Szamanka od umarlaków – Martyna Raduchowska – recenzja

Ze wznowieniami bywa różnie. Czasem czytelnika szlag jasny może trafić, kiedy z okazji np. wydania trzeciego tomu serii, wznawia się dwa pierwsze w innej szacie graficznej, dopasowanej do tego nowego. Ale nie da się ukryć, że takie publikacje drażnią wyłącznie nałogowych książkoholików. W większości przypadków bowiem wznowieniu/ponownemu wydaniu podlegają tytuły, które, po debiucie w niewielkim nakładzie, niemal zniknęły z rynku i stały się niemożliwe do kupienia. Jeśli znajdą się w jakiejś bibliotece, kolejka do ich wypożyczenia bywa dłuższa niż na dowolny zabieg finansowany przez NFZ. Wówczas zaistnienie drugiego wydania wydaje się, jeśli nie cudem, to przynajmniej sporym błogosławieństwem. Tak właśnie miałam z książką Szamanka od umarlaków Martyny Raduchowskiej, która dosłownie mignęła mi ponad pięć lat temu na półce w kieleckiej bibliotece. Mignęła, ponieważ był to pierwszy i ostatni raz, kiedy ją widziałam. Na szczęście w tym roku Uroboros postanowił działać.

Ida Brzezińska nie marzyła o niczym innym jak o zwykłym życiu jako studentka psychologii. Niestety została pobłogosławiona (czy też przeklęta) wiedzą o istnieniu nadprzyrodzonej strony świata. Jako jedyna córka pary najpotężniejszych polskich czarodziejów miała skończyć prestiżową szkołę magii, godnie reprezentować rodzinę, a potem jak najlepiej wyjść za mąż. Ale nie z Idą te numery. Od dzieciństwa nie przejawiała żadnego talentu do czarów, konsekwentnie podtrzymując obraz czarnej owcy. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jeden szkopuł. Ida widzi martwych ludzi. Podobnie jak jej ciotka okazała się być medium i to wbrew pozorom całkiem potężnym, do którego, niczym ćmy do światła, lgnęły wszystkie duchy z bliższej i dalszej okolicy. By zupełnie nie zwariować, ale tracąc przy tym resztki niezależności, musiała rozpocząć szkolenie, a to tylko początek jej kłopotów. Pech zwyczajnie zdaje się jej nie opuszczać.

Zaczęło się od ciętego języka, oślego uporu i zawziętego buntu przekonanej o własnej nieomylności osiemnastolatki, która z humorem i złośliwością postanowiła wkroczyć w dorosłe życie, ułożone według jej własnego planu. Oczywiście Ida, jak na postrzeloną nastolatkę przystało, nie widziała nic złego w ucieczce z domu. Dopiero otarcie się o szaleństwo i nie mniejszy upór ciotki, zmusiły ją do zainteresowania się swoim darem. Mimo to trudno jej nie polubić, chociażby za pragmatyzm i niesamowity dystans do siebie, o poczuciu humoru, którym obdarzyła ją autorka, nie wspominając. Z miejsca czułam, że może z niej wyrosnąć świetne medium, o ile jej postrzelenie i impulsywność wcześniej jej nie zabiją.

Bardzo przyjemnie czytało mi się o początkowych etapach szkolenia Idy, choć całość bardzo przypominała szamanizm Witkaca z popularnej serii książek autorstwa Anety Jadowskiej. Jednakże znając właściwy wiek Szamanki… zrzucam to karb kolejności czytania i moich ułomnych skojarzeń, a nie jakiegokolwiek naśladownictwa. Pewne zasady kontaktu z duchami widać muszą być dość uniwersalne. Ponadto niezwykle podobały mi się koncepcje lustrzanych portali i wyczulonych na duchy kotów, a także odruch Idy, by wszelkie problemy zapijać herbatką. Jak wiadomo herbata jest dobra na wszystko.

Cała powieść natomiast jest napisana z humorem i z polotem, który sprawia, że czyta się ją z niemałą przyjemnością, choć momentami czuć jej wiek. Współczesna studentka miałaby jednak więcej styczności z tabletami, Internetami i smartphonami, nawet jeśli sama ostentacyjnie by ich nie używała. Pomijając ten szczegół, postać Idy jest prawdziwa aż do bólu, głównie ze względu na durności, które popełnia. Moc czy talent nie zwalniają ją z bezmyślnych decyzji i głupot, ale czego oczekiwać od osiemnastolatki, która ze swoim darem oswaja się raptem od roku?

Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to zakończenie Szamanki… Rozumiem zabieg pozostawienia części wątków otwartych w ramach planów kontynuacji, ale nie zmniejsza to wrażenia ich urwania. I naprawdę nie trzeba mi było łopatologicznie tłumaczyć, jakie relacje będą łączyć Idę i Kruchego i to na cztery strony przed końcem powieści. Wystarczyła ich początkowa niechęć i jedno pociągłe spojrzenie tego drugiego, bym domyśliła się, co się święci.

Na sam koniec chciałabym wspomnieć o cudownej okładce drugiego wydania. Nieco mroczna i niepokojąca doskonale oddaje klimat problemów, z jakimi idzie się mierzyć głównej bohaterce. W porównaniu do grafiki sprzed lat, na którym prezentuje się nieco emowata nastolatka, wypada naprawdę dobrze.

Jeśli przymkniemy oko na drobne niedociągnięcia Szamanka od umarlaków Martyny Raduchowskiej to niesamowicie przyjemna, pełna ironicznego poczucia humoru powieść. A co najlepsze, mimo pozornej lekkości potrafi wzbudzić w czytelniku pewną dozę niepokoju. Idy nie sposób nie lubić, podobnie jak jej ciotki Tekli. Muszę przyznać, że zżyłam się z obiema paniami Brzezińskimi i z przyjemnością przeczytałabym kontynuację Szamanki… tym bardziej, że po takim zakończeniu autorka zwyczajnie nie ma innego wyjścia, jak dopisać resztę.