Czterdzieści i cztery – recenzja

Przywykło się uważać, że jak steampunk to głównie wiktoriańska Anglia. Jednak wiek XIX był na tyle burzliwy i rewolucyjny w całej Europie, że ograniczenie nurtu do jednego tylko państwa zwyczajnie go zubaża. Pomyślcie, jaką międzynarodową intrygę można by stworzyć, gdyby fabularnie wykorzystać wszystkie niepokoje tamtych czasów i buntowniczy charakter Polaków porozrzucanych wówczas po całym Starym Świecie. Taka mieszanka może zwiastować hit, a przynajmniej dogłębnie zadowolić jednego specyficznego czytelnika, czyli mnie.

Czternaście lat po upadku powstania na Litwie, Eliza Żmijewska – jedyna ocalała z pogromu wileńskiego – zostaje wysłana przez Radę Emigracyjną w celu wykonania wyroku śmierci na Konradzie Załuskim. Wszyscy ze Słowackim na czele uważają, że jego zdrada przyczyniła się do upadku powstania. No może z wyjątkiem Mickiewicza, który miał nawet zadedykować „zdrajcy” jeden ze swoich utworów. W ślad za Załuskim, Eliza wyrusza do Anglii, przy okazji zahaczając o równoległy świat (na co pozwalają bramy etherowe rozmieszczone w strategicznych punktach Europy), gdzie zdobywa nowych przyjaciół. Jednak kiedy dociera do Londynu, wszystko się komplikuje. Miesza się w spiski, włącza do działania tajnych organizacji, podpada Scotland Yardowi, by nagle wylądować we Francji, gdzie Duch Rewolucji zdążył namieszać, a potem szybciutko do Polski. Bo tam walka o niepodległości i Załuski ze swoją przedziwną tajemnicą. Oj dzieje się, i to szalenie. Przez całą książkę. Do ostatniej strony.

Najpierw była konsternacja. Czytam Anglia2, Anglia3 i 4. I uparcie szukam przypisów po całej książce. Nie ma. Jak to? Dostałam egzemplarz wybrakowany? Recenzencki znaczy niepełny? Ale czytam dalej, a potem przychodzi zrozumienie. Opanowanie mocy etheru pozwoliło ludziom na „skakanie” po różnych rzeczywistościach, w których każde miejsce w Europie miało swój geograficzny odpowiednik w Europie2, 3 itd., choć różniący się nieco pewnymi aspektami. I do tak zmodyfikowanego świata zaprasza nas w swojej najnowszej powieści „Czterdzieści i cztery” Krzysztof Piskorski. Elektryczność nie triumfuje, jej miejsca nie zajmuje moc pary. Jest tylko ether i wszystkie konsekwencje wynikające z wykorzystywania go. Aż mnie przechodziły ciarki przyjemności, czytając to.

Do tego główna bohaterka – Eliza Żmijewska – jak na epokę, w której kobiety traktowano z dość dużym pobłażaniem, jest istotą niezwykle wszechstronną. Jeździ konno, zna się na broni palnej, jest doskonałym szermierzem, świetnym kryptologiem, a ponadto poetką, szpiegiem, egzekutorką, kapłanką starego, słowiańskiego bóstwa i niemal do bólu praktyczną kobietą. Czyli po prostu awanturniczką pełną gębą, bardziej niż sam Allan Quatermain. I muszę przyznać, że ją uwielbiam. Mimo że niebezpiecznie blisko jej do „mery sójki”. Na szczęście czasami zachowuje się jak skończona idiotka (szczególnie w kontaktach z płcią przeciwną), a jej plany dość często spalają na panewce, dzięki czemu nie jest tak bezwstydnie idealna. Ale i tak ją uwielbiam.

Jej towarzysze to zupełnie inna para kaloszy: Xa’ru – humanoidalny insekt z innego wymiaru, szukający niesamowitego daru dla królowej swojego roju, i Naczelny Geodeta królowej oraz członek Królewskiego Towarzystwa Geograficznego Sir Thomas Mitchell. A raczej jego głowa. Gadająca i „magicznie” utrzymana przy życiu przez rasę Xa’ru. Czujecie ten potencjał przygodogenny?

I jak mam dalej pisać o tej książce, żeby w przypływie ekscytacji nie zdradzić zbyt wielu szczegółów? Może tak. Nie mogę się nadziwić, jak autor zgrabnie żongluje historią i fikcją, jak precyzyjnie je łączy sprawiając, że granica pomiędzy nimi jest ledwo widoczna. Podobało mi się subtelne wplatanie polskości: konflikt pomiędzy Słowackim a Mickiewiczem, postaci Emilii Plater czy Józefa Poniatowskiego, postrzeganie Polaków przez inne narodowości jako buntowników, mąciwodów i urodzonych spiskowców, wiecznie coś knujących. I Dziady, prawdziwe Dziady w wykonaniu kapłanki Żmija. Pokochałam też Abelarda Szklarskiego za to, co planował, co zrobił, co poświęcił. A także za masę innych nawiązań, choćby do „Stulecia detektywów”. I tak, zachęcił mnie pan, Panie Piskorski, do wierszy Blake’a, Wordwortha, Byrona i reszty. Nie wiem kiedy, ale muszę po nie sięgnąć, choćby po to, żeby zrozumieć bardziej.

Są też nawiązania do słowiańskiej mitologii, których coraz chętniej wypatruję w tekstach. Choć te akurat pojawiają się dość rzadko, w stosunku do tego, jak rozreklamowano te wątki w opisach książki.

Wybaczcie mi tę nieco zbyt rozentuzjazmowaną recenzję, ale książka ta tak niesamowicie wpasowała się w moje gusta, że czytając, zwyczajnie nie mogłam przerwać. Było w niej mnóstwo rzeczy, które z osobna potrafią wywołać moją euforię, a co dopiero tak zgrabnie połączone i czytliwie napisane. Awantura, szpiegostwo, detektywi, inne wymiary, nowa technologia i słowiańska magia. No jak tu taki Mróz jak ja ma się nie zachwycać? I zdecydowanie jest to jedna z najlepszych książek, jakie miałam okazję przeczytać w tym roku i Wam też ją polecam.