Marta Kisiel “Szaławiła” – recenzja

KisielO fakcie, iż jestem wielką fanką twórczości Marty Kisiel, wspomniałam już nieraz, więc nic dziwnego w tym, że gdy tylko na stronie wydawnictwa Uroboros pojawiła się zapowiedź „Szaławiły”, opowiadania osadzonego w świecie znanym z „Dożywocia”, wydobyło się z mego wnętrza głośne juuuupi.

Niestety, papierowe wydanie zostało stworzone jedynie na Polcon 2017,  a wszyscy ci (w tym ja), którzy nie mogli stawić się na konwencie, zmuszeni byli poczekać, aż do księgarń trafi wznowienie przygód Licha i ferajny, wzbogacone o wspomnianą historię lub uzbroić się w jeszcze więcej cierpliwości i zdecydować się na wersję elektroniczną.

Oda Kręciszewska właśnie kupiła różowe glany, by odreagować traumatyczne przeżycia związane z pogrzebem matki. A zgromadzone przez lata oszczędności i część spadku wydała na zakup domku. Oraz działki, na której to kiedyś stała pewna willa z wieżyczką. Coś podświadomie przezywało ją do tego miejsca, a kobieta zapragnęła po raz pierwszy w życiu znaleźć swoje miejsce na Ziemi. Do tej pory bowiem prowadziła żywot raczej tułaczy, wędrując po świecie i, jako lekarz, pomagając tym, którzy tego potrzebowali. Stąd też jej rodzinne przezwisko – Szaławiła. I kto by odgadł, że przeprowadzka w odludne miejsce wywróci egzystencje Ody o 180 stopni, a za nadanym przez najbliższych przydomkiem kryje się więcej, niż wszyscy myśleli?

„Szaławiła” to lekko ponad sześćdziesięciostronicowe opowiadanie, w którym Marta Kisiel, jak ma to już w zwyczaju, zawarła zestaw interesujących postaci, do których Czytelnik od pierwszej chwili czuje sympatię. Zwłaszcza do głównej bohaterki, nawet jeśli pod pewnymi względami jej zachowanie może wydawać się kontrowersyjne. Oda to mocno stąpająca po świecie kobieta, świadoma czego chce i czego nie chce od życia. Ciężko byłoby ją nazwać delikatną mimozą, to raczej ten typ kobiety, co „żadnej pracy się nie boi”. Jest też bardzo opiekuńcza względem osób, które kocha oraz tych wybranych na własną rodzinę. W końcu nie zawsze są to ludzie połączeni z nami więzami krwi, prawda?

Jeśli chodzi zaś o krew, tej w treści opowiadania raczej nie znajdziecie, ale wcale nie oznacza to, iż jest nudno. Nie zabrakło odwiecznej walki dobra ze złem czy też odkrywania tajemnic własnego pochodzenia. Oczywiście do zestawu dołączają, wprost z piwnicznych czeluści, pewne nadprzyrodzone siły. Gdyby tego było Wam mało, muszę wspomnieć jeszcze o istocie ze słowiańskich wierzeń, która trochę namiesza w życiu głównej bohaterki. I na pewno jest wesoło, gdyż wszyscy ci, chociażby w niewielkim stopniu znający twórczość szacownej Ałtorki*, doskonale wiedzą, jak sprawnie operuje ona humorem oraz równie lekkim i przystępnym stylem.

Mimo że „Szaławiła” osadzona jest w świecie znanym już z „Dożywocia” czy „Siły niższej”, Konrad i Licho pojawiają się tu jedynie na chwilę w małej, nazwijmy to epizodycznej, rólce. Cała reszta historii kręci się wokół zupełnie nowych bohaterów i, powiem szczerze, bardzo chętnie przeczytałabym coś więcej z nimi w roli głównej niż tylko krótkie opowiadanie. Zdecydowanie za krótkie.

„Szaławiła” to historia zgrabnie wpasowująca się w uniwersum „Dożywocia”, która rozpala apetyt na więcej i więcej dzieł sygnowanych nazwiskiem Marty Kisiel. Ja już nie mogę doczekać się tego, co Ałtorka pokaże nam w bliżej i dalszej przyszłości. Alleluja.

* – pisownia zamierzona

 

About WereWolf

Zły Wilk

View all posts by WereWolf