Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender – recenzja

W dzisiejszych czasach żyjemy coraz szybciej, w dużej mierze poświęcając się pracy i karierze. Chęć oderwania się od otaczającej nas rzeczywistości, od problemów codzienności i niespełnionych pragnień może być jedną z przyczyn tego, że coraz chętniej sięgamy po powieści z pogranicza jawy i snu. Oczywiście, jeśli ktoś nie jest namiętnym fanem szeroko pojętej fantastyki, może zwrócić się po historie spod znaku realizmu magicznego, który w delikatny sposób będzie nam dawkował wszelkiego rodzaju magię i niezwykłości. Gatunek ten został ukształtowany w latach 30. ubiegłego wieku, przez pisarzy iberoamerykańskich, a obecnie przeżywa swoiste odrodzenie, do którego bez wątpienia przyczynił się sukces filmowej adaptacji powieści Márqueza – „Miłość w czasach zarazy”. Tym samym, w ofercie wydawnictwa SQN, pojawiła się pozycja, która może Was zainteresować.

Tytułowa bohaterka – Ava Lavender – postanawia prześledzić dzieje swojej rodziny, mając nadzieję, że jej historia pozwoli na znalezienie odpowiedzi na pytanie, które męczy ją od dnia narodzin: dlaczego urodziła się ze skrzydłami? Z opowieści najbliższych, wspomnień sąsiadów czy nawet wycinków starych gazet zdobytych dzięki godzinom spędzonym w różnych bibliotekach miejskich, składa niezwykłą opowieść, w której książkowa teraźniejszość przeplata się z przeszłością, ukazując nie tylko historię dość nietuzinkowej familii, ale i metaforyczną przypowieść o życiu.

Książka „Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” posiada wszelkie cechy powieści nurtu realizmu magicznego. Każdy z elementów świata przedstawionego, które określilibyśmy jako „magiczne”, nie deformuje rzeczywistości, ale jest jego integralną częścią, nie dość, że subtelną, to jednocześnie tak oczywistą dla bohaterów historii, że nawet nie silą się na wyjaśnienie nam pewnych zjawisk. Tak więc niczym niezwykłym są „przeczucia” babki Avy, widziane przez nią duchy, czy chociażby niesamowite dzieje domu przy uliczce Pinnacle.

Narracja urzekała mnie swą prostotą i bajkowym stylem, dzięki któremu zatopiłam się w historii niczym w ulubionych baśniach z dzieciństwa, kiedy to wszystko, co było w nich opisane, wydawało się takie prawdziwe. Ava – będąca narratorką opowieści – talentem bajarskim nie ustępuje Szeherezadzie, sprawiając, że niczym król Szachrijar, nie potrafiłam oderwać się od tego, co mówi, i z niechęcią przyjmowałam jakiekolwiek przerwy. Jednak snuta przez nią gawęda nie jest bynajmniej prostą powiastką dla dzieci. Przesycona poetyckimi metaforami oraz wydarzeniami tak niezwykłymi, że łatwo je pomylić ze snem, stanowi doskonały bodziec do rozmyślań nad sensem życia, jego wartością, czy też istotą miłości – wątkiem szeroko i pięknie poruszanym w powieści.

Sami bohaterowie są tak prawdziwi, tak rzeczywiści (by nie rzec zwyczajni), że równie dobrze mogłabym czytać o swoich sąsiadach czy znajomych. Mają zwykłe problemy dnia codziennego, niespełnione miłości, zagubione pragnienia i popełnione błędy, które zaważyły na ich całym życiu. Mimo to, potrafią trwać w swoim uporze i zacietrzewieniu wspomaganym poczuciem słuszności, co czyni ich tak podobnych do nas, że nie sposób się z nimi nie utożsamiać. Ava z całych sił pragnie być tylko zwykłą dziewczyną, chodzić na imprezy, spotykać się z chłopakami. Jej matka – Viviane – wciąż kocha ojca swoich dzieci, mimo że ten zostawił ją wiele lat temu, by w końcu spełnić oczekiwania własnego ojca. Uparcie też ignoruje Gabe’a, który po trudach wojny, zamieszkał w domu przy ulicy Pinnacle i nie opuszcza go w nadziei, że Viviane w końcu spojrzy na niego przychylnym wzrokiem. Czyż nie znamy wielu innych, podobnych opowieści? Dopiero poznanie ich myśli, całych historii i kontekstów przeszłości sprawia, iż ich niezwykłość w naszym odczuciu wzrasta. Ale czy tym samym nie odkrywamy, że każdy człowiek, którego bliżej poznamy, staje się niezwykły, wręcz magiczny?

Dla mnie czytanie „Osobliwych…” było swoistą podróżą w głąb siebie. Krótką, bo trwającą nie dłużej niż przeczytanie książki, zadumą na temat tego, kim jestem i jak powinno wyglądać moje szczęście. A do tego podaną w miękkiej i przyjaznej formie, która niepostrzeżenie wkrada się do serca i czyni tam nieliche spustoszenie. No bo jak to, tak przejść bez echa? Trzeba targnąć człowiekiem, tak żeby nie zapomniał, co czytał! Tym samym wydaje mi się, że powieść wypełniła swą nadrzędną rolę, zwyczajnie zmuszając do zastanowienia, bo czymże byłoby nasze życie bez chwili refleksji?