Wyspy Plugawe – recenzja

Pozwólcie, że na wstępie zadam Wam pytanie: lubicie pirackie opowieści? Jeśli właśnie poprawiacie plakat z „Piratów z Karaibów”, a w tle leci motyw przewodni z serialu „Black Sails” do wtóru z Waszym głośnym „Aye, aye, Captain!”, to dobrze trafiliście. Niczym samotna fregata pośród fal, po szerokich wodach polskiej fantastyki pływa Marcin Mortka, ofiarując nam pierwszorzędne powieści marynistyczne. Więc jeśli macie ochotę na wir morskich przygód, w ciemno możecie sięgać po książki tego autora. Jego najnowsze dzieło – „Wyspy Plugawe” – stanowi drugi, po „Morzach Wszetecznych”, tom przygód pirata Rolanda Wywijasa i muszę Wam przyznać, nie spodziewałam się tego, co dostałam.

Roland po wojnie aniołów z demonami wylądował w Piekle, gdzie klątwa, która nad nim ciążyła, zdaje się wolniej rozwijać, co tym samym znacznie wydłużyło jego żywot. Ale, jakby nie patrzeć, wolny duch pirata nie przepadał za takową sytuacją, tym bardziej, iż okoliczności zmusiły go podpisania cyrografu, a to nie może dobrze się skończyć. Ponownie wciąga swoich wiernych kompanów w awanturę. Bo jak stawiać czoła piekielnej biurokracji to tylko z przyjaciółmi, choć żaden z nich nie powiedziałby tego na głos. Tym czasem trzeba chociaż poudawać, że dowodzi się najnowszą jednostką lądowo-dywersyjną i międzyczasie wymyśleć sposób, by jakoś się z tego wykpić.

Powieść zaczyna się dość spokojnie, od próby zgromadzenia dawnych towarzyszy, którzy już zdążyli się całkiem nieźle zadomowić w St. Naarten i ani w głowie im powrót do pirackiej tułaczki. Jednak Kapitan ma dla nich inne plany. Zaraz potem akcja nabiera tempa i w zasadzie nie zwalnia do samego końca i muszę przyznać, że w kilku momentach autor naprawdę zaskakuje. Znów mamy morską zawieruchę, ale tym razem tylko pozornie mniej globalną i może właśnie dzięki tej „pozorności” bardziej przystępną. Zamiast skupiać się na świecie, autor przeniósł ciężar podtrzymania fabuły na bohaterów, którzy, delikatnie rzecz ujmując, są dość nietuzinkowi.

Do największych zalet „Wysp Plugawych” należały humor, sarkazm i ironia. W stosunku do „Mórz Wszetecznych” miałam wrażenie, że autor pozwolił rozwinąć skrzydła (czy też raczej macki) Kapitanowi Wywijasowi, by ten niczym nie skrępowany wyrażał swe nieszablonowe myśli i osądy, co znacznie ubarwiało niekiedy przydługie opisy. Dodatkowo pomysł za jednostkę RZUL – wymyśloną przez autora – jej całą organizacje i infrastrukturę zasługiwał sobie na osobną nagrodę. Poziom niedorzecznej logiki i absurdu w jej przypadku był tak przyjemnie dopracowany, że uśmiech sam cisnął się na usta. Oczywiście, jak na morską przygodę przystało, nie mogło też zabraknąć walk na morzu, buntów załogi czy zmagań z nieprzyjaznymi prądami, które tylko nadawały charakteru tej pirackiej opowieści. Mimo że sceny bójek opisywane były dość realistycznie, a załoga nie raz wpadała w berserkerski szał, to odbierało się je niczym utarczki pomiędzy Galami a Rzymianami z komiksów Uderzo i Goscinnego, ale przecież o to chodzi. Miało być wesoło i zadziornie, a nie mrocznie i krwawo.

Czytając tę książkę, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że nad całością unosił się delikatny duch niezrównoważonego szaleństwa. To, co wyczyniali bohaterowie z szurniętym kapitanem na czele, wołało o pomstę do wszelkich bogów logiki i rozsądku, ale przez to bawiłam się z nimi momentami aż za dobrze (przez co zaczynałam wątpić w swój zdrowy rozsądek). W odniesieniu do „Mórz Wszetecznych”, które przyjęłam raczej obojętnie, „Wyspy Plugawe” przeczytałam z wielkim entuzjazmem, podśmiechując się pod nosem i z twarzą przyozdobioną krzywym (pirackim) uśmiechem, mrucząc „Lubię tego gościa”, co mogło się odnosić zarówno do głównego bohatera jak i samego autora książki.

W czasach, kiedy pirackie opowieści nie są już tak popularne (jedno „Black Sails” wiosny nie czyni), miłośnicy morskich zmagań muszą jakoś sobie radzić. Polscy fani mają to szczęście, że istnieje ktoś taki jak Marcin Mortka, ktoś, kto pisze ciekawie, z polotem i dużą znajomością tematu. Dodając do tego nieco sarkastyczny humor, szczyptę ironii i dobrze wyważoną niedorzeczność, otrzymujemy naprawdę fajne książki, których znakomitym przykładem są właśnie „Wyspy Plugawe”. Mogę też szczerze przyznać, że z niecierpliwością czekam na tom trzeci przygód Kapitana Rolanda Wywijasa „Zaułki St. Naarten”, zastanawiając się, co tym razem autor nam zgotuje.