Okiem redaktorów: najlepsze książki 2017

Każdy z nas napotyka na różnorodne książki – jedne zaskakują pozytywnie, inne niekoniecznie, a o jeszcze innych od razu wiemy, że nas zachwycą. Jak co roku redaktorzy Gavrana nie mogli się powstrzymać od czytelniczego podsumowania minionych miesięcy. Stworzyliśmy wspólnie dwa zestawienia – jedno, w którym podzielimy się z Wami powieściami, które wywarły na nich piorunujące wrażenie; oraz drugie, wymieniające tytuły, których lektura nie była dla nas łatwa i prosta.

Wczoraj wytypowaliśmy tytuły, które nas rozczarowały. Dziś nadszedł czas na pozytywniejszą stronę podsumowania, czyli najlepsze książki minionych miesięcy. Zapraszamy do zapoznania się z zestawieniem największych czytelniczych objawień, z jakimi spotkali się nasi redaktorzy w ostatnich dwunastu miesiącach.

WEREWOLF

Skoro tę łatwiejszą część zestawienia mamy już za sobą, pora przejść do tej, która, wbrew pozorom, nastręcza więcej trudności. Bo jak spośród tylu wybrać tę jedną? Dlatego też pozwolę sobie nagiąć nieco reguły i książek będzie więcej. Mam nadzieję, iż nie będziecie mieć mi za złe.

Co prawda moim numerem jeden wśród najlepszych powieści 2017 roku jest wznowie (nie ostatnie na tej liście), ale wzbogacone o dodatek w postaci opowiadania, które jednocześnie okazało się być zapowiedzią mającej ukazać się już w przyszłym roku pełnowymiarowej powieści. Oczywiście mowa tu o „Dożywociu” i „Szaławile” pióra Marty Kisiel. Moja miłość do Ałtorki jest już tu chyba dobrze znana, więc nikogo nie mogło zdziwić, iż właśnie ta pozycja wygra w rankingu. Sympatyczni i niesztampowi bohaterowie, dużo doza humoru, ale również życiowych mądrości podanych w bardzo strawny sposób są tym, co wyróżnia twórczość Marty Kisiel, oraz tym, czym podbiła moje serce. Ałtorka udowadnia, że nie potrzeba stosu trupów, a wystarczy (nie)zwykły anioł i jeszcze bardziej zakręcona gromadka, by uwieść Czytelnika. Cokolwiek Marta Kisiel napisze – biorę w ciemno.

Ale, żeby ktoś nie pomyślał, iż mam coś przeciwko trupom i bardziej gorącym momentom, spieszę donieść, że na mojej liście „The Best of 2017” znajduje się również „Akuszer bogów” autorstwa Anety Jadowskiej. Przygody Nikity zyskały sobie moją sympatię, co nie do końca miało miejsce w przypadku Dory Wilk. Tu nie ma tyle słodyczy, za którą w książkach niekoniecznie przepadam, za to jest wartka akcja i intrygujący bohaterowie, dzięki czemu powieść doskonale spełnia się w roli rozrywkowego uzupełnienia wieczoru. Wbrew temu, co napisane wyżej, lubię też bijatyki, zmiennokształtnych i zabawy z mitologią. Byle wszystko stanowiło sensowną całość.

Twórczość Andrzeja Pilipiuka w mojej ocenie wypada różnie – są historie, za które cenię autora oraz takie, jakich nie byłam w stanie nawet doczytać do końca. Jednak rok 2017 to zestaw kolejnych przygód Roberta Storma i doktora Pawła Skórzewskiego, czyli to, co w dorobku Wielkiego Grafomana cenię. Historyczne zagadki na granicy prawdy i fikcji pozwalają Czytelnikowi wyruszyć w niejedną pełną przygód i niebezpieczeństw podróż. Zawsze z chęcią zasiadam do lektury antologii, w których pojawiają się ci dwaj bohaterowie i również tym razem Pilipiuk mnie nie rozczarował, rozbudzając wyobraźnię i rozważania z cyklu „czy to mogłoby zdarzyć się naprawdę?”.

Chociaż wydawnictwo Papierowy Księżyc już nieraz wystawiło cierpliwość Czytelników na ciężką próbę i chyba tradycją stało się przekładanie dat premier, to mimo wszystko pozostanę wierną fanką prezentowanych przez nich pozycji. Zwłaszcza że na polskim rynku to oni wiodą prym w rosyjskim fantasy, którego jestem wielbicielką. Dlatego też nie mogłam nie wspomnieć o „Ciężko być najmłodszym”, pierwszym tomie trylogii (oby kolejne pojawiły się szybciej niż później), stworzonym przez duet Ksenia Basztowa i Wiktorii Iwanowej. Bogata w humor, sympatyczne postacie i wiele przygód powieść stanowi znakomitą rozrywkę na ponure wieczory. Ma tylko jedną wadę – kończy się zbyt szybko.

POWIAŁO CHŁODEM

Wybór najlepszych i najgorszych książek danego roku nie zawsze przeprowadza się łatwo i przyjemnie. W przypadku tytułów, jakie ewidentnie przypadły mi do gustu, trudno wyłowić mi tę jedną pozycję, która byłaby “The best of all”. Innymi słowy zbyt wiele książek mi się podobało, by zdecydować się tylko na jedną. Niezwykle przypadła mi do gustu “Królewska Talia” Marcina Mortki, bo brakowało mi zwykłego fantasy z tylko trochę naiwnym głównym bohaterem. Do tego dostałam świetnie opisaną porcję humoru i przygody – nie za ciężką, acz przyjemnie wciągającą, zapowiadającą naprawdę zacną serię. Trudno mi też nie wspomnieć o książce “Wars i Sawa” Adama Podlewskiego, która mimo nieco kulejącej redakcji, zdobyła mnie niecodziennym poczuciem humoru autora, nietuzinkowością przygód i swoistą miłością do Warszawy. Pochłaniając kolejne przygody dwójki detektywów, czułam się wniebowzięta dzięki niedorzecznościom i tymi mrugnięciami do czytelników, mówiącymi, że tu nic nie dzieje się na poważnie. Ale też czytałam ją w takim okresie, kiedy tego typu odskocznia była dla mnie jak najbardziej pożądana. A skoro już o humorze mowa, to grzechem byłoby nie wspomnieć o “Sile niższej” Marty Kisiel, która co prawda została wydana w zeszłym roku, ale dopiero w tym doczekała się mojej uwagi. Jeśli miarą wielkości książki byłoby tylko to, jaki wpływ wywiera na czytelnika, to ta pozycja byłaby tą najzacniejszą. Trudno opisać ten zastrzyk pozytywnej energii, jaki wyzwala w człowieku czytanie tych prześmiewczych, poetycko-sarkastycznych opisów i dialogów. Niemal niemożliwym jest też oddanie w zwykłej recenzji tego, jak bardzo lektura ta podnosi na duchu i daje nadzieję. Niech więc za opinię wystarczy fakt, że w ciągu raptem paru tygodni, przeczytałam ją dwa razy. A co!

PASZCZAK

Rok 2017 był dla mnie wyjątkowo łaskawy, ponieważ obyło się bez większych kryzysów czytelniczych i mogłem praktycznie pochłaniać jedną książkę za drugą. Dzięki czemu poznałem pokaźną ilość intrygujących, zabawnych, a przede wszystkim wciągających historii – w tym kilku napisanych przez moich ulubionych autorów. Przechodząc do rzeczy, najbardziej zaskakującym tytułem, który zawładnął moją wyobraźnią jest Miasto schodów” Roberta Jacksona Bennetta. Ta książka opowiada o martwych bogach, tajemnicach miasta Bułykowa i ogromnym spisku, mogącym wywrócić do góry nogami życia wszystkich mieszkańców Kontynentu oraz Sajpuru. Uwielbiam tę opowieść nie tylko za rewelacyjny pomysł, ale również za świetnie skonstruowaną historię, która z każdą kolejną stroną wciąga coraz bardziej, niczym ruchome piaski nieostrożnego podróżnika. Wśród atutów tej powieści należy wymienić także ciekawe opisy oraz dwójkę nietuzinkowych bohaterów.

Drugim tytułem, na który chcę zwrócić Waszą uwagę, jest „Szamańskie tango” Anety Jadowskiej. Początkowo ten wybór był trudny, bo pomimo tego, że seria Nikity również bardzo mi się podoba, to jakoś bardziej przemawia do mnie skryty Witkacy ze swoim pokręconym światem duchów. Drugi tom przygód Piotra Duszyńskiego to pełna różnorakich emocji ostra jazda bez trzymanki między życiem a śmiercią. W tej historii śledzi się głównego bohatera, próbującego pogodzić pochłaniającą masę czasu pracę w policji – którą ciągle utrudniają wyjątkowo czepialscy przełożeni – z wychowaniem córki, a właściwie próby bycia wzorcowym ojcem dla nastoletniej dziewczyny, oraz poskramianiem zgraj wrogo nastawionych do żywych ludzi duchów. Aneta Jadowska w tej powieści po raz kolejny pokazuje, że potrafi rewelacyjnie snuć opowieść z wyjątkowo urzekającymi postaciami.

Ostatnią książką w tej części mojego zestawienia są „Stalowe Szczury. Błoto” Michała Gołkowskiego. Muszę przyznać, że jest to wyjątkowy tytuł, co prawda fantastyki w nim wiele nie ma, ale za to bardzo realistycznie prezentuje koszmar pierwszej wojny światowej. Już od samego początku, towarzysząc dowodzącemu kompanią karną kapralowi Reinhardtowi i jego podwładnym, można poczuć, jak to jest, gdy szarżuje się na wroga z bronią w ręku, a kule przelatują parę centymetrów nad głowami, bądź kiedy biegnący obok towarzysze padają bez życia po trafieniu granatem. Można w pewien sposób doświadczyć godzinnego przesiadywania w wilgotnych, zabłoconych okopach. Autor w rewelacyjny sposób przybliża w tej książce to, czego nikt nie chce zakosztować – czyli horror wojny.

SOPHIE

Był to dla mnie intensywny rok i niestety przeczytałam mniej książek, niż na to liczyłam, i mniej, niż zwykle mi się udawało. Na szczęście jednak znalazło się wśród nich wiele świetnych pozycji.

Z całą pewnością do czołówki zestawienia powinny trafić książki Anne Bishop. W tym roku przeczytałam aż dwie jej autorstwa – „Naznaczoną” oraz „Zapisane w kartach” – dwa ostatnie tomy cyklu „Inni”. Uwielbiam świat tworzony przez Bishop. Jej bohaterów, pomysły. Sposób, w jaki na niektóre rzeczy patrzy zupełnie inaczej, niż to ogólnie przyjęte. Z czytaniem zakończenia tej historii całkiem długo zwlekałam – nie chciałam, by to wszystko już się skończyło. Paradoksalnie, to chyba jest najlepsza rekomendacja, jaką można dać powieści.

Na liście najlepszych nie może zabraknąć książek jednej z moich ulubionych autorek, Ilony Andrews. Nie zostały one w Polsce jeszcze wydane, więc zapewne nie powinnam ich tu wspominać, ale stwierdziłam, że zawsze dobrze wiedzieć, na co warto zwrócić uwagę, gdyby jednak ta seria ukazała się w naszym kraju. Mowa tutaj o cyklu „Hidden Legacy”. Okładki są paskudne, jedne z najgorszych, jakie widziałam. Na szczęście zawartość jest już zdecydowanie lepsza – ciekawa, wciągająca. Jeśli czytaliście serię o Kate Daniels, możecie wiedzieć, czego się spodziewać po Nevadzie. ;)

Nie mogę tu pominąć również „Skrytobójcy błazna”. Robin Hobb od jakiegoś czasu należy do moich ulubionych autorek, o czym zresztą pisałam we wpisie „dlaczego warto czytać Hobb”. Autorka zręcznie plecie fabułę, nie szczędząc zwrotów akcji, w tym tych, które trudno czytelnikowi zaakceptować. Niekiedy trochę jak George Martin, ale na o wiele mniejszą skalę. Kolejne rozdziały zawsze pochłaniam błyskawicznie, nie mogąc się doczekać, aby odkryć, co też autorka przyszykowała na kolejnych kartach książki.

Na listę najlepszych chętnie wciągnę również książkę „Dożywocie” Marty Kisiel, o której wspomniała już wyżej WereWolf. Ten tytuł to wręcz kopalnia świetnego humoru, wspomaganego przez lekkie pióro autorki, wymyślającej niekiedy naprawdę absurdalne rozwiązania, bawiąc czytelnika do upadłego. W dodatku opowieść o dożywotnikach jest również niesamowicie urocza.

ILIR

W tym roku w mojej bibliotece było niezwykle ubogo. Jednak udało mi się zrealizować jedno z ubiegłorocznych postanowień: przeczytać wszystkie (lub większość) powieści Neila Gaimana. I to było coś! Wcześniej – poza filmem „Gwiezdny pył”, opartym na jednej z jego historii – nie miałem styczności z twórczością pisarza, a okazał się dla mnie wielkim odkryciem.

Urozmaicając sobie podróż do pracy, zacząłem od książki „Nigdziebądź” (chociaż bardziej podoba mi się angielski tytuł: Neverwhere). Książka spodobała mi się przez sposób, w jaki został przedstawiony Londyn. Nie była to wizja zamglonej, ulewnej metropolii, a raczej miejsca, gdzie za każdym rogiem i w każdym zakamarku, a także pod ulicami działo się dużo więcej niż w zwykłym Londynie. Kiedy doszła do tego akcja, pozostawiająca lekki niedosyt, stwierdziłem, że doskonale rozpocząłem przygodę z tym autorem. Zżyłem się również z głównym bohaterem i bardzo się cieszyłem, że podjął taką, a nie inną decyzję. Potem już zawsze jadąc metrem, rozglądam się wokół siebie. ;-)

Następnie sięgnąłem po „Dobry omen”. Książka ta jest dość swobodnym podejściem Gaimana i Pratchetta do wizji końca świata. W tym przypadku wszystko jest na opak. Wydawałoby się, że idealny plan osób odpowiadających za biblijny koniec świata jest… idealny, ale jak to w życiu bywa, nie wszystko idzie po naszej myśli. W książce spodobała mi się lekka atmosfera i czarny, wisielczy humor. W nietuzinkowy sposób przedstawiony zostaje nam antychryst, który okazuje się bardzo miłym i rezolutnym chłopcem, więc szybko zyskuje sympatię Czytelnika. Duet obu pisarzy wyszedł książce na dobre.

Chciałbym powiedzieć coś jeszcze o „Chłopakach Anansiego”, którzy okazali się dobrym przerywnikiem przed „Amerykańskimi bogami”, oraz o „Oceanie na końcu drogi”, który niezmiernie mnie urzekł. Książce towarzyszy dość ponury klimat, przerywany weselszymi momentami. Uważam jednak, że taki był zamysł autora. Historia opowiada o chłopcu, który powraca w rodzinne strony i po raz kolejny musi stoczyć walkę ze swoimi demonami z dzieciństwa. Jest to walka niezwykle trudna, ale i emocjonalna. Książkę uważam za genialną!

Wspomniałem wcześniej „Amerykańskich bogów”. Jest to oczywiście majstersztyk! Tak dobrej książki jeszcze wcześniej nie czytałem. Sposób, w jaki został przedstawiony obraz Ameryki, całkowicie do mnie przemawia. Oprócz tego pojawia się jeszcze wiele innych wątków, które są warte wspomnienia, ale nie ma teraz na nie miejsca.

Na koniec tego roku zostawiłem sobie „Gwiezdny pył”, który okazał się ciut lepszy od filmu.

BLAIR

W ubiegłym roku tak się złożyło, że nie mogłam przedstawić swoich typów najlepszych/ najgorszych przeczytanych książek, tym bardziej cieszę się na tegoroczne! 2017 był dla mnie rokiem bogatym w ciekawe, zaskakujące i godne polecenia tytuły. Zaczynając od ostatnio wydanej “Wieży” Daniela O”Malleya, czyli powieści nietuzinkowej, bawiącej się wieloma motywami i znanymi z innych książek zagraniami, a przy tym niesamowicie odświeżającej i wciągającej. Dość powiedzieć, że główna bohaterka jest pracownikiem administracyjnym na wysokim szczeblu, przez co nikt w organizacji nawet nie próbuje z nią zadzierać. Dodajmy do tego paranormalne umiejętności, które spędzają sen z powiek jej wrogów, a w prezencie dostaniecie charakterną, inteligentną protagonistkę.

Poza tym oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć o dwóch częściach trylogii Ilony Andrews, opowiadających o przygodach Nevady Baylor. Na kontynuację urban fantasy, spod znaku mojej ulubionej autorki, czekałam dwa lata i, chociaż pewnie jeszcze rok temu nie potrafiłabym tego przyznać, muszę powiedzieć, że absolutnie warto było czekać! Przyznam Wam się skrycie, że “White Hot” i “Wildfire” od lipca zdążyłam przeczytać ponownie jeszcze dwa razy, a ich fabuła ani odrobinę mnie nie nudzi. Koniecznie potrzebuję więcej książek Andrews do życia!

Kiedy mowa o urban fantasy, powinnam wspomnieć o odkrytym przeze mnie w tym roku cyklu pióra utalentowanej pisarki, Seanan McGuire. Jej seria o October Daye, pół człowieku, pół fae, który próbuje sobie poradzić z życiem w obydwu rzeczywistościach, prowadząc także biuro detektywistyczne, zawładnęła moim sercem i na stałe wpisała się na listę pięciu ulubionych serii urban fantasy. Nowo wydana w tym roku, jedenasta część przygód Toby, “The Brightest Fell”, zapewniła mi mnóstwo dobrej zabawy i wciągającej przygody, a także – w końcu! – wyjaśniła kilka kwestii w sprawie od dawna ciągnących się wątków. Przed czytelnikami wciąż premiera dwóch ostatnich części serii. Czekam z niecierpliwością!

Gdybym jednak miała możliwość wybrania jedynie pojedynczej książki, którą miałabym okrzyknąć mianem najlepszej powieści, przeczytanej w 2017 roku, zdecydowanie byłaby to “Nibynoc” Jaya Kristoffa. Można powiedzieć, że jest to kontrowersyjny wybór, bo tę historię albo z miejsca się kocha, albo nie. Znam mnóstwo czytelników o guście podobnym do mojego, którzy oświadczyli, że wciąż bardzo mnie lubią, ale tej akurat poleconej przeze mnie powieści nie zamierzają przeczytać do końca. Jeśli jednak chodzi o mnie… Już po pierwszych kilku rozdziałach potrafiłam stwierdzić, że będzie to jedna z perełek na moim regale. I tak się stało. Zakochałam się w specyficznym sposobie prowadzenia narracji, zakochałam się w kwiecistym stylu pisania autora. Zakochałam się w krwi, mroku i realistycznych scenach śmierci. Zakochałam się w cieniach, Panu Życzliwym i Mii, głównej bohaterce książki. To jest pozycja, z którą absolutnie powinniście się zmierzyć!

A jak Wam czytelniczo minął ten rok? Co moglibyście polecić?