Smokopolitan nr 2 – recenzja

W końcu udało mi się. Drugi numer magazynu „Smokopolitan” w wersji papierowej trafił w moje złaknione łapki. Oczywiście już w sierpniu, podobnie jak poprzednio, mogłam go przeczytać w wersji elektronicznej, pobierając jeden ze stosownych formatów ze strony Krakowskich Smoków. Ale nie po to ci dobrzy ludzie w pocie czoła pracują nad składem i drukiem poszczególnych tekstów, żebym ja mogła pójść na łatwiznę. Wykorzystując fakt, że można je było namacalnie nabyć na tegorocznym Kapitularzu, po prostu poczekałam.

W ten sposób w moje ręce trafiła niemal stustronicowa książeczka, formatu zeszytowego, w dość sztywnej, jak na gazetę, okładce. Z niej właśnie wita nas rudowłosa niewiasta (modelka, wojowniczka, podróżniczka w czasie?) z mechanicznym smokiem w tle. I tu pojawia się pierwszy zgrzyt. Poprzednia grafika bardziej mi się podobała, ale to kwestia subiektywna. Nie mniej obecna spełnia swoje zadanie, gdyż przyciąga oko. A dzięki temu dowiadujemy się, że tematem numeru jest nostalgiczna retro fantastyka, natomiast artykuł specjalny poświęcono polskim, fantastycznym nagrodom literackim.

Na początek dostajemy uroczy, choć jak dla mnie za krótki felieton Andrzeja Pilipiuka („Powrót na Szmulki”), który zatarł nieco nieprzyjemne wrażenie po opowiadaniu z pierwszego numeru. Dalej mamy cudowny tekst o Jonathanie Stragne’u i panu Norrellu, powodujący, że bardziej chciałabym się zapoznać z serialem niż z książką. Potem nadchodzi zaskoczenie rodem z „Przygód barona Münchausena”, czyli opowieść o pierwszej, polskiej powieści fantastycznej (nie, to nie Lem, moi drodzy). Kolejny artykuł traktuje o filmach, które powinny zdobyć Oskara i udowadnia, że nie tylko Leo ma pecha. „Off and On again” opowiada nam natomiast o tak popularnych dziś remake’ach, wznowieniach czy kontynuacjach serii i poniekąd wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje. Chyba całe pokolenie lat 80-tych przeżywa w tej kwestii małe deja-vu, patrząc na tegoroczne zapowiedzi filmowe. Michał Cholewa udowadnia, dlaczego współczesna fantastyka nie chyli się ku upadkowi, a Jan Strawiński przedstawia Connery’ego paradującego w czerwonych majtkach (teraz już wiem, że mój świat będzie pusty, jeśli nie obejrzę „Zardoza”). Czytając wspomnienie o Christopherze Lee autentycznie płakałam z tęsknoty za niesamowitym aktorem, jednak chyba najciekawszymi tekstami dla mnie były te dotyczące nagród literackich. Człowiek może się interesować fantastyką od lat, ale wciąż pojawiają się rzeczy, które go zadziwią, zszokują czy też zdegustują. Dlatego też chyba czasem lepiej żyć w słodkiej nieświadomości. Nie mniej jednak nie mogę się doczekać dalszej części tego tekstu.

Co do opowiadań zamieszczonych w tym numerze, prezentują bardzo równy, wysoki poziom i trudno mi wybrać takie, podobające mi się najbardziej. „Konrad” zrobiło mi “mindfucka” w kontekście rzeczywistości, wykrzywiło ją i biedną skopało do nieprzytomności. W teorii wszyscy wiemy, że teksty fantastyczne to tylko fikcja, wymysł niezwykle bujnej wyobraźni autora. Jednak czasem zdarza się historia wywołująca pewne zastanowienie. A co jeśli to prawda? Jeśli pisarz w mistyczno-technologiczny sposób odkrył, jak rzeczywiście funkcjonuje świat? Cóż, do takiego kreowania fabuły trzeb mieć po prostu talent. Podobnie bywa, gdy zaczynamy podejrzewać autora o pewne zdolności prekognicyjne, jak w przypadku opowiadania „Za wolność waszą”. Pomysł na ewolucję gier typu FPS jest naprawdę porażający i jeśli kiedyś się ziści… No cóż… „I don’t want to live on this planet anymore”.

Oczywiście mogłabym też pozachwycać się nad powieścią w odcinkach, jaką dla „Smokopolitan” tworzy Paweł Majka, ale zamiast tego, pozwólcie, że skupię się na pewnym debiutancie. Jędrzej Szlachetka pojawił się na łamach magazynu z tekstem zatytułowanym „Zostań jeszcze trochę” i mam nadzieję, że będzie gościł tam częściej. Utrzymana w nieco mitycznej konwencji historia, kojarzy się z współczesną baśnią, w której całkiem racjonalny władca wyrusza na poszukiwanie swojego boga. Jakkolwiek patetycznie nie brzmiałoby to sformułowanie, nie znajdziemy tam nadmiernego mistycyzmu i dopowiedzi na największe pytania trapiące ludzkość. Bardziej uwypuklone zostały tu lęk przed samotnością, zamianami oraz chaosem, jaki początkowo wywołują. Całość jest niezwykle refleksyjna i poniekąd sentymentalna, ale za to napisana z rozbrajającą szczerością dziecka, co w tym przypadku uważam za zaletę. I choć pozostałe teksty są równie dobre, to właśnie ten wywołał we mnie najwięcej ciepłych uczuć.

Przejrzysta i minimalistyczna szata graficzna, tak bardzo ułatwiająca mi czytanie wersji elektronicznej, niestety nie bardzo sprawdza się w przypadku wydania papierowego. Kiedy ekran komputera nie męczy oka, niektóre strony wydają się być nieco ubogie i wizualnie nie cieszą tak, jak można by tego oczekiwać. Równie mieszane uczucia mam wobec niektórych grafik, ilustrujących numer, ale to chyba wina mojego gustu. Zwyczajnie nie przepadam za zbyt abstrakcyjną sztuką.

W ogólnym rozrachunku znów dostajemy kawał porządnej gazety dla miłośników szeroko pojętej fantastyki. Przekrój artykułów jest tak różnorodny, że każdy znajdzie coś dla siebie. Wizualnie może jeszcze pozostawia co nieco do życzenia, ale jeśli chodzi o wartość merytoryczną, to naprawdę cieszy zacność tekstów, jakie nam serwują. I powiem Wam, że takie „późne” recenzje mają jedną swoją zaletę – nie trzeba długo czekać na kolejny numer, który premierę ma mieć już na tegorocznym Serialkonie.