Pomnik Cesarzowej Achai tom 5 – recenzja

Swoją przygodę z Achają zaczęłam już w liceum, ale tak dość nietypowo, ponieważ od środka. Kolega pożyczył mi drugi i trzeci tom, a ja szybko wciągnęłam się w świat, odnajdując w tych książkach to, czego akurat życiowo potrzebowałam. Jakoś mi to wtedy pomogło, a ja przywiązałam się do tej powieści na tyle, że przynajmniej raz w roku czytałam od początku całą trylogię. Za każdym też razem zwracałam szczególną uwagę na zdanie kończące ostatni tom, zwiastujące ni mniej, ni więcej jakąś kontynuację: „Ale to nie koniec jej historii”. Tak. Miałam nadzieję na więcej. Ale wiecie, jak to jest z nastoletnimi miłostkami – wspomnienie o nich pozostaje mocno wyidealizowane. Piszę o tym wszystkim, żebyście zrozumieli, jak wielką ekscytację przeżywałam cztery lata temu, kiedy wychodziła pierwsza część „Pomnika…”, i jak niepomiernie większy zawód przeżywałam już po lekturze ostatniego tomu. Nie będzie to więc recenzja, do których przywykliście.

Jakby tu streścić fabułę tej niemal tysiącstronicowej kobyłki? Tomaszewski ściąga do służby pod skrzydłami Rzeczpospolitej kolejne, urodziwe i niezwykle utalentowane kobiety; Kai flirtuje z Amerykańskim czarownikiem, udając, że jest asem wywiadu; Shen zostaje gwiazdą filmową; Meredith romansuje z Wyszyńską (Jakim cudem? Uwiodła go, kiedy była zasmarkana w trzecim tomie? Bo w czwartym, jak pamiętam, przespała się z Krzyśkiem…); Rand w końcu odkrywa, że kocha się w Aie; potęga Rzeczpospolitej nie zna słowa „niemożliwe”, a wszyscy sławni ludzie, o jakich jesteśmy w stanie pomyśleć, są w tamtejszym uniwersum Polakami. Myślicie, że zarzuciłam Was spoilerami? Oj, chyba nie bardzo… A dlaczego? Ponieważ, jak większość fanów, chcecie odpowiedzi na pytania: Kiedy w końcu ruszą na biegun? Jaką magię bogów tam znajdą? I co z tytułowym pomnikiem, niby tak ważnym, a od trzeciego tomu porzuconym na smętne zapomnienie (podobnie jak część wątków, które miały miejsce hen, hen daleko, jakieś dwa, trzy tomy temu). I w końcu najważniejsze, czy ożywią samą Achaję? Nie ukrywajmy, że po wizjach Mereditha z pierwszej trylogii i jej subtelnym zakończeniu, nie czekamy tylko na to.

Pocieszę Was. Ostatnie sto stron książki zapewni Wam odpowiedzi na większość z nich. Tylko najpierw będziecie musieli przebrnąć przez osiemset wcześniejszych, pełnych walk, rozwiązywania intryg i wyższości Rzeczpospolitej (kompleksy jakieś, czy co?). Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że po przebrnięciu przez niemal cztery tysiące stron o podobnym wydźwięku, chciałabym, żeby w końcu ruszyli na ten biegun…

Nie mogę powiedzieć, że całość czytało mi się źle. Pan Andrzej Ziemiański nie wydałby tylu tak obszernych powieści, gdyby nie umiał pisać w sposób niezwykle zajmujący, wciągając tym samym swojego Czytelnika w wykreowany przez siebie świat. Poza tym, nie ukrywajmy, ale lubimy historie, w których Polacy w pewien sposób dominują nad innymi nacjami. Problem polegał na tym, że pogubiłam się w odróżnieniu poszczególnych postaci. Na ten przykład już w ogóle nie pamiętałam, kim była Sharri, ani co łączyło ją z pozostałymi bohaterami? Nie potrafiłam też stwierdzić, czy Foe i Naan są nowymi istotami, czy też przewinęły się gdzieś na samym początku cyklu, a ja, w sumie przy sporej liczbie ważnych postaci (czy też tych wszystkich, genialnych, utalentowanych i pięknych kobiet, które przewinęły się przez cały „Pomnik…”), po prostu ich nie kojarzę.

Kolejnym aspektem, w którym pojawiło się najwięcej zgrzytów, była sama fabuła i wszelkie intrygi z nią związane. Z jednej strony nie mogę wyjść z podziwu nad rozległością wątków i nie pogubieniu się w działalności wszystkich stronnictw, ale z drugiej, bohaterom cudownie udawało się zbyt wiele rzeczy. Dobrymi przykładami będą tu chociażby ucieczka Kai i Naan z „Chuchlandii” okupowanej przez Nayer, czy sukces wywiadu marynarki wojennej w przechytrzeniu agentów Zakonu. Jednak, gdyby ich działań nie wspomogła autorska „deus ex machina”, obawiam się, że sama powieść rozciągnęłaby się do niebotycznych rozmiarów, coraz bardziej odwlekając to, na co wszyscy fani czekali. Najgorszym zabiegiem końcowym, moim zdaniem, było ponowne, łopatologiczne wytłumaczenie tego, czego uważny Czytelnik domyślił się już po trzecim tomie: kim są Ziemcy, kim Cisi Bracia, a kim tak zwani bogowie oraz czym jest tytułowy pomnik i do czego jest bohaterom w zasadzie potrzebny. Tak, bo „tępe dziecię” ze mnie i nie przeczytałam tego dwa tomy temu.

Muszę też przyznać, że z lubością czytałam fragmenty, w których bohaterowie odwoływali się do wydarzeń znanych mi z „Achai”. Dla nich fabuła tej powieści była niemal legendarną historią sprzed tysiąca lat. Napomknę tu chociażby o potomkach bankiera Barucha czy pary „pokazowych niewolników”, uwolnionych przez oddział Achajki, których rodzinne legendy dotyczące spotkań jednej z ostatnich księżniczek Troy były tak cudnie przekręcone, ale jednocześnie zachowujące swój właściwy wydźwięk. Była to jedna z nielicznych rzeczy osładzających mi odczuwany nieustannie podczas czytania zawód.

Jednakże największy zawód był dla mnie związany z bezcelowością. Nie mogłam przestać zastanawiać się, po co czytam o pertraktacjach na zapomnianej przez bogów i ludzi wysepce, zamieszkałej wyłącznie przez „ludożerców”, kiedy jedyne, czego chciałam, to żeby w końcu ruszyli na ten biegun! Tylko kiedy tam się w końcu znaleźli, obyło się bez iskier, fanfar czy wystrzałów (tych metaforycznych oczywiście). O ile „Achaja” zakończyła się subtelną aluzją dotyczącą kontynuacji, o tyle „Pomnik…” świeci po oczach neonem informacji, że to nie koniec, moi mili. Dzieje się tak dlatego, ponieważ jest on w całości jedynie drugim tomem trylogii (której pierwszym jest cała „Achaja”). Mimo lekkości czytania, sama lektura bardzo mi się dłużyła, a nic niewnoszące opisy męczyły. Bo Rzeczpospolita i tak wszystkiego się domyśliła, wszystko przewidziała, a niewiedza jej agentów była tylko szeroko zakrojoną akcją dywersyjną, by zamydlić oczy jej wrogom. No cóż, dwa tomy „mydlenia” to trochę za dużo.

Bardzo smutno pisze mi się ten tekst, ponieważ odczuwam go jako pełnego pretensji i narzekania, a przecież książka ta sama w sobie nie jest zła. Zamyka wątki, w pewien sposób zakańcza rozpoczętą historię, sporo wyjaśnia. Tylko boli, że tak zawodzi i zwodzi nieco zbyt długo szczególnie tych, którzy tak jak ja, darzyli i możliwe, że wciąż darzą pierwotną historię pewnym sentymentem.