Skrytobójca Błazna – Robin Hobb – recenzja

Skrytobójca Błazna Robin Hobb

Jestem ogromną fanką Robin Hobb – uwielbiam jej książki, każdą z nich pochłaniam w zastraszającym tempie, nie mogąc się doczekać poznania kolejnych rozdziałów. Szeroko moją miłość do jej twórczości opisałam we artykule Szlakiem skrytobójcy, czyli dlaczego warto czytać Hobb (bez spoilerów), i to właśnie do tego tekstu polecam zajrzeć osobom, które jeszcze nigdy nie sięgnęły po tę amerykańską autorkę. „Skrytobójca Błazna”, choć stanowi pierwszy tom nowej trylogii, jest również nierozerwalnie połączony z poprzednimi dwoma seriami. Tworzy wraz z nimi spójną opowieść o jednym człowieku, który widział i uczestniczył w niejednym przełomowym zdarzeniu z Królestwa Sześciu Księstw.

Nie da się ukryć, że nie potrafię być do końca obiektywna w przypadku twórczości Robin Hobb. Już dawno zakochałam się w jej książkach oraz świecie i bohaterach przez nią stworzonych i miłość ta trwa nadal nieprzerwanie. Darzę Bastarda ogromną sympatią i choć nieopisanie cieszę się, że mam przed sobą kolejną serię z jego udziałem, jestem również smutna. Przykro mi, że na jednego z moich najukochańszych bohaterów czekają kolejne trudności, a znając Robin Hobb, nie będzie to byle co. Jejku, przez tyle tomów wiele wycierpiał, że naprawdę zasłużył na odpoczynek, o którym tak marzył, z dala od polityki i monarszych kryzysów. W każdym razie możecie sobie chyba wyobrazić, jak sprzeczne są moje odczucia w tej kwestii. Jestem jak narkoman, który pożąda tylko kolejnej dawki, chociaż wie, że krzywdzi innych – i to, że w tym przypadku jest to tylko wymyślona postać, nie ma znaczenia. Niemniej: chcę więcej!

Niezależnie od mojego powyżej przedstawionego emocjonalnego rozdarcia nie mogę napisać nic innego: Robin Hobb to pisarski geniusz. Jest niesamowita. Kreuje żywych, pełnokrwistych, intrygujących, bogatych wewnętrznie bohaterów, prezentuje fascynujący, intrygujący, zmieniający się świat, obfitujący w pomysły i szczegóły. Tworzy zawiłą, wciągająca, ekscytującą fabułę, pełną zwrotów akcji, rewelacyjnych koncepcji – autorka nie waha się złamać serca bohaterom (i czytelnikom) i wystawić ich na ciężkie próby, które nie każdy przeżyje. Do tego opisuje to wszystko barwnym, plastycznym językiem, ukazując nam przed oczami drobiazgowe scenerie. Robi Hobb to dla mnie mistrzyni powieści fantastycznych. Zapewne nie muszę tego mówić tym, którzy już zapoznali się z jakimiś jej książkami. Warto jednak wspomnieć, o czym właściwie jest „Skrytobójca Błazna”.

(Uwaga: ten akapit tylko dla tych, którzy przeczytali „Przeznaczenie Błazna”). Od wydarzeń z zakończenia trylogii Złotoskóry minęło wiele lat – Bastard żyje sobie w spokoju, wraz ze swą ukochaną małżonką Sikorką oraz jej dziećmi, w Białym Gaju z dala od Koziej Twierdzy, w tym samym majątku, w którym po abdykacji osiadł jego ojciec. Nasz były skrytobójca stara się czerpać ze swojego nowego życia tyle szczęścia, ile tylko może. Dotychczas życie go nie rozpieszczało – nadal z bólem wspomina tych, którzy odeszli, w tym również mojego ukochanego wilka Ślepuna. Niestety (lub stety – o moich rozterkach mogliście przeczytać już wyżej) nowa seria wymaga nowych problemów – te już pukają do drzwi Bastarda, by naruszyć spokój jego domowego zacisza i ponownie postawić go na niebezpiecznej ścieżce. A wszystko zaczyna się o niewysłuchanego posłańca, po którym zostaje tylko ślad krwi w gabinecie.

Pewnie dla niektórych znaczące może być też to, że ta książka leczy, moi drodzy. Zmagałam się ostatnio z niemocą czytelniczą – powoli i z oporem pokonywałam kolejne strony następnych powieści. Miałam obawy, że podobnie będzie z najnowszą książką Hobb, jednak jak zwykle ujawniły się jej lecznicze właściwości. Bez żadnych problemów wciągnęłam ją błyskawicznie, pochłaniając rozdział po rozdziale z równą pasją i wyczekiwaniem.

Do tej pory rolę narratora pełnił Bastard – to on przedstawiał nam własne losy zaplątane w królewskie intrygi, pomniejsze spiski, małoznaczące kłótnie, kryzysy polityczne, miłosne i wychowawcze. „Skrytobójca Błazna” przynosi jednak nieco zmian. Pojawia się nam bowiem – na razie jedynie od czasu do czasu – nowy narrator. Nie zdradzę Wam, kto zacz, wiedzcie jednak, że nie ustępuje w niczym Bastardowi, a pozwala spojrzeć na inne aspekty tworzonego przez autorkę fabularnego otoczenia.

Gdybym miała porównać tę książkę do poprzednich powieści Hobb, to muszę wspomnieć, że w pewien sposób się od nich różni. Niektórzy, przyzwyczajeni do wysyłania Bastarda prosto w niebezpieczeństwo, mogą być nieco rozczarowani tym, jak w tym tomie autorka powoli ujawnia prawdziwy problem. Bawi się z bohaterami i czytelnikami w podchody i dość długo nie zdradza, o czym dokładnie będzie ta trylogia. Za to wiele czasu poświęca nowemu życiu Bastarda, co mnie akurat bardzo odpowiadało. Dużo się zmieniło od czasu poprzedniej książki, więc z wielką przyjemnością i fascynacją śledziłam nowe fakty.

Choć zaprezentowane wydarzenia nie są tak znaczące, akcja tak podniosła, szybka i ważna dla państwa, to i tak jest niesamowicie wciągająca. Przedstawiona fabuła dotyczy przede wszystkim bezpośrednio samego Bastarda – jego domu i rodziny – jednak nie można powiedzieć, żeby była nudna. Robin Hobb w każdą sytuację potrafi wpleść napięcie, emocjonalne rozterki czy problemy, a nawet spiski. Myślę, że byłaby w stanie w ten sposób opisać nawet schnięcie farby. W każdym razie nie nudziłam się nawet przez sekundę, autorka umiejętnie prowadzi akcję przez kolejne lata, prezentuje wydarzenia z odpowiednią szczegółowością, wplatając w to nici tajemnic, niepewności, strachu, szczęścia i nadziei, przez co nawet zwykłe zdarzenia jawią się jako niesamowicie wciągające. Tym bardziej dla kogoś takiego jak ja – żądnego kolejnych informacji o Bastardzie i o tym, z czym musi się teraz mierzyć. Nic Wam jednak nie zdradzę – sami musicie się przekonać, co przed nim stoi. Powiem jedynie, że sięgając po tę powieść, nie pomyślałabym, że autorka właśnie w ten sposób postanowi rozwinąć akcję swojej nowej serii.

Dobrze, a teraz skoro już pozachwycałam się o ogóle, czas ponarzekać o szczególe. Tak jak pisałam wyżej, podobało mi się, jak autorka zaplanowała i przedstawiła fabułę tego tomu – czytało mi się go rewelacyjnie. Mam tylko jedną uwagę, która z oporem przechodzi mi przez palce. Niestety odnoszę wrażenie, że w niektórych momentach pisarka zagrała nieco zbyt odważnie i śmiało jak na mój gust, zbyt frywolnie kształtując niektóre zdarzenia. Te niedociągnięcia zaczęły mnie uwierać dopiero pod koniec powieści, a i zdarzył się taki moment, że byłam tak zszokowana i zdumiona, że z niedowierzania musiałam odłożyć książkę na bok na parę ładnych godzin, aby nabrać pewnego dystansu do tego, co zaserwowała autorka. To akurat prawdopodobnie też można dodać do zalet – Robin Hobb potrafi wzbudzać silne emocje, przez co trudno przejść obok tych powieści obojętnie.

Niestety musiałam dodać trochę goryczy do tego tekstu, pełnego pochwał i zachwytu, jednak w żadnym razie nie wpływa to na moją opinię: po książki Hobb koniecznie trzeba sięgnąć. „Skrytobójca Błazna”, choć nieco inny od poprzednich powieści, nie odbiega od nich poziomem. Jest porywająco, interesująco, poznajemy nowych rewelacyjnych, niekiedy tajemniczych bohaterów, jak zawsze świetnie skrojonych. Więcej dowiadujemy się zarówno o starych postaciach, jak i samym świecie, a także dostajemy porządną dawkę informacji na temat sytuacji Królestw Sześciu Księstw. Bez najmniejszego wahania polecam Wam „Skrytobójcę Błazna”, jak i wszystkie poprzednie części, których listę możecie znaleźć w podlinkowanym na początku artykule.

Tytuł: Skrytobójca Błazna
Autor:    Robin Hobb
Tytuł oryginału:    Fool’s Assassin
ISBN:    978-83-7480-727-2
Tłumaczenie:    Agnieszka Kwiatkowska
Oprawa:    twarda
Ilość stron:    816
Rok wydania:    24 maja 2017
Cena detaliczna:    49,00

 

About Sophie

Z zawodu finansista, z pasji czytelnik. Redaktorka serwisu oraz moderator forum Gavran, okazjonalnie recenzentka.

View all posts by Sophie