Cress – Marissa Meyer – recenzja

Trzy lata temu na polski rynek weszła „Cinder”, pierwszy tom Sagi Księżycowej – opowieść o dziewczynie-cyborgu, inspirowana bajką o Kopciuszku. Kilka miesięcy później na półki księgarń wskoczyła „Scarlett” – tym razem inspirowana Czerwonym Kapturkiem. A potem nie było już nic. Wydawca wycofał się z serii, co jest wielką stratą dla nas, czytelników. Pierwsze dwa tomy pokazały, że Marissa Meyer potrafi pisać, wie, jak przykuć uwagę i jak Czytelnika wciągnąć. Na szczęście seria w oryginale ukazuje się bez problemów, a że jest napisana w języku angielskim, wiele osób może po nią sięgnąć, do czego gorąco zachęcam. Właśnie skończyłam tom trzeci, i po „Cress” czuję się bardzo usatysfakcjonowana i żądam więcej!

Tak jak poprzednie części, tak i „Cress” ma swoje korzenie w baśni – tym razem jest to opowieść o Roszpunce. Crescent, zwana Cress, jest zamknięta w odosobnionej wieży… tfu, chwila. Jeszcze raz. Doradczyni królowej Luny zamknęła naszą wspomnianą bohaterkę w odosobnionej satelicie, krążącej po orbicie Ziemi, by ta wykorzystała swoje hakerskie zdolności i poszpiegowała trochę ważne osobistości. No ale ile można siedzieć w zamknięciu, obawiając się o siebie i robiąc rzeczy, których wcale się nie chce? Nie dziwota, że Cress zaczyna szukać drogi ucieczki – a jest nią być może Cinder, którą znamy już z poprzednich części. Nie ma co ukrywać, że ona też ma na pieńku ze wszystkimi – a jak wiadomo: wróg Twojego wroga jest Twoim przyjacielem. 

Jak już wspomniałam, bardzo mi się podobało. Powieść wciągnęła mnie bez reszty już od początkowych stron, po raz pierwszy od wielu książek wzbudzając we mnie syndrom jeszcze jednego rozdziału. Czytałam do późna, z trudem robiłam przerwy – czyli właśnie tak jak powinno być.

Jestem pod wrażeniem tego, jak autorka bierze kilka elementów z baśni, łączy je ze sobą, dodaje coś od siebie, a efekcie tych działań otrzymujemy oryginalny, świetnie zrealizowany pomysł, który bez większego trudu pokonuje niejedną mierną powiastkę, jakich to dużo na rynku. Pani Meyer stworzyła bohaterów żywych, zabawnych, realistycznych, budzących sympatię, wyróżniających się, oryginalnych i różnorodnych. Wrzuciła oczywiście trochę wątków romantycznych, ale uczyniła to w sposób tak nienatrętny i zgrabny, że należy jej się za to medal. Autorka świetnie żongluje swoimi postaciami i relacjami miedzy nimi, z powodzeniem budując napięcie i zaskakując kierunkami, w jakich podąża historia.

Ze wszystkich postaci warto zwrócić uwagę na niesamowitą Iko, androida z charakterkiem, który bardzo dobrze wspomagał całą akcję, pomagał rozładowywać napięcie oraz naturalnie i zgrabnie przechodzić do kolejnych elementów i zdarzeń. W dodatku była ona niesamowicie zabawna, przez co jeszcze przyjemniej czytało się tę powieść – Iko doskonale sobie radziła dostarczając kolejne dawki humoru na karty książki. 

Następną rzeczą wartą podkreślenia jest fakt, że autorka bardzo dobrze sobie radzi z włączaniem do akcji kolejnych bohaterów. Z każdą książką przybywa istotnych postaci, dołączających do całej historii, a pani Meyer potrafi nimi tak dobrze manipulować, by sobie nawzajem nie przeszkadzały, by tworzyły jedną, zgrabną opowieść, podzieloną na historie jednostek, które to jednak bardzo ładnie się przeplatają. Nie nudziłam się nawet przez sekundę, pochłaniając tę powieść, a to jest chyba jedna z najważniejszych rzeczy, jaką książka powinna zapewniać – rozrywka.

Kończąc mój krótki wywód, napiszę tylko – po raz kolejny – podobało mi się, czekam na więcej. A to więcej wyjdzie już całkiem niedługo, bo już za kilka miesięcy. Szkoda tylko, iż jedynie w oryginale. Niemniej gorąco polecam, bo to po prostu dobra książka.

 

About Sophie

Wybredne, czepliwe kocisko z awersją do nieścisłości i głupoty. Redaktorka serwisu oraz moderator forum Gavran, okazjonalnie recenzentka.

View all posts by Sophie