Na przekór przeznaczeniu – recenzja

Smok ubity, dziewice ocalone, rządy panoszącej się po kraju komisji ukrócone. Zdawać by się mogło, że Jego Wysokość król Szellar III powinien się teraz zrelaksować i oddać spokojnej rekonwalescencji. Problem w tym, że dał królewskie słowo honoru i teraz w trybie błyskawicznym musi znaleźć sobie żonę. Może i miałby jakąś kandydatkę na oku, ale czy ta go zachce? Sytuacji nie ułatwiają rzucane na prawo i lewo przepowiednie księcia Mafieja, a także pojawienie się Niebiańskich Jeźdźców w Kitaju. Czy władcy i jego przyjaciołom uda się uniknąć zgubnych skutków przeznaczenia?


Po zawierusze ze smokiem akcja trzeciego tomu „Kronik Dziwnego Królestwa” wyraźnie zwalnia, a autorka pozwala swoim bohaterom na wyraźne odprężenie, żeby nie powiedzieć rozprężenie. Wszechobecne dialogi pełne są nadmiernej frywolności i niewybrednych dowcipów dotyczących spraw łóżkowych poszczególnych bohaterów. I w zasadzie na tym opiera większość akcji, przynajmniej tak do połowy książki. Po wielkim balu, kiedy Szellar w końcu wybiera swoją przyszłą żonę, fabuła nareszcie nabiera nieco tempa, skupiając się oczywiście na królewskich randkach.

Zgrzyty z poprzednich tomów są widoczne także i w tym. Nadmiar dialogów przy zbyt małej ilości opisów nadal wywołuje w czytelniku poczucie zagubienia, a także brak możliwości określenia miejsca poszczególnych wydarzeń. Choć to się akurat nieco poprawiło i wspomnianych opisów zdarza się więcej. Nie zmieniło się jednak specyficzne rozłożenie ciężaru opowieści, gdzie problemy łóżkowe Szellara III zostały dogłębnie i wnikliwie omówione, a napad Niebiańskich Jeźdźców na Kitaj czy akcja odwetowa doborowego oddziału Paladynów już nie. Kolejnym problemem książki jest niemal bolesna przewidywalność. Oczywiście kim będzie wybranka Szellara, wiedziałam już podczas czytania poprzedniego tomu, a także prawdziwe tożsamości panów Diego i Karlssona nie stanowiły dla mnie wielkiej tajemnicy. Przez co „domyślność” władcy Ortanu nie robiła na mnie najmniejszego wrażenia.

Poza tym nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że z męskimi bohaterami tej serii jest coś nie tak. Są zbyt nierealni, nieprawdopodobni. Diego to kochanek zbyt idealny, a Szellar zachowuje się niczym perfekcyjna kopia Sherlocka, który wchłonął w siebie empatię Watsona. Jedynie piękny i do bólu szlachetny Elmar miał szansę na zyskanie wielowymiarowości przez walkę z alkoholizmem, ale w końcu wyszło, że to nic takiego. Nawet Karlsson jak na przywódcę partii jest tak cudownie dobroduszny. W każdym z nich bez trudu można byłoby się zakochać, w zależności od tego, czego by się od mężczyzny oczekiwało. Jednak szczyt „fikcji” moim zdaniem osiągnęła scena spięcia pomiędzy Diego a Szellarem. Nie wiem dlaczego, ale mam nieodparte wrażenie, że mężczyźni, zamiast bawić się w dwuznaczności i półsłówka, powiedzieliby jeden drugiemu, co o sobie myślą, dali sobie po pysku, napili się i zostali kumplami. Tak po prostu.

Jednakże najważniejszą zaletą tej książki, mimo wszelkich błędów, jest lekki i czytliwy styl pisania autorki, dzięki czemu przez kolejne strony prześlizgujemy się jak nóż przez przysłowiowe masło. Lektura „Na przekór przeznaczeniu” jest naprawdę łatwa i przyjemna, jeśli nie angażujemy w nią zbyt dużo myślenia, a tylko dajemy się ponieść chwili. Stanowi też doskonałą odtrutkę na powieści ciężkie i przepuszczające mózg przez wyżymaczkę. I naprawdę, dzięki tej zwykłej przyjemności z czytania, byłabym w stanie przymknąć oko na wszystkie negatywy, o których wcześniej wspomniałam, gdyby nie pewne zdarzenie opisane w książce.

Jedna z bohaterek, dość szeroko opisywana niewinna dziewica, zostaje uprowadzona przez napalonego pijanego elfa w celach wiadomych. I mimo że potem następuje wyjaśnienie, że jeśli przytomna nie wyrazi zgody, to z owym elfem do niczego nie dojdzie, ja osobiście straciłabym panowanie nad sobą. Dla mnie taka sytuacja dość niebezpiecznie ociera się o gwałt (bohaterka nie wyraziła chęci pójścia z elfem, straciła przytomności i została zabrana Bóg raczy wiedzieć gdzie) i nawet gdyby do stosunku nie doszło, skończyłoby się solidną awanturą. W książce skończyło się utratą cnoty i „znormalnieniem” bohaterki. Może jestem pruderyjna, ale dla mnie coś w tym miejscu jest bardzo nie tak.

Patrząc na „Na przekór przeznaczeniu” z dystansu, to jest to lekka, łatwa i przyjemna powiastka z ciekawą koncepcją świata, w której stopniowo ujawnia się romans fantasy z science-fiction. Jeśli czytelnik nie będzie zbyt wiele analizował, a pozwoli ponieść się historii, może czerpać z niej sporo nieskomplikowanej przyjemności. I gdy pozostanie nieczuły na „zgrzyty”. Zgrzyty, które czasami po prostu irytują.