Szamański blues – recenzja

Lektura „Szamańskiego bluesu” była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Anety Jadowskiej. Wiem, że to nieco dziwne wyznanie na portalu, gdzie większość redakcyjnych kolegów czytała jej powieści i w niejednym przypadku darzy sympatią. Choć może dzięki temu moja opinia zyskuje na obiektywności. Samą autorkę miałam przyjemność poznać na jednym z konwentów, kiedy to zaintrygowana szumem związanym z sagą o Dorze Wilk, postanowiłam sprawdzić, o co w tym wszystkim chodzi, i po ludzku pójść na spotkanie autorskie. Wyszłam z niego na tyle zadowolona, by stwierdzić, że kiedyś „coś” przeczytam, i w końcu nadarzyła się ku temu okazja.

Książka składa się z dwóch dłuższych opowiadań zatytułowanych właśnie kolejno „Szamański blues” i „Bossa nova dla szamana”, których bohaterem jest Witkac – widzący duchy policjant i niegdysiejszy partner Dory Wilk. Jego specjalne umiejętności windują go na miejsce naczelnego szamana Torunia (bo w sumie jedynego), którego zadaniem jest odprowadzanie niesfornych duszyczek na drugą stronę niebytu. Brak wiedzy i nieukończona inicjacja nie przeszkadzają mu mierzyć się z nie raz dużo silniejszymi zjawami. Jego metody nie są może zbyt profesjonalne, ale co nie znaczy, że nieskuteczne. Czasem po prostu musi improwizować i mocniej kombinować, lub też wezwać na pomoc Dorę, gdy problemy przybiorą zbyt materialny obrót.

Całość zaczyna się niczym jeden z tych starych filmów w stylu noir: na progu drzwi naszego steranego życiem detektywa staje piękna kobieta i w tym momencie jego już i tak niezbyt proste życie komplikuje się jeszcze bardziej. Potem jest już tylko tajemnica, akcja i częściowe rozwiązanie problemów, choć te zdają się piętrzyć w zastraszającym tempie. Książkę czyta się niezwykle szybko, co powoduje połykanie kolejnych stron z niesamowitą łapczywością, tym bardziej, że fabuła nie pozwala na chwile wytchnienia.

Jako nowicjuszka w sprawach Thornverse nie czułam się przygnębiona czy też przytłoczona nadmiarem nieznanych przeze mnie wątków, postaci czy sytuacji. Witkac, prowadząc swoje cierpko ironiczne monologi wewnętrzne, w prosty sposób nakreślał zasady funkcjonowania magicznego świata. Nie wdawał się w zbędne niuanse, które mogłyby tylko zaciemnić jego obraz. Wiem też bez wątpienia, że nie wyłapałam wszystkich smaczków czy nawiązań do poprzedniej sagi autorki, ale nie czułam się przez to specjalnie pokrzywdzona. Jednak wcale nie potrzebowałam znajomości całej poprzedniej sagi, by dobrze się bawić. To, co dostałam, wystarczyło mi w zupełności.

Mimo że prowadzona w narracji pierwszoosobowej fabuła jest przedstawiona z perspektywy mężczyzny, to jednak zarówno w jego słowach, jak i w zachowaniu czuć kobiecą rękę. Może chodzi o plastyczność opisów, dość głęboką analizę uczuć głównego bohatera, czy występujące w trakcie czytania myśli typu: „Zachowuje się dokładne tak, jakby kobieta pomyślała, jak facet mógłby się zachować”. Nie mówię, że to coś złego. Miło się czasem utożsamiać z męskim bohaterem, ale zastanawia mnie fakt, jak to odbiera ta testeroniasta część czytelników.

Dużą zaletą tekstu była dla mnie jego „oprawa muzyczna”. Momenty, w których mogłam sobie zapętlić odpowiedni motyw muzyczny i jeszcze pełniej zagłębić się w akcje opisywaną przez autorkę. W chwilach, gdy na stronach książki pojawiał się tytuł jakiejś piosenki, bardzo żałowałam, jeśli nie mogłam go od razu wyszukać i przesłuchać. Jedyne, na co mogłabym narzekać, to pewna doza przewidywalności. Nie mówię tu oczywiście o obu metafizyczno-kryminalnych zagadkach, które naprawdę wciągały (choć w przypadku tej pierwszej pomysły na rozwiązanie miało się dość wcześnie), ale o relacjach ludzko-ludzkich. Oczywiście zorientowałam się, kim jest Kurczaczek na długo przed pierwszymi aluzjami Konstancji, co nieraz kazało mi wątpić w inteligencję Witkaca (lub też tłumaczyć go urażonym, męskim ego).

Niemniej jednak książka sama w sobie bardzo mi się spodobała. Przypadły mi do gustu ironiczne uwagi Witkaca i sposób snucia opowieści. Narracja pierwszoosobowa pozwala czytelnikowi na równoczesne odkrywanie historii wraz z jej bohaterem, bez wglądu we wszechwiedzę autora, co ma swój urok. Dodaje niepewności i pozwala na większe zaskoczenie. Jeśli dorzucimy do tego zagadki wymagające detektywistycznego podejścia i nadprzyrodzonych metod postępowania, otrzymamy utwór wpisujący klimat nadnaturalnych seriali kryminalnych, święcących ostatnimi czasy pewne triumfy. Tym jednak, co wyróżnia go na ich tle, jest delikatna nuta noirowskiego stylu, nadająca obrazom w głowie czytającego wszystkie możliwe odcienie czerni i bieli, a także muzyka, która wówczas gra.