Łabędzi śpiew – recenzja II

okładka książkiokładka książkiPo Łabędzi śpiew McCammona sięgnęłam od razu po przeczytaniu Stacji jedenaście i pierwszym, co mnie uderzyło, był fakt, jak bardzo te dwie pozycje się od siebie różnią. Chociaż zarówno McCammon i Emily St. John Mandel proponują czytelnikom swoje wersje postapokaliptycznej rzeczywistości, to robią to w dwa, całkowicie odmienne sposoby, a także w książkach zwracają czytelnikowi uwagę na inne aspekty końca świata. Stacja jedenaście bowiem opowiada o tym, że przetrwanie nie wystarcza i nawet, gdy połowa populacji ludzkiej wymarła, a z cywilizacji, jaką znaliśmy, został już tylko proch, to w tym świecie wciąż jest miejsce na piękno, śmiech i sztukę. Łabędzi śpiew zaś przeprowadza nas od początków konfliktu, który zniszczył świat (a była to wojna atomowa), aż do momentu, kiedy ludzie – po przetrwaniu szkodliwego promieniowania – zaczynają od nowa odbudowywać niewielkie osady, zbierać tak bardzo potrzebną im żywność i prowadzić coś na styl lichej egzystencji.

Choć powieść McCammona tak bardzo różni się od Stacji jedenaście, która swego czasu niezwykle mnie urzekła, muszę przyznać, że i Łabędzi śpiew przekonał mnie do siebie na swój własny sposób. Pisarz bowiem kieruje czytelnika przez ten zniszczony, pozbawiony nadziei świat, prowadząc narrację trzecioosobową, podzieloną na kilku bohaterów. To ich oczami widzimy dokonujące się na świecie zmiany, umierających od chorób popromiennych ludzi, chaos, śmierć i bestialstwo – skutek braku odpowiednich służb, takich jak policja czy szpital.

Mimo że autor dzieli narrację na tak wiele postaci – przez co na początku byłam do lektury tej książki sceptycznie nastawiona, myśląc, że nie zainteresują mnie losy bohaterów, skoro będzie ich takie zatrzęsienie – każda z przedstawianych w Łabędzim śpiewie historia jest na swój własny sposób ciekawa. Zaczynając od Siostry, która przed zrzuceniem bomb była bezdomną kobietą nazywaną Nawiedzoną Siostrą, umyślnie wypierającą bolesne wspomnienia z przeszłości, aż po dziesięcioletnią dziewczynkę, Swan, mieszkającą wraz z matką w starym kamperze i słyszącą ból umierających roślin. Na dokładkę dostaliśmy także niestabilnego, socjopatycznego trzynastolatka, Rolanda, który nad życie pragnie zostać Królewskim Rycerzem oraz Jego – bohatera potrafiącego dosłownie przywdziewać nowe twarze niczym rękawiczki i nie marzy o niczym innym, jak ostatecznym pozbawieniu nadziei rasy ludzkiej, a później ostatecznym jej wyginięciu.

Powieść McCammona jest wzbogacona o kilka wątków paranormalnych – takich jak słysząca rośliny dziewczynka czy stworzony z połączonych kamieni szlachetnych i szkła pierścień, który pokazuje Ci to, czego najbardziej pragniesz – które ze strony na strony coraz to mocniej są rozwijane i na przestrzeni kolejnych wydarzeń zdobywają większe znaczenie dla fabuły. Spotkałam się z opiniami, że wprowadzenie podobnych paranormalnych, nie dających się wyjaśnić wątków było niepotrzebnym zabiegiem, który w pewien sposób osłabił historię przedstawioną przez McCammona. Nie mogę się z tym zgodzić. W końcu słysząca żyjące wokół siebie rośliny Swan – potrafiąca do pewnego stopnia naginać je do swojej woli, sprawiając, że wyrastają w miejscu, w którym zapragnie – jest przecież fundamentem całej opowieści pisarza. To bez jej wątku właśnie zabrakłoby tutaj tego, co sprawia, że Łabędzi śpiew jest tak wyjątkową i oryginalną książką.

Jak więc widzicie, książka McCammona trochę ucieka schematom i wciąga czytelnika w przedstawianą fabułę tak szybko, że ten nawet tego nie dostrzega. Nie jest to jednak powieść pozbawiona wad. Czytając Łabędzi śpiew niejednokrotnie nie potrafiłam opędzić się od wrażenia, że niektóre rozwiązania proponowane przez autora są wręcz infantylne i nielogiczne. Im dalej w las, tym częściej można było napotkać pełne patosu czy melodramatyzmu opisy wydarzeń, a i sami bohaterowie zachowywali się nieraz śmiesznie, chociaż w przedstawianych przez McCammona sytuacjach niczego do śmiechu nie było. Nietrudno jednak wybaczyć to autorowi, ponieważ podczas czytania staje się jasne, że nie to w Łabędzim śpiewie jest najważniejsze. Powieść, choć z wyczuciem podzielona na dwie równe części, które naprawdę mogłyby być osobnymi tomami, gdyby nie fakt, że tak wspaniale się wzajemnie uzupełniają, wstrząsa nie tyle wizją postapokaliptycznego świata, a wyobrażeniem losu ludzi, którym na tym świecie przyszło żyć.

Odkładając Łabędzi śpiew na półkę, robiłam to ze świadomością, że jeszcze wielokrotnie po niego sięgnę. Chociaż inaczej napisany niż Stacja jedenaście i różniący się od niej także spojrzeniem na proponowaną przez autora wizją końca świata, ta powieść z pewnością ma w sobie coś niezwykłego, trochę ulotnego, czego do końca nie da się nazwać. Po lekturze tej książki czytelnik pozostaje z niebanalnym, przekazanym przez autora morałem i świadomością, że niewystarczające jest nie tylko przetrwanie, ale też nudna, rutynowo prowadzona egzystencja, która pozbawia nadziei na lepsze jutro.

autor: Robert McCammon
tytuł: Łabędzi śpiew Księga I i II
tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
tytuł oryginału: Swan Song
data wydania: 17 lutego 2016
ISBN: 9788361386810
łączna liczba stron: 1076

 

About Blair

Pełnoetatowa książkoholiczka i filmomaniaczka. Recenzentka - amatorka, szpanująca swoim talentem pisarskim i nie rozumiejąca, dlaczego nikt nie chce podziwiać blasku jej intelektu, który przecież razi wszystkich po oczach. Czasami o skłonnościach masochistycznych, wiecznie niewyspana. Niepoprawna romantyczka, marząca o naprawianiu świata. Ponoć mówią, że nocą staje się Nocnym Cieniem i szuka nowych, szeleszcząco - papierowych ofiar...

View all posts by Blair