Grom i szkwał – recenzja

Po powrocie zza Martwicy Arthornowi nie jest dane wypocząć. Marzenia o wygodnym łóżku, winie i ramionach kobiety pozostaną niespełnione, bo oto w jego ukochanym królestwie dzieją się straszne rzeczy. Stary król umarł, królewna została porwana, a w Wondettel panoszą się zdrajcy i buntownicy. Drużynnikowi przyjdzie wyruszyć na kolejną misję niemożliwą, która tym razem podda próbie także jego lojalność sprawie. Tymczasem mędrzec Garhard stara się wszystko okiełznać, by ocalić choć cząstkę tego, czemu poświęcił całe swoje życie. Ale to nic, niewielki ułamek planu, jaki zamierza wcielić istota kryjąca się w mroku. Potęga kryjąca się za znakiem Nife jest dużo niebezpieczniejsza, niż można było się tego spodziewać.

Zaczęło się mocno, z przytupem od akcji zapowiadających jazdę bez trzymanki. Potyczka goniła potyczkę, a na drodze głównego bohatera co rusz wyrastały nowe trudności, jakby autor jeszcze bardziej chciał mu utrudnić wykonanie zadania. Ba, jedna z przeszkód przybrała formę nawet bardzo zgrabnego nawiązania do klasyki. Dużo płynniejszego niż miało to miejsce w poprzednim tomie. Potem jednak nastąpiło stopniowe wyhamowanie akcji i przygody Arthrona na chwilę przestały mnie interesować. I to był ten ciężki moment, który przywrócił mi w pamięci błędy poprzedniej części, a próby przebrnięcia przez kolejne strony wywołały mało przyjemne déjà vu. Na szczęście, mniej więcej za połową książki, znów zaczęło się dziać tak, że z trudem można było odłożyć powieść na później i tak już zostało mniej więcej do samego końca.

W „Gromie i szkwale” w końcu mogłam docenić subtelność humoru autora i myśli sarkazmem podszyte, które były niczym szelmowskie mrugnięcia do czytelnika nawet w trakcie poważnych wywodów. Mam tu na myśli chociażby opowieść o pierwszym spotkaniu Gwydona i Arthorna. Niby padła w trakcie doniosłego monologu wewnętrznego, ale czytając ją, nie mogłam się nie uśmiechnąć. Trzeba też zwrócić uwagę, że zarówno wspomniany przeze mnie dowcip, jak i nawiązania do klasyków (nie tylko literatury) wychodzą autorowi dużo subtelniej niż w debiucie autora. Bardziej od niechcenia niż wrzucone na siłę, a odkrycie jednego z nich wywołało u mnie uśmiech na resztę wieczoru, bo nigdy w życiu nie spodziewałam się znaleźć czegoś takiego w powieści. Miśki i jagody rządzą.

Do zalet powieści bez wątpienia należy jej odmienność, mimo czerpania pełnymi garściami z klasyków fantasy. Spotykając Dwargów, których każdy członek fandomu z miejsca zaczyna identyfikować z krasnoludami, nie można oprzeć się wrażeniu, iż bez względu na podobieństwa, są zupełnie inną rasą od swoich tolkienowskich czy d’n’dowych kuzynów. O powietrznych piratach-płanetnikach wierzących w Wielkiego Skrybę już nie wspomnę. Jest tak, jakby autor chwytał znane motywy i udowadniał im, że mogą zupełnie inaczej wyglądać. Przykładem może być tu chociażby sama postać Arthorna, który jako bohater obdarzony specyficznym mieczem i mający uratować królewnę, zamiast paplać o powinności i honorze, rozważa, ile z życia poświęcił dla Wondettel. I może się okazać, że nie mówimy tylko o czasie i okazjach do szczęścia, ponieważ królestwo w rękach antypatycznej Azure może okazać się bardzo niewdzięczne.

Co mi się osobiście bardzo podoba się w twórczości Łukawskiego, to fakt, że nie zapomina, iż za gatunek przewodni wybrał sobie właśnie fantasy. I w świecie, w którym żyją smoki, mamuny czy chodzą ożywione szkielety, autor może sobie pozwolić na stworzenie jednostki w typie Górskiego Ventusa. Zamiast tłumaczyć i racjonalizować rzeczywistość świata, który stworzył, nagina jego realia do własnych potrzeb, przypominając, jaką mocą włada pisarz-kreator. Bo jakby na to nie patrzeć, jest Wielkim Skrybą, który „ściska swoich bohaterów za jaja i każe im robić to, co mu spod pióra wyjdzie”.

W powieści wciąż przebrzmiewają błędy poprzedniego tomu, choć tym razem już nie tak rażące. Serce rośnie, gdy widzi się tak znaczącą poprawę w konstrukcji fabuły czy większą swobodę we wplataniu humoru nawet tego czarnego. Pomysłowość autora zachwyca, wywołując uśmiech aprobaty w trakcie czytania, nadzieję, że polskie fantasy zacznie się w końcu rozwijać i przemówi do swoich czytelników. I choć koniec drugiej części wywołał we mnie sporą ochotę wytargania Łukawskiemu uszu i zgodzenia się ze słowami Arka Olsona odnośnie Wielkiego Skryby, to jednak już wiem, że z przyjemnością sięgnę po kolejny. I z nadzieją, że pewnemu drużynnikowi wszystko się ułoży, bo zwyczajnie zasłużył.