Grimm City. Wilk! – recenzja

Wbrew temu, co sugeruje okładka, wcale nie spodziewałam się baśni. Nie po Ćwieku, który swoją serią o Zagubionych Chłopcach udowodnił, że potrafi opowiadać na nowo dobrze znane wszystkim historie. Nie spodziewałam się jej także, patrząc na utrzymaną w ciemnej, by nie rzec w mrocznej, tonacji okładkę, w niczym nie przypominającą tych barwnych, radosnych wydań bajek dla dzieci. Nie spodziewałam się też baśni, widząc na obwolucie kobietę w czerwonym płaszczyku, stojącą tak, że widniejący na ścianie cień mógłby należeć właśnie do niej. Nie. Zdecydowanie nie spodziewałam się baśni.

W Grimm City – mieście powstałym na ciele legendarnego olbrzyma – zaczynają dziać się złe rzeczy, albo uściślając, gorsze niż zazwyczaj, ponieważ do zwykłej nieprawości mieszkańcy zdążyli się już przyzwyczaić. Ktoś w brutalny sposób morduje członków dwóch największych rodzin mafijnych i przewożących ich taksówkarzy. Niby nic takiego, ale w końcu tajemniczy sprawca zasadził się na jednego z funkcjonariuszy policji. Fakt, że oficer Wolf nie należał do najbardziej prawych gliniarzy w tym mieście, ale koledzy po fachu nie mieli zamiaru przez to odpuścić sprawcy. W samą intrygę wplątuje się młody muzyk, który zwyczajnie znalazł się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze, a także dwóch doświadczonych stróżów prawa – świadomych tego, że w takim mieście jak Grimm nawet porządny glina musi się ubrudzić.

Zwykle nie czytam okładkowych streszczeń, mając pełną świadomość tego, że ich twórców potrafi niekiedy ponieść fantazja, przez co potrafią być nieadekwatne do treści książki. W tym jednak przypadku te dwa zdania zaserwowane nam przez wydawców sprawdzają się doskonale. Grimm City jak najbardziej jest „gorzkim, brutalnym kryminałem noir”, a inspiracje „amerykańskim podziemiem przestępczym lat dwudziestych i trzydziestych” są nad wyraz widoczne. Mamy więc rodziny mafijne trzęsące miastem, skorumpowanych policjantów czy polityków, a także nowobogackich, którzy za pieniądze starają się kupić ludzki szacunek, raczkujące równouprawnienie i technikę odpowiadającą dwudziestoleciu międzywojennemu. Oczywiście przez cały ten brud i bezprawie brnie dwóch wyjątkowych stróżów prawa z gorącym postanowieniem zaprowadzenia w mieście porządku. Kiedy w trakcie czytania, pojawią się Wam skojarzenia z „Nietykalnymi” De Palmy, to znaczy, że podłapaliście klimat.

Jeśli gdzieś w internecie natrafiliście na inne moje recenzje, możecie zdawać sobie sprawę z tego, że o ile lubię Ćwieka jako człowieka/autora, to do jego książek mam raczej dość mieszane uczucia. Ot zwyczajnie, nie każda przypadła mi do gustu, ale przecież wszystkich na świecie się nie zadowoli. Czytając „Grimm City. Wilk!” miałam jednak wrażenie, że ta książka została napisana jakby pod skromne gusta mej osoby. Nie twierdzę, iż miewam jakieś konszachty z autorem, ale po prostu cieszę się, że wykorzystał swój niezwykle „czytliwy” styl pisania do stworzenia powieści, o której z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że mi się podoba. Bo jak starej wielbicielki Baśni Braci Grimm może nie zachwycić sprawnie przeprowadzona dekonstrukcja tych opowieści, w połączeniu z ciężkim od mroku klimatem i nie do końca praworządnymi gliniarzami, których serca biją jednak po właściwej stronie? W całość wpleciono może nie najtrudniejszą kryminalną zagadkę świata, ale na tyle ciekawą, by utrzymać moją uwagę do samego końca. Poza tym, nie ukrywajmy, to dopiero preludium, wstęp do właściwej tajemnicy, rozwiązanie której może zająć bohaterom dużo więcej tomów.

Muszę jednak przyznać, że intensywność mojej uwagi podczas czytania wzmogło także samo nazwisko autora, znanego z licznych popkulturalnych nawiązań umieszczanych w książkach. I pod tym względem także się nie zawiodłam, odnajdując mniej lub bardziej oczywiste odwołania do naszej rzeczywistości, tyle że tym razem tak subtelnie wkomponowane, iż samodzielne odkrycie ich, wywoływało u mnie cudny dreszcz radości. Autor nie ograniczył się także do wykorzystania motywów z tej jednej, najbardziej oczywistej baśni o Czerwonym Kapturku, do której kieruje nas okładka i opis. Uwierzcie mi, to nie jedyna z historii Wilhelma i Jakuba, jakie przyjdzie nam odkryć na kartach powieści Ćwieka.

Sam konstrukcja miasta Grimm, a raczej precyzja jego stworzenia, również zasługuje na uwagę,. Dopracowanie zarówno wierzeń, jak i infrastruktury miejskiej oraz kontrastu do naszej rzeczywistości. Bo skoro bohater z „naszego świata” narzekałby na jego szarość i mrok, to czemu postać Ćwieka nie miałaby zrzędzić przez nadmierną „barwność” i „sztuczność” swojego uniwersum? Ot, taki mały prztyczek w stronę Disney’a, ale jak bardzo cieszy.

Nie ukrywam też, że jestem zaskoczona, choć gdzieś w ciemnościach pod skórą czułam, iż powieść może mi się podobać. Jednak łącznie z tym przeczuciem istniały także obawy, że mrok i brutalność fabuły, mogą uczynić lekturę „Grimm City” zbyt ciężką, mimo tak pozornie niewinnej inspiracji, jaką były baśnie. Podsumowując, jest to bardzo dobra powieść mieszająca gatunki i style w coś nowego, do czego nie można tak po prostu przypiąć łatki „kolejnej książki z fantastyki”, tym bardziej, że magii i nadprzyrodzoności jest w niej naprawdę niewiele. Fakt ten jednak w niczym nie umniejsza przyjemności płynącej z czytania. Ponadto, niezwykle cieszy mnie, że to dopiero preludium, początek serii, która naprawdę może okazać się kawałkiem bardzo zacnej literatury.