“Smocza Kraina” – recenzja

Muszę przyznać, że dałam się skusić. Widząc okładkę i tytuł książki wydanej przez Warszawską Firmę Wydawniczą, stwierdziłam, że mogę dać jej szansę. Nie oczekiwałam wiele, szczególnie czytając opis na okładce. Spodziewałam się lekkiej, ale nieco schematycznej, opowiastki dla młodzieży, całkiem uroczej w swej naiwności. Bo jaka może być historia, w której główna bohaterka lata po świecie, ucząc ludzi żyć w zgodzie ze smokami? Tak czy siak nie miałam wobec niej szczególnych wymagań. Chciałam tylko, żeby mnie rozbawiła. Jednak i to było dla niej zbyt wiele.

Zaczęło się niewinnie. Dostałam do rąk cieniutką książczynę, na okładce której pysznił się zamek w towarzystwie standardowo smoczego smoka. Photoshop zrobił swoje, ale widywałam już gorsze grafiki. Ta przynajmniej nieźle trzymała się kupy. Czcionka, użyta do zapisania tytułu, również wyglądała całkiem klimatycznie. Szybki rzut okiem na treść wykrył bardzo krótkie rozdziały, ale „5 przygód detektywa Konopki” też takie miało, a książka sama w sobie, choć dla dzieci, była bardzo zacna. Po kilku pierwszych stronach okazało się, że to tylko zasłona podtrzymująca płonne nadzieje.

Dziewiętnastoletnia Diana jest wyjątkowym jeźdźcem smoków. Dlaczego? Z epilogu wynika, że jest to związane z brakiem rodziny i ze stratą pamięci. Osobiście stawiałabym jednak na jej umiejętność rozmowy ze wszystkimi smokami i zdolność otwierania magicznego portalu do Smoczej Krainy. Ale to tylko moje niepotwierdzone domysły. Głównie dlatego, że poza Dianą raczej nie spotykamy innego jeźdźca, z którym można by porównać jej umiejętności. Piszę „raczej”, ponieważ nie potrafię określić statusu postaci Vesema – w teorii mistrza i opiekuna bohaterki. Niby lata ze swoim smokiem i trenuje innych, ale tytułu jeźdźca jakoś nie zdobył. I właśnie ta dwójka ma przygotować nowych wojowników do walki z Wielkim Najeźdźcą.

„Główny” wątek fabularny można uznać za nie najgorszy. Co prawda widać bardzo silne „inspiracje” czerpane z filmu „Jak wytresować smoka” i sporo innych, mniej lub bardziej wyróżniających się klisz. Jednak na to wszystko można by ewentualnie przymknąć oko, gdyby autorka skupiła się na wydarzeniach pchających akcję do przodu i porządnie je opisała, zamiast ledwie wspominać. Zamiast tego rozckliwiała się nad pocałunkami Diany i Nicka, dominującego przystojniaka w historii. Zajmują one stanowczo zbyt dużo miejsca w tej książeczce. Do tego należy zwrócić uwagę na olbrzymie dziury fabularne, jak chociażby niewyjaśniona historia matki głównej bohaterki czy nominacja 19-letniego Nicka na wodza wioski (dlaczego?), pojawiające się znikąd przedmioty, reprezentowane przez różnego rodzaju uzbrojenie, potrzebne tylko w pojedynczej scenie, by potem zniknąć w mrokach dziejów (magiczna tarcza Diany), postacie zjawiające się tam, gdzie absolutnie nie mogły (na ten przykład pokonani i zamknięci złoczyńcy), a także końcowe „deus ex machina”.

Mimo wszystko żadna z tych wad nie sprawiła, że chciałam porzucić czytanie po kilku pierwszych stronach. Największym defektem tej opowiastki jest absolutny brak redakcji. O podziale na rozdziały poszczególnych fragmentów decydował chyba rzut kością, a nagminne powtórzenia i źle odmienione wyrazy tylko pogarszały sytuację. Błędów ortograficznych nie zauważyłam pewnie tylko dlatego, że program Word automatycznie sprawdza pisownię. Z przykrością jednak oświadczam, że korekty stylistycznej i gramatycznej jeszcze nie przeprowadza. Językowa wiedza autorki plasuje się gdzieś pomiędzy końcem podstawówki a początkiem gimnazjum. Nie mówię, iż nie powinna więcej pisać, ale że, póki co, brakuje jej stosownych kwalifikacji, by już publikować swoje historie.

Prawdziwe pytanie brzmi, dlaczego żaden redaktor nie zwrócił jej uwagi na tak rażące błędy, widoczne gołym okiem dla przeciętnego czytelnika? Odpowiedź przyniosło sprawdzenie wydawnictwa. Otóż WFW zajmuje się self-publishingiem. W tym momencie nieco ruszyło mnie sumienie. Gdzieś tam moje słowa może czytać zapłakana, mała dziewczynka z kochanymi rodzicami, chcącymi spełnić jej marzenie o wydaniu własnej książki. Z drugiej jednak strony wyobraźnia podsuwa obraz rozpuszczonej gimnazjalistki, której ktoś powinien zwrócić uwagę, że zanim weźmie się za pisanie, powinna poznać swój język ojczysty. Jakkolwiek prawda by nie wyglądała, autorka została oszukana, ponieważ jej tekst na pewno nie został poddany „profesjonalnej redakcji”. Jeśli zaś miała ona miejsce, a pisarka uparła się na swoją wersję, proszę się cofnąć do fragmentu o gimnazjalistce.

Wracając jednak do meritum. „Smocza Kraina” to bardzo kiepska proza. Gdyby została odpowiednio przeredagowana i ozdobiona barwnymi rysunkami, mogłaby się sprawdzić jako książka dla dzieci. Niestety, dla dojrzałego czytelnika, który już niejedną powieść czytał, zwyczajnie się nie nadaje. Wszystkie wspomniane przeze mnie błędy męczą i zakłócają odbiór fragmentów będących całkiem w porządku. Chociaż te zmieściłyby się raptem na kilku stronach. To jednak zdecydowanie za mało na dobrą literaturę.