Miroslav Žamboch “Wilk samotnik” – recenzja

„Wilk samotnik” to trzeci i, jak na razie, ostatni tom przygód wędrowca i zabijaki Koniasza. Tym razem nasz dzielny bohater, na zlecenie pewnego klanu czarodziejów, wyrusza na poszukiwania tajemniczych artefaktów sprzed wieków, tj. czasów, gdy magia w pełni władała światem, a za jej użycie nie groziła śmierć z rąk siepaczy Konwentu.

Jeśli pamiętacie, w świecie, w którym żyje Koniasz, po wojnie, jaka miała miejsce kilkaset lat temu, magia oraz wszyscy jej przedstawiciele z biegiem czasu skazani zostali na banicję, a wszelka wiedza na temat posługiwania się mocą została praktycznie zapomniana. Jednak wciąż istnieją osoby, które posiadają zdolności w tym zakresie i dadzą wiele, by móc je rozwinąć. Tacy są właśnie zleceniodawcy Koniasza, przedstawiciele Klanu Rumelkowego. Ale jeśli trudności z wykonaniem zleconego zdania – gdyż nie łatwo odnaleźć coś na bagnie – byłyby niedostateczną komplikacją fabuły, nasz główny bohater musi sobie jeszcze poradzić z ninja polującymi na jego własną osobę, Konwentem oraz parom innymi przeciwnościami losu. Błahostka, nieprawdaż?

Jak można by spodziewać się po przeczytaniu tego krótkiego opisu, „Wilk samotnik” powinien być książką wciągającą już od pierwszych stron, w której akcja płynie wartko, a Czytelnik nie ma szansy na nudę. Jednak, przynajmniej w moim przypadku, tak nie było. Może to efekt zmęczenia światem Koniasza, gdyż kolejne części czytałam w niewielkim odstępie czasu, lecz ten tom serii, który w nowym wydaniu liczy sobie osiemset dwadzieścia stron w moim odczuciu wypada najsłabiej. Jak miało to miejsce w przypadku poprzednich odsłon, większą część stanowią opisy czy to przemyśleń głównego bohatera, jego odczuć, planów, czy też otoczenia lub sytuacji, w jakich przyszło mu się odnaleźć, a takie ograniczenie liczby dialogów nie wpłynęło korzystnie na mój odbiór powieści. Lecz chyba największym zarzutem, prócz nienaturalności w możliwościach jego organizmu, jest przewidywalność. Znów mamy Koniasza podejmującego się trudnego zadania, tajemniczą kobietę i trupy gęsto ścielące się po okolicznych karczmach i zakamarkach. Zabrakło mi powiewu świeżości, czegoś, czym Žamboch by mnie jako odbiorcę zaskoczył. Ze smutkiem muszę przyznać, iż praktycznie przez trzy czwarte lektury powieść ciągnęła się niemiłosiernie. Niby coś się działo, bohaterowie się przemieszczali i przechodzili swoistą przemianę, jednak wszystko sprowadzało się do jednego – kolejnych zwłok spod miecza lub noży albo Koniasza albo ścigających go najemników. Dopiero kilkadziesiąt ostatnich stron ożywiło sytuację, sprawiając, że spotkanie z „Wilkiem samotnikiem” nie okazało się kompletnym rozczarowaniem.

Styl i język prezentują się na tym samym poziomie, co w częściach wcześniej omawianych, a sposób kreowania postaci nie ulega zmianie. Koniasz to nadal ten tajemniczy typ, o którym wiemy naprawdę niewiele, z każdej opresji wychodzący obronną ręką. Niebezpieczny i morderczy, a jednocześnie dobry i lojalny. Jak już wspominałam w poprzednich recenzjach, tak i w „Wilku samotniku” jego super siła i wytrzymałość były dla mnie elementem fabuły najmniej wiarygodnym. Jednak za przynajmniej jedno Koniasza trzeba pochwalić – mianowicie za jego umiłowanie do wiedzy oraz książek, ich zdobywania, poznawania i chronienia. Tak jak wcześniej, tę część również można przeczytać, nie znając treści poprzednich przygód tytułowego bohatera, gdyż prócz kilku drobnych wzmianek wiedza ta nie jest potrzebna. Autor na szczęście zadbał też o to, by właśnie w takim przypadku, kreując świat „Wilka samotnika”, nie zdradzać zbyt wiele z tego, co opisywane było w „Na ostrzy noża” lub „Krawędzi żelaza”.

Podsumowując, mogę stwierdzić, że moją ulubioną częścią serii o Koniaszu bezkonkurencyjnie pozostanie zestaw opowiadań „Krawędź żelaza”, jednak jeśli ktoś woli dłuższą historię z owym samotnikiem w roli głównej, również ten tom wart będzie uwagi i poświęconego czasu.

 

About WereWolf

Zły Wilk

View all posts by WereWolf