Rybak znad Morza Wewnętrznego – recenzja

Wydawnictwo Prószyński i S-ka wciąż zachwyca czytelników, wydając solidne tomiszcza klasyków. Tym razem do kolekcji możemy dołączyć trzecią już odsłonę talentu niekwestionowanej królowej fantastyki – Ursuli K. LeGuin – dzięki której poznamy czterdzieści różnych opowieści, jeszcze bardziej przybliżających nam twórczość autorki. Fanów z pewnością ucieszy informacja, że wśród nich znajdują się też historie poszerzające wiedzę o Ekumenie znanej z „Sześciu światów Hain”, a także o dziejach „Ziemiomorza”. Jednak to nie wszystko.


W pięknej, twardej okładce dopasowanej stylem do poprzednich wydań, z przeszło tysiącem szytych stronic, zawarto cztery zbiory opowiadań: „Wszystkie strony świata”, „Cztery drogi ku przebaczeniu”, „Urodziny świata”, a także tytułowego „Rybaka znad Morza Wewnętrznego” oraz mikropowieść „Opowiadanie świata”. Każdy z nich w mniejszym lub większym stopniu opatrzony jest komentarzem samej autorki, co jak zawsze stanowi dobrą okazję do poznania inspiracji pisarki bez maturalnych wątpliwości w stylu „Co twórca miał na myśli?”.

I co napisać dalej? Cóż więcej napisać o klasyce klasyków? Utworach, na których wychowały się pokolenia fantastów? Co można dodać poza kilkoma wizualnymi faktami? Tysiącstronicowe tomiszcze genialnie wygląda na półce (szczególnie w towarzystwie poprzednich wydań), jednakże nieco nieporęcznie się czyta, a gęsta, drobna, choć niezaprzeczalnie urokliwa czcionka momentami męczy (głównie ze względu na wąską interlinię, zachowaną chyba tylko po to, by książka nie była jeszcze grubsza). Najbardziej cieszy wysoka jakość tego wydania, na którym, po jednokrotnym czytaniu i nieustannym targaniu w damskiej torebce, nie widać zbyt wielu śladów używania. Wróży to ni mniej, ni więcej jak długi żywot wspomnianego tomu.

Opowiadania w nim zawarte poruszają najrozmaitsze tematy, począwszy od zwykłych relacji międzyludzkich, przez fantastyczne przygody, na problemach społecznych skończywszy, co świadczy o wszechstronności odpowiedzialnej bez wątpienia za sukces pisarki. Jednakże większość z nich to „kosmiczne” opowieści, które można przypisać do świata (czy raczej wszechświata) Ekumeny. Jedna z części („Cztery drogi ku przebaczeniu”) zawiera historie opisujące wyłącznie dzieje dwóch planet – Werel i Yeowe – oraz relacje ich mieszkańców z wysłannikami Ekumeny, a także przemiany społeczne, jakie dokonały się w nich dzięki mobilom. W miarę zagłębiania się w kolejne opowieści czytelnik dostrzega, że mimo różnorodności motywów i światów, autorka chętnie wraca w nich do hainowskich korzeni, niczym do starych i jednocześnie bardzo wygodnych butów. Tym samym osoby zaczynające swoją przygodę z twórczością LeGuin od tego zbiorku mogą poczuć się nieco zagubione, szczególnie w trakcie czytania historii toczących się na planecie Gethen. Dlatego też osobiście polecałabym najpierw zapoznanie się z powieścią „Lewa ręka ciemności”, co znacznie ułatwi zrozumienie kwestii getheńczyków.

Mnie najbardziej podobała się pierwsza część zbiorku zawierająca opowieści z antologii „Wszystkie strony świata”. Przede wszystkim dlatego, że każde z opowiadań poprzedzał krótki komentarz samej autorki odnośnie genezy ich powstania, a ja zawsze przejawiałam niezdrową fascynację tym, co siedzi w głowach pisarzy. Kolejnym powodem jest różnorodność tematyczna i mała liczba, w stosunku do pozostałych części, opowieści o światach hainowskich. Nie żeby mi się nie podobały, ale po takiej ilości stron docenia się odmienność. I właśnie w tym podzbiorku znajduje się historia zatytułowana „Kwiecień w Paryżu”, która dała mi coś, czego od dłuższego czasu nie mogłam znaleźć w żadnej czytanej przeze mnie książce – ciepło i nadzieję.

Całość nie tylko świetnie prezentuje się na półce, szczególnie w towarzystwie pozostałych książek, ale i stanowi niesamowitą wartość czytelniczą, o kolekcjonerskiej już nie wspominając. „Rybak znad Morza Wewnętrznego” bez wątpienia zapewni każdemu miłośnikowi słowa pisanego rozrywkę na długie godziny. Stan zbyt szybko przeczytanej powieści i niedosytu z pewnością przy niej nie grozi. Bądź co bądź, tysiąca stron nie połyka się w jeden wieczór. Przynajmniej nie zawsze.