Żar mrozu – recenzja

 Obecnie na polskim rynku seria o Mercedes Thompson jest jednym z ważniejszych tytułów z gatunku urban fantasy (o ile nie najważniejszym). To wciągająca fabuła, z silną protagonistką i ciekawie zarysowanym tłem. Wpadłam w ten cykl jak śliwka w kompot siedem lat temu i do dziś uważam, że od strony literatury rozrywkowej nic lepszego nie mogło mnie spotkać.

Najważniejszą zaletą serii jest to, że trwają. Przywiązujemy się do bohaterów, wciąga nas świat przedstawiony, jesteśmy głodni przygód w ulubionym uniwersum. To niestety, paradoksalnie, również ich największa wada. Na autora, który pokusił się o pisanie cyklu, czeka wiele pułapek, w tym ta najgroźniejsza – zmęczenie materiału. Wyczerpanie źródła z pomysłami, chodzenie na łatwiznę i na skróty, bo przecież seria ma oddanych fanów, którzy przymkną oko na niedociągnięcia.

Był moment, iż obawiałam się, że to właśnie się dzieje z serią o Mercy. Dwa ostatnie tomy, w porównaniu do pierwszych, były jakby mniej wciągające, a sama bohaterka straciła nieco na swojej wyrazistości, inteligencji i temperamencie. No i coraz częściej pojawiająca się myśl: “ileż na Boga można sobie ściągnąć na głowę magicznych katastrof i problemów w tak krótkim czasie? Ileż można poniewierać tę biedną dziewczynę? Już przynajmniej z cztery razy powinna być martwa, a jednak zawsze się wyczołguje z tej kabały jakimś niemożliwym fartem.” To nie tak, że życzyłam Mercy śmierci, wręcz przeciwnie, życzyłam jej jak najlepiej i w głowę zachodziłam, kiedy wreszcie przyjdzie jej odetchnąć i odpocząć. To oczywiście oznaczałoby zakończenie serii, ale od pewnego czasu gdzieś ta myśl pojawiała się w mojej głowie. Nie bez żalu, ale jednak dojrzewałam do tego, że czas się pożegnać z ulubioną bohaterką.

I wtedy wyszedł “Żar mrozu”. Ta książka teoretycznie nie odbiega od znanego schematu. Robi się klops i Mercy bardzo szybko znajduje się w centrum tego bałaganu, poświęcając swoje zdrowie, nieruchomości i ruchomości, aby ocalić przyjaciół. Ale tym razem nie do końca się udaje. Tym razem jest trochę inaczej, a główna intryga zaczyna rozbijać się o politykę i miejsce niedawno ujawnionych wilkołaków w społeczeństwie. Choć rozwiązanie węzła fabularnego nieco mnie zawiodło, całość prezentuje się naprawdę dobrze i świeżo. A mój zawód wynikał z tego, że chyba tym razem spodziewałam się, że ten cykl wreszcie wejdzie na poziom bardziej społeczny. Że uderzy w ton ogólnej sytuacji wilkołaków pośród ludzi, że nabierze większego rozmachu. Tymczasem, mimo agencji federalnej plączącej się po fabule, całe to zamieszanie pozostaje w ramach afery lokalnej. Briggs nie raz wspominała, że wilkołaczą politykę woli zostawić dla serii Alpha&Omega, zaś Mercy będzie się mierzyć z problemami raczej w obrębie Tri-Cities, ale moim zdaniem wokół niej i jej stada dzieje się zwyczajnie zbyt dużo, aby można było to ignorować na ogólnokrajowej scenie politycznej. Zaskakujące jest to, jak kolejne katastrofy w życiu Mercy rozbijają się o media, po czym dziwnie cichną. To prawda, że ludzie w Tri-Cities ją rozpoznają, a magiczny świat dobrze kojarzy, kim jest i co zrobiła, ale wciąż jest… lekceważona. Moim zdaniem to ciągle nie ma odpowiedniego impaktu, jej życie zbyt szybko i zbyt łatwo wraca do normy, choć nie raz udowodniła, że może być groźnym przeciwnikiem pomimo swej kruchości i śmiertelności.

“Żar mrozu” jednak pozostawia nadzieję na zmiany. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autorka potrzebowała tego i poprzedniego tomu na przetasowanie kart i zmiany w układzie sił. Ta książka autentycznie mnie wciągnęła na długie godziny i czytając ją nie krzywiłam się na niedociągnięcia. Bo wreszcie zobaczyłam w tym jakiś cel. To dokądś jednak zmierza. Poza tym zwyczajnie czuję się związana emocjonalnie z bohaterką. Uwielbiam Mercy, odkąd w moje ręce trafił “Zew księżyca”, i choć ma swoje słabsze chwile, to nie potrafię się do niej zdystansować. Mam wrażenie, że parę razy autorka “ogłupiła” ja intencjonalnie, aby móc pchnąć fabułę w kilku miejscach do przodu. Ale ogólnie rzecz biorąc Mercy to taka normalna dziewczyna, pomimo tego, kim jest i co ją spotyka. Nie certoli się, nie użala nad sobą, a jeśli jest jakieś gówno do załatwienia, to ona to załatwi. I to nie jak jakaś totalnie badassowa heroina, ogniem i mieczem, tylko po swojemu. Nie zawsze wychodzi tak, jakby chciała, ale nie można odmówić jej skuteczności. I żaden nadęty macho-wilkołak nie wejdzie jej na głowę. Nie musi uciekać się do otwartych konfrontacji, Mercy dziś położy uszy po sobie, tylko po to, żeby jutro ugryźć oponenta w tyłek dwa razy mocniej.

Na koniec wspomnę jeszcze tylko o wydaniu, gdyż uwielbiam grafiki Dana Dos Santosa, które zdobią okładki całej serii. Są naprawdę piękne, a Fabryka Słów robi dobrą robotę, aby tego nie zepsuć. Poza tym na rok 2017 są zapowiedziane wznowienia pierwszych tomów, zatem kto nie ma, niechaj szykuje portfel, bo zwyczajnie warto. Nawet jeśli ponarzekałam na niektóre tomy, to naprawdę nie tak, że one są złe. Są gorsze w porównaniu do pierwszych z cyklu, ale jeśli zestawicie je z kilkoma podobnymi seriami, jestem całkiem pewna, że Mercy bez trudu się obroni. To urban fantasy na wysokim poziomie i obowiązkowy tytuł dla fanów gatunku.

Tytuł: Żar Mrozu (Frost Burned)
Cykl: Mercedes Thompson
Tom: 7
Autor: Patricia Briggs
Tłumaczenie: Marek Najter
Wydawca: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Data wydania: 9 listopada 2016
Oprawa: miękka
Wymiary: 125 x 195mm
Cena: 39,90 zł

 

About Kometa

W sieci znana też jako Koralina Jones. Redaktor naczelna Gavran.pl, główny administrator Forum Gavran ( http://forum.fan-dom.pl ), administruje także Thornem - oficjalną stroną Anety Jadowskiej ( http://anetajadowska.fan-dom.pl ). Współzałożycielka Grupy Fan-dom.pl . W wolnych chwilach recenzentka i blogerka.

View all posts by Kometa