Rozjemca – recenzja

Mówi się: „Nie oceniaj książki po okładce”, czego bardzo szybko nauczyłam się już jako dziecko wkraczające w świat baśni i pierwszych opowieści. Co jednak z tytułami? Po raz pierwszy trzymałam w ręku egzemplarz „Siewcy wojny” (teraz “Rozjemcę”) kilka lat temu, w jednym z wrocławskich antykwariatów. Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, czy nie wziąć powieści Brandona Sandersona zamiast jednej z książek, której nazwy już nawet nie pamiętałam. Zniechęcił mnie jednak tytuł. Wywoływał szybkie skojarzenie z „Siewcą wiatru”, polskim fantastycznym hitem wydanym przez Fabrykę Słów. Odłożyłam więc „Siewcę wojny” na półkę, przeświadczona, że mam do czynienia z czymś podobnym, jeśli nawet nie takim samym.

Minęło trochę czasu, zdążyłam zapoznać się z twórczością Sandersona i z miejsca ją pokochać. W ten sposób wzgardzona przeze mnie przed laty książka znów wróciła do moich rąk. Tym razem pod o wiele odpowiedniejszym tytułem i piękną ilustracją na okładce.

Chociaż „Rozjemca” jest wciągającą, interesującą książką, do której uwielbiałabym wracać jeszcze te kilka lat temu, kiedy nie miałam żadnej styczności z prozą Brandona Sandersona, tak dzisiaj mam z tą powieścią ten sam problem, co z „Elantris”. Obydwa tytuły są dobrze napisane, przedstawiają bohaterów, którym trudno nie kibicować oraz miejsca i systemy magii, o jakich naprawdę ciężko nie snuć teorii, jednak wciąż widoczny jest tutaj fakt, że to jedne z pierwszych książek autora. „Rozjemca” posiada ten jeden mankament, że narracja powieści jest poprowadzona dosyć nieudolnie. Choć Sanderson po raz kolejny przedstawia czytelnikom fantastyczny, pełen oryginalnych rozwiązań świat Cosmere, muszę przyznać, że przez większość czasu po prostu się nudziłam, czekając na więcej akcji, wydarzeń, plot twistów. Te zaś nie pojawiły się przez trzy czwarte powieści prawie wcale. Nietrudno mi więc zrozumieć argumentację recenzentów, którzy stwierdzą, że „Rozjemca” to jedna z gorszych książek napisanych przez Brandona Sandersona.

Zrozumieć? Jasne. Jednak wcale się z nimi nie zgodzę. Brandon Sanderson po raz kolejny bowiem udowadnia, że niestraszne mu nowe, oryginalne rozwiązania. W fantastyce bardzo często możemy trafić na powtarzalność schematów, motywy wykorzystywane przez kilku różnych autorów, albo – co najgorsze! – stawianie na pomysły, które ostatnio najbardziej się sprzedają. Sanderson zaś tworzy kolejne uniwersa należące do wszechświata zwanego przez niego Cosmere, a przy tym każdy z kolejnych wykreowanych przez niego światów jest jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy, niesamowity. Nie inaczej ma się sprawa z „Rozjemcą”, przedstawiającym świat zwany Nalthis. Istnieje tutaj potężna energia zwana BioChromą, potrafiąca dać jej posiadaczowi niezwykle umiejętności i możliwości. Posiadacze większej ilości Oddechów widzą świat wyraźniej, w jaskrawszych kolorach. W świecie, gdzie do końca nie jest pewnym, czy Oddechy to dusze innych ludzi – wszyscy bowiem na początku posiadają tylko jeden, a oddać go można jedynie z własnej woli – każdy, kto zdobędzie kolejne, stanie się potężniejszy od reszty. Bohaterowie używający swej mocy w celu kontrolowania przedmiotów i wydawania im rozkazów nazywani są Rozbudzającymi. Zaś osoby, które zginą szlachetną śmiercią i ulegną tajemniczemu działaniu Biochromy, stają się bogami i trafiają do T’Telir, miasta bogów.

Pomysł na uzależnienie mocy istniejącej w „Rozjemcy” od kolorów, intensywności barw oraz tchnięcia życia wraz z oddechami – które Rozbudzający oddaje do martwych przedmiotów, aby na chwilę je ożywić i wydać im rozkazy – od razu mi się spodobał. Brandon Sanderson ma smykałkę do brania w ręce dwóch pospolitych szczegółów i łączenia ich w taki sposób, że stają się czymś oryginalnym. Muszę przyznać, że chociaż system magii w „Rozjemcy” od razu skojarzył mi się z czytanym przeze mnie kilka lat wcześniej „Pryzmatem” Weeksa, to nie sprawiło, że do końca lektury książki porównywałam do siebie obydwie historie. Brandon Sanderson ma inne podejście do tego motywu, jego magia zależna jest od polityki, ma także większą wagę dla opisywanych wydarzeń

Warto też wspomnieć o bohaterach powieści. Narracja w „Rozjemcy” prowadzona jest z punktu widzenia dwóch sióstr księżniczek, Vivenny i Siri, których królestwo poradzić sobie musi z różnego rodzaju intrygami plecionymi przez Hallandren, jednego z bogów mieszkających na dworze, Dara Pieśni, oraz tajemniczego Vashera, Rozbudzającego, którego przeszłość i motywacje poznajemy w miarę czytania powieści. Choć zarówno postacie pierwszo, jak i drugoplanowe wykreowane są z wielką dbałością o detale, po której można poznać twórczość Sandersona, to tym razem bohaterowie nie zaskarbili sobie mojego uwielbienia. Kto wie, może po wojowniczej Vin z “Ostatniego Imperium” i sprytnej, inteligentnej Shallan z “Drogi królów” oczekiwałam zbyt wiele od Vivenny i Siri? Księżniczki swoim zachowaniem zbyt przypominały mi Serene z “Elantris”, jedynie Dar Pieśni od czasu do czasu ratował jeszcze sytuację swoim dziwnym poczuciem humoru i oryginalnym zachowaniem.

Dlatego też “Rozjemca” to doskonały tytuł dla tych, którzy nie mają jeszcze za sobą najgłośniejszych powieści Sandersona oraz, oczywiście!, dla samych fanów, którzy nie przepuszczą żadnej z wydanych książek autora. Myślę, że prawdziwy potencjał tego uniwersum dopiero dane nam będzie poznać w kolejnej części, którą pisarz ma zamiar opublikować już w niedalekiej przyszłości.

tytuł: Rozjemca
autor: Brandon Sanderson
tytuł oryginału: Warbreaker
data wydania: 26 października 2016
ISBN: 9788374806701
liczba stron: 672
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction
język: polski

 

About Blair

Pełnoetatowa książkoholiczka i filmomaniaczka. Recenzentka - amatorka, szpanująca swoim talentem pisarskim i nie rozumiejąca, dlaczego nikt nie chce podziwiać blasku jej intelektu, który przecież razi wszystkich po oczach. Czasami o skłonnościach masochistycznych, wiecznie niewyspana. Niepoprawna romantyczka, marząca o naprawianiu świata. Ponoć mówią, że nocą staje się Nocnym Cieniem i szuka nowych, szeleszcząco - papierowych ofiar...

View all posts by Blair