Chór zapomnianych głosów – recenzja

Patrzenie w nocne niebo pobudza wyobraźnię na tyle, by życie pozaziemskie od lat stanowiło niewyczerpalny temat inspiracji dla różnego rodzaju projektów. Ze statystycznego punktu widzenia, w kosmosie jest tak wiele gwiazd, że wokół którejś zwyczajnie musi krążyć planeta podobna do naszej, gdzie także rozwinęło się życie. Chyba że jesteśmy ewenementem w granicach błędu statystycznego, wyjątkiem potwierdzającym regułę. Jakkolwiek nie wyglądałaby prawda, obie te koncepcje są na swój sposób przerażające.

Wiadomo, iż przyszłość musi przynieść ze sobą nowe, technologiczne rozwiązania, będące już niemal stałymi elementami każdej kosmicznej przygody: statki poruszające się z prędkością światła, kriogenicznie usypiane załogi, będące w stanie przetrwać wieloletnie podróże i ansibl – cudowne urządzenie do przesyłania dźwięku i obrazu bez straty czasu potrzebnego na ich przekazanie. Te NZT (niezbędne elementy technologiczne), pojawiające się także w powieści „Chór zapomnianych głosów” Remigiusza Mroza, leżą u podstaw fabuły książki, a tym samym stają się przyczyną zagłady ludzkości. Bo skoro potrafimy wysyłać statki na podbój kosmosu, to możemy też… ale wszystko po kolei.

Na pokładzie ISS Accipitera – jednego ze statków mających na celu kolonizację innych planet – dochodzi do brutalnej masakry (opisanej w wyjątkowo dosadny i szczegółowy sposób). Z nieznanej przyczyny rzeź przeżywa tylko dwóch załogantów: astrochemik Hakon Lindberg i nawigator Dija Udin Alhassan. Aby ich ratować, a także kontynuować kosztowną kolonizatorką wyprawę, zostaje wysłany ISS Kennedy, który ma do nich dotrzeć po niebagatelna pięćdziesięciu latach. Kiedy wszyscy czekają w kriostazie na dalszy rozwój wypadków, pozostałe statki uczestniczące w misji Ars Maxima zaczynają znikać. Nikt nie przeczuwa, że ocalałym przyjdzie wkrótce uczestniczyć w nierównej walce o ocalenie ludzkości.

Powieść zaczyna się turpistycznym horrorem w stylu gore, by przejść w intensywny dreszczowiec psychologiczny opisujący stawianie czoła nieznanemu niebezpieczeństwu i zabawić się nieco z klasyczną space operą. Do tego można by jeszcze dorzucić kryminał, gdy Håkon niczym kosmiczny detektyw próbuje odkryć, kto i po co ściągnął ich na odległą planetę, z której wybrzmiewa tajemnicze wezwanie: Rah’ma’dul. Wytrwali mogą dopatrzeć się także nieuchronności losu rodem z greckiej tragedii, a to wszystko w powieści enigmatycznie określanej jako sf.

„Chór…” to bardzo sprawnie i wciągająco napisana książka, która mocno trzyma w napięciu już od pierwszych stron. Stan ten bez większych strat utrzymuje się do samego jej końca. Autor pełnymi garściami czerpie ze znanych motywów szeroko pojętej twórczości science-fiction, wykorzystując prastare, kosmiczne rasy, skrajnie zaawansowaną technologię czy też podróże w czasie, by wzbogacić fabułę, tym samym łącząc stare elementy w nową jakość. Na każdym kroku natrafiamy na zagadki, które wraz z bohaterami staramy się rozwikłać, jednak autor raz po raz zaskakuje, nawet gdy wraz z postaciami poddajemy się nieuchronności losu.

A, właśnie. Podróże w czasie. Jakby powieść sama w sobie nie była dość zagmatwana z jej kosmicznymi igrzyskami, to jeszcze bohaterowie dostają możliwość podróży w czasie i przestrzeni, bo kto im zabroni. Ale też z drugiej strony jak poradzić sobie z silniejszą, lepiej rozwiniętą i zaawansowaną technologicznie rasą, która już niejeden gatunek doprowadziła do wymarcia? Przecież nie urokiem osobistym Udina i siłą perswazji Håkona… W każdym razie od momentu fabularnego zaistnienia podróży w czasie i przestrzeni, akcja zaczyna się gmatwać na tyle, że nieskupiony czytelnik może się pogubić. Ja w każdym razie miałam wówczas dość mieszane odczucia, ale uparcie brnęłam do końca, ciekawa, jakiż los ostatecznie autor zgotuje bohaterom.

Kolejnym mankamentem powieści jest dla mnie właśnie jej zakończenie i mówię tu raptem o kilku ostatnich stronach, choć niektóre wcześniejsze wydarzenia można by uznać za Deus ex machina, ale nie czepiajmy się szczegółów. By nie wnikać zbytnio w fabułę, po prostu kiedy policzyłam sobie jak długo bohaterów nie było na Ziemi i wzięłam pod uwagę, co się na niej działo, to chyba nie mogło się tak skończyć. Bo jakim cudem?

Pomijając te drobnostki, oceniam „Chór…” jako naprawdę świetną powieścią pełną zwrotów akcji, napięcia i wywołującą w Czytelniku wiele emocji, przez co jesteśmy w stanie wybaczyć autorowi nie do końca logiczne zagrywki.