Pierwszy dzień wiosny – recenzja

Tam gdzie Fabryka Słów nie podołała pięć lat temu, nie kusząc się na kontynuację książki „Przekraczając granice”, Papierowy Księżyc postanowił działać. W końcu fani, wraz z ponownym wydaniem „Kronik Dziwnego Królestwa”, dostali możliwość poznania dalszych losów Olgi i jej przyjaciół: króla Szellara III, paladyna Elmara, nimfy Azille czy błazna Żaka. A trzeba przyznać, że dzieje się u nich dużo.

Olga popada w depresję, ponieważ „bajka się skończyła” i nawet w tak magicznym królestwie, jakim jest Ortan, dopada ją szara rzeczywistość. Znów nie wie, co ma z sobą począć, a i o kogoś do miłowania trudno ze względu na ciążącą nad nią klątwę „martwego małżonka”. Tymczasem zbliża się pierwszy dzień wiosny, a wraz z nim coroczna ofiara dla smoka, więc Specjalna Komisja już zaciera ręce. Nie dość, że wyeliminuje się popleczników króla, to jeszcze pojawia się szansa na zdetronizowanie miłościwie panującego władcy. Aż żal nie skorzystać z takiej okazji. A co do tego mają majtki, białe glany i asasyn o hiszpańskiej urodzie? Okazuje się, że wszystko!

Olga nie radzi sobie z przesiedleniem i realiami rodem ze średniowiecza (gdzie co bogatsi mieszkańcy mają wanny z bieżącą wodą, nawet ciepłą, ot takie to wieki średnie), a jej zatroskani przyjaciele stwierdzają, iż głównym powodem jej humorów nie jest trauma związana z porwaniem z rodzinnego świata, rozstanie się z bliskimi czy życiowa niezaradność, ale brak mężczyzny i ciążące jej dziewictwo. Autentycznie. Ogólnie ciężar fabuły został jakoś dziwnie rozłożony. Wątki, które jak dla mnie miały być jedynie ubarwieniem treści, są dokładniej opisywane niż te, stanowiące jej podstawę. Nikt, z autorką na czele, zdaje się nie przejmować intrygami Komisji, zamachem na Azile czy, rzeczą moim zdaniem najważniejszą, smokiem, który rok rocznie zagarnia pięćdziesiąt niewiast. Za to bohaterowie prowadzą liczne i niezwykle ożywione rozmowy na temat: życia łóżkowego króla i jego niechęci do ślubów, nieugiętości Cantora w sprawie spędzenia nocy z nimfą, bezpruderyjnego zachowania Olgi, a także jej „białej zasłony” i jak najbardziej czarnych majtek oraz rozbuchanych hormonów pewnego elfa nastolatka i niegodnego zachowania „współczesnej młodzieży”. W zasadzie od jakiejś setnej strony mam wrażenie, że nie ma rozmowy, w której nie pojawiłaby się aluzja do obyczajności bohaterów i ich personalnych upodobań. Ale to nie jest największy z problemów tej książki.

Są jeszcze dialogi. Niemal klikustronicowe wymiany zdań pomiędzy bohaterami opowiadającymi o wydarzeniach, o których chcielibyśmy przeczytać w bardziej bezpośredni sposób niż relacja z drugiej ręki. Pomijam już fakt, iż potrafią być one nieskalane najmniejszym opisem tego, co w trakcie rozmowy robią bohaterowie, czy tego jak reagują na kolejne rewelacje. Nawet nie sądziłam, że brak czegoś tak oczywistego może irytować. Jakby tego było mało, momentami naprawdę chciałam siąść i z ołówkiem poprawiać dziwne zdania, których sensu trudno się było domyślać, czy literówki zupełnie zmieniające znaczenia wyrazów.

Kolejną rzeczą, do której powinnam się przyczepić, jest konstrukcja męskich bohaterów. Jeden przez drugiego, o ile nie przypisano mu stricte negatywnej roli, to chodzący ideał (w zależności od kobiecych gustów). Szellar zabójczo inteligentny, wysoki, szpakowaty, marzący o prawdziwej miłości; Elamr wielki, silny misiek, dla którego honor jest najważniejszy; dowcipny i kochany Żak, prawdopodobnie najprzystojniejszy kawaler w Ortanie; a także smagły Cantor, będący chyba najdzikszym kochankiem w całej Mistralii, tak bardzo dbającym o przyjemność kobiety… Żeby nie byli „zbyt” idealni, każdy posiada po jednej negatywnej cesze, która zamiast zniechęcać, dodaje im tylko uroku. Za to postaci kobiece są aż do bólu przerysowane, prezentując przejaskrawiony zestaw standardowych cech niewieścich od dziecięcej niewinności (i naiwności) przez intryganctwo, zaborczość, życiową nieporadność czy zwyczajną głupotę, na wyuzdaniu i nimfomanii skończywszy.

Jednak, co ciekawsze, pomimo niemal rażących niedoskonałości, książkę czytało mi się całkiem nieźle i w pewien sposób nawet się wciągnęłam. Co z tego, że „tajemniczość” autorce w ogóle nie wyszła i największe „zagadki” powieści szło bez problemu rozszyfrować bez mętnych podpowiedzi autorki. Co z tego, że zamiast opisywać misje w tajnym składzie broni, autorka skupiła się na miłostkach Szellara i jego niechęci do ożenku. Co z tego, że świat kreowany na dość głębokie średniowiecze jest aż boleśnie współczesny. Co z tego, skoro mimo wszystko lubi się samych bohaterów i niczym w uzależniającej telenoweli pragnie się śledzić ich przygody. Nawet te najdurniejsze.

Powieść ta jest co najmniej dziwna. Z jednej strony dość kiepsko napisana i najeżona błędami różnej maści, a z drugiej w niepojęty sposób wciąga w swój dziwny świat, szczególnie kiedy nie podchodzi się do niej zbyt poważnie. Chociaż jakby na to nie patrzeć, to „Kroniki DZIWNEGO Królestwa”, więc może tak właśnie miało być.