Kołek na dachu – recenzja

Wszyscy mamy takie serie, do których wracamy z nieskrywaną przyjemnością, które nieodmiennie poprawiają nam dzień zawartym w nich humorem. Dla mnie jednym z takich cykli są właśnie „Kroniki Żelaznego Druida” autorstwa Kevina Hearne’a. Kilkanaście dni temu nakładem wydawnictwa REBIS ukazał się już ósmy jego tom, noszący tytuł „Kołek na dachu”.

Dwa tysiące lat to dużo czasu. Tyle lat ma nasz drogi – już nie ostatni na świecie – druid Atticus O’Sullivan. Przez ten okres polowali na niego niezliczeni bogowie, wampiry i inne mało przyjaźnie nastawione istoty. Poza tym przyczynił się on do powstania sporego zamieszania i zmienił niejedną przepowiednię. Tym razem, kontynuując wątek poprzedniego tomu, to Atticus urządza polowanie – dokładniej, na wampiry. Zaczyna się od tego, że nasz druid włamuje się do banku, kradnąc pewien bardzo ważny dla krwiopijców notatnik. W międzyczasie zaś Granuaile prowadzi swą krucjatę przeciwko ojczymowi, a Owen zakłada „przedszkole”.

Podobnie jak w ostatnich tomach, tak i teraz narracja prowadzona jest z kilku punktów widzenia – część wydarzeń opowiada Atticus, część Granuaile, a część Owen, prezentując trzy różne, przeplatające się wątki i problemy. Jest to dość ciekawy zabieg, chociaż nie zawsze każdemu się on podoba – moim zdaniem jednak Kevin Hearne zgrabnie łączy te wszystkie historie w interesującą całość, która nie traci tempa w czasie przenoszenia się do różnych postaci. Akcja jest ciekawa, wciągająca, pełna zwrotów – nie brak tu intryg, niespodziewanych ataków i szybkich ucieczek.

Mając aż trzy różne wątki wydarzeń oraz narratorów, nie sposób nie zastanawiać się, który z nich jest najlepszy. Mnie osobiście najbardziej przypadła do gustu narracja prowadzona przez Atticusa. Nie tylko dlatego, że to jemu towarzyszy niezastąpiony i niesamowicie dowcipny Oberon, ale też ze względu na fakt, że to w otoczeniu tego druida zachodzą najważniejsze zdarzenia oraz po prostu jest w moim odczuciu najciekawszym bohaterem. Granuaile i Owenowi oczywiście również nic nie brakuje – oboje są inteligentnymi, dowcipnymi postaciami, także potrafiącymi namieszać. Zresztą wszyscy bohaterowie tego cyklu, nawet ci poboczni, zostali ciekawie zarysowani – niemniej najjaśniejszą gwiazdą nadal pozostaje Oberon. :-)

Tak swoją drogą nie ma wątpliwości, że autor może się pochwalić rozległą wiedzą z różnych dziedzin – udowodnił to tu wielokrotnie. Jego bohaterowie nie mogą więc odstawać – mamy tu zatem plejadę inteligentnych postaci, z którymi „obcowanie” to sama przyjemność. Nie wspominając już o tym, że Kevin Hearne przedstawia naszą rzeczywistość, przefiltrowując ją przez poczucie humoru Atticusa, Oberona czy Owena. Dzięki temu otrzymujemy ciekawe komentarze, pasujące do współczesnego świata. Zabawne, pozbawione patosu, ale jak najbardziej prawdziwe.

Z racji tego, że „Kołek na dachu” to przedostatni tom „Kronik Żelaznego Druida”, można się spodziewać zamykania niektórych wątków, co faktycznie ma miejsce. Kevin Hearne rozstawia sobie bohaterów tak, by w ostatniej części, która w oryginale ma mieć premierę najpewniej na początku przyszłego roku, móc od razu przejść do sedna. Z jednej strony szkoda będzie opuszczać ten świat i nie mieć możliwości posłuchania kolejnych uwag Oberona. Z drugiej jednak strony dziewięć tomów to dużo. Fakt, przeciwnicy Atticusa nieustannie się zmieniali, jedne spory wygasały, inne były rozniecane, więc nie można się było nudzić, ale w pewien sposób być może jestem już tym zmęczona. Z niecierpliwością jednak czekam na ostatnią część.

Pamiętacie, jak w „Kronice wykrakanej śmierci” zamieszczono dodatkowo opowiadanie nawiązujące do cyklu? W „Kołku na dachu” nic takiego nie ma, a szkoda. Przed lekturą tej części dobrze by było zapoznać się z opowiadaniem „A Prelude to War”, ponieważ ma ono pewien wpływ na całą książkę i wydarzenia, które mają tam miejsce, są kilkukrotnie wspominane w tym tomie. REBIS nie zamieścił go przy powieści, co niestety jest odczuwalne i może wpływać na odbiór książki. Nie jest to jednak zła wola wydawcy. Musicie bowiem wiedzieć – o ile już o tym nie słyszeliście – że nasz drogi dom wydawniczy ma w planach nas trochę porozpieszczać publikacją zbioru opowiadań powiązanych z „Kronikami…” (w ilości dziewięciu sztuk). Jest to z pewnością świetna wiadomość, chociaż nie pomaga na mały znak zapytania, pojawiający się na wspomnienie wydarzeń, których nie dane nam było na razie dokładnie poznać (choć ogólny zarys zdarzeń mamy przedstawiony w poprzedzającym książkę streszczeniu).

Przy okazji chciałabym poruszyć temat rewelacyjnego tłumaczenia – zarówno treści, jak i tytułów. W oryginale nazwy są dość, powiedzmy, nudne (jak „Hounded”, „Hexed”, „Hammered”, „Tricked”), za to w polskim przekładzie mamy odwołania do powiedzonek, innych utworów, wykorzystane z dowcipem, interesujące, zapadające w pamięć. Zawartość również jest świetnie przetłumaczona – nie zawsze dosłownie, za to oddając humor i istotę – jak sądzę – tego, co autor miał na myśli. Marii Smulewskiej należą się za to ogromne brawa.

Warto też wspomnieć, że w serii o Druidzie pojawia się sporo odniesień do Polski – mamy tu bowiem polskie wiedźmy, a bohaterowie – zwłaszcza w ostatnich tomach – często nasze tereny odwiedzają. Sam autor również wpadł do naszego kraju, także nie jest to takie zwykłe gdybanie o tym, co jest w Polsce, ale faktyczny opis prawdziwych miejsc (nie ma wątpliwości, że będę przeszukiwać Pole Mokotowskie w poszukiwaniu drzewa, przez które przechodzą bohaterowie; a domek, w którym urzędują Siostry Trzech Zórz już sobie podejrzałam za pomocą map Google  :-) – Wy też możecie tutaj). Jest to z pewnością element, dla którego warto zajrzeć do Druida – by zobaczyć, jak nas widzi pewien Amerykanin (i wyjątkowo nie myli nas z Rosjanami!).

Wartym zaznaczenia – szczególnie z punktu widzenia osób, które dopiero chcą zacząć swą przygodę z druidem albo, tak jak ja, mają dość, jak to się ładnie mówi, wybiórczą pamięć – jest fakt, że autor na samym wstępie dokładnie streszcza całą dotychczasową fabułę, tak więc stary Czytelnik nie ma nawet możliwości poczuć się zagubionym i czegoś nie zrozumieć, a nowy odbiorca ma ułatwiony start (przy czym i tak radziłabym zacząć od „Na psa urok”).

Wciągająca i ciekawa fabuła oraz inteligentni, żywi bohaterowie, a także wykorzystanie różnorodnych mitologii i nie tylko, czyli po prostu świetne pomysły bazujące na mniej lub bardziej znanych elementach wierzeń, a wszystko to okraszone humorem – przecież to nie może się nie podobać. „Kołek na dachu” w mojej opinii nie odstaje od swoich poprzedniczek – czytałam ten tom z równą przyjemnością i takim samym zaciekawieniem i niecierpliwością. Podobnie niecierpliwie wyczekuję ostatniej już niestety części tego rewelacyjnego cyklu.

Przekład: Maria Smulewska
Oprawa: broszurowa klejona
Tytuł oryginalny: STAKED
ISBN: 978-83-8062-000-1
Data premiery tego wydania: 2016-06-14
Liczba stron: 408
Format: 132×202

 

About Sophie

Z zawodu finansista, z pasji czytelnik. Redaktorka serwisu oraz moderator forum Gavran, okazjonalnie recenzentka.

View all posts by Sophie