś cudowny sposób. Z wyglądu w zasadzie niczym nie różni się od zwykłych ludzi. Jakoś nie chce się wierzyć, że złożono go z ośmiu martwych ciał. Jest za to niezwykle silny, szybki i zwinny, co przypisuje się olbrzymiej ilości energii, potrzebnej do jego wskrzeszenia, uzyskanej z węgorzy elektrycznych. Przez co, oczywiście, bardzo trudno go zabić, a upadki z wysokości nie robią na nim najmniejszego wrażenia. W trakcie filmu odnosi tylko jedną ranę – drobiazg, na który wystarcza założyć kilka szwów. Jednak cały zabieg jest, jak dla mnie, zwykłym pretekstem do tego, by móc pokazać „potwora” bez koszulki. Na dodatek nie starzeje się, bo akcja filmu toczy się dwieście lat po jego stworzeniu, a on wciąż wygląda młodo. Oczywiście ubrano go w długi, czarny płaszcz, bez którego żaden mroczny bohater nie potrafi się obejść, i wyposażono w dwa święte, okute kije, w sam raz do zabijania demonów. Shelley chyba nie spodziewała się czegoś takiego. Całą masę różnic dostrzegamy też w jego zachowaniu.

Jaki jest nowy Frankenstein? Przede wszystkim mocno wkurzony na wszystkich, bo przecież nikt go nie rozumie, dlatego też wyładowuje swoją złość zabijając demony, nie zwracając uwagi na to, czy ucierpi na tym ktoś niewinny. Trochę jak rozkapryszony nastolatek, który nie dostał od rodziców tego, czego chciał. Szuka odpowiedzi na to, kim jest i co ma ze sobą zrobić, mimo to trudno dostrzec w nim kogoś zagubionego w świecie. Robi raczej za chodzącą maszynkę do zabijania. Zmienia się jednak, gdy poznaje śliczną panią naukowiec, bo nagle ma się o kogo troszczyć, dlatego też ratuje całą ludzkość. Przy okazji zabija jeszcze więcej, siejąc śmierć i spustoszenie w szeregach wroga, ale czego się nie robi dla „miłości”. No tak, dwieście lat unikania kobiet zrobiło swoje, więc nie ma co się dziwić, że jedna z nich w końcu zawróciła mu w głowie. Cóż, może i nie jest człowiekiem, ale zdecydowanie jest mężczyzną.

Nie da się nie zauważyć, jak bardzo Adam różni się od swoich poprzednich wcieleń i jak mocno został przerysowany. W powieści graficznej, na której film został oparty, dostajemy przynajmniej dość sensowne powody jego postępowania. Niestety adaptacja jak zwykle zatraciła potencjał oryginału. Nie można się pozbyć wrażenia, że postać Adam ma taką a nie inną aparycję tylko dlatego, że bohater ratujący ludzkość po prostu nie może wyglądać źle, a przynajmniej nie w amerykańskiej wizji superbohatera. A może jednak? Skoro powstała już jedna powieść graficzna, to może istniało coś jeszcze?

„My name is Stein. Frankenstein”

Przeglądając dorobek należący do DC Comics, można się natknąć na serię zatytułowaną „Frankenstein Agent of S.H.A.D.E.”, gdzie nasz znajomy potwór posiadł własną, ratującą świat drużynę. Już od pierwszych stron widzimy coś, co wygląda znajomo – wielkie, zielone monstrum, dziwnie przypominające Hulka, ale to moje luźne skojarzenie i nie chcę niczego sugerować. Frankenstein od chwili „narodzin” był obserwowany przez członków organizacji S.H.A.D.E. (co mnie osobiście brzmi jak z Marvelowska S.H.I.E.L.D), poszukujących materiału na nowych agentów. Sam potwór został stworzony z różnych ciał i ożywiony przy pomocy niesamowitego generatora zasilanego ludzkimi duszami. Po wskrzeszeniu rzuca się na swojego „ojca”, który od pierwszych stron komiksu został pokazany jako szaleniec, wykorzystujący do swoich niecnych doświadczeń przypadkowych, niewinnych ludzi. Frankenstein od razu wiedział, co jest właściwe, a co nie. Uwolnił więźniów naukowca, jakby dobrowolnie wyznaczając się na obrońcę uciśnionych. Poza zieloną skórą i niesamowitymi mięśniami, dostrzegamy także liczne blizny, będące pozostałością po szwach, które mocowały poszczególne części jego ciała. Jego okrągłą czaszkę pokrywały krótkie, szczeciniaste włosy. Przy pasie nosił olbrzymi rewolwer, choć równie sprawnie posługiwał się rapierem. Wykazywał się dużą odpornością na zranienia i niesamowitą siłą, która pozwalała mu rozrywać wrogów gołymi rękami. Nie mamy też wątpliwości co do jego inteligencji, kiedy w pierwszych zdaniach wypowiedzianych na łamach komiksu informuje nas, że może być potworem, bo tak wygląda, ale prawdziwe zło czai się w jego twórcy. Podróżował po całym świecie, aby odkryć swoje człowieczeństwo. Cechuje go głębokie poczucie sprawiedliwości, dlatego też okazał się być idealnym materiałem na agenta tajemniczej organizacji S.H.A.D.E.. Nie trudno zauważyć, że ten superbohater nie jest idealnie przystojny, jednak mimo makabrycznej powierzchowności, jego charakter rekompensuje wszystkie mankamenty urody. Przecież to bohater, inaczej być nie może.

„Live again”

Pewnie każdy się teraz zastanawia, dlaczego nie wspomniałam o „Frankensteinie” z 1994 roku, z Robertem de Niro w roli głównej. Pewnie dlatego, że jest to jedna z najwierniejszych ekranizacji prozy Mary Shelley, a przecież chodziło o to, żeby pokazać różne twarze Frankensteina, niekoniecznie zgodne z tą znaną samej autorce. Co nie zmienia faktu, że de Niro doskonale wpisuje się w mroczną część tej opowieści, a sam film jest naprawdę godny uwagi. Miłośnikom wiernych adaptacji polecam także tę zrealizowaną przez National Theatre w Londynie z Jonnym Lee Millerem w roli monstrum i Benedictem Cumberbatchem, grającym Wiktora Frankensteina. Przy odrobinie cierpliwości i samozaparcia można ją obejrzeć w Internecie, a jest to zacny kawałek sztuki warty chwili uwagi, nie tylko ze względu na kunszt aktorski wcześniej wspomnianej dwójki, ale też ze względu na niesamowicie wierne, w stosunku do oryginału, podejście do postaci potwora.

„The end?”

Czas nie był w stanie pokonać tej niezwykłej istoty. Przeżyła w wyobraźni ludzi, zmieniając się i ewoluując, w zależności od tego, kto próbował wskrzesić ją na nowo. Jednak zdecydowanie nie powiedział jeszcze swojego ostatniego słowa, a sto lat adaptacji wcale nie stępiło jego pomysłowości i na pewno jeszcze nie raz nas zaskoczy. Możliwe, że już wkrótce, pokaże nam swoją kolejną twarz, której jeszcze nie znamy, twarz, która tak jak oryginał, wyryje się w naszej pamięci i może teraz to właśnie ona stanie się ikoną kina.