Bramy Światłości cz.2 – Maja Lidia Kossakowska – recenzja

Uwielbiam różnego rodzaju mitologie. Im bardziej egzotyczne, rzadziej opisywane i mniej wykorzystywane przez twórców, tym lepiej. Są one nie tyle kopalnią wiedzy o ludziach, ale i źródłem niewyczerpanej inspiracji, szczególnie dla kogoś rozmiłowanego w fantastyce jak ja na przykład. Tyle, że jest to wiedza mniej lub bardziej trudna do zdobycia, dlatego zawsze cieszy mnie, kiedy pisarze inspirują się wierzeniami niemal zapomnianych nacji. Czytając pierwszy tom Bram Światłości Mai Lidii Kossakowskiej, zachłysnęłam się mitologią hinduską, indyjską i całą tą egzotyczną otoczką, jaka towarzyszyła wyprawie Seredy i Daimona. Stąd też z niecierpliwością czekałam na to, czym uraczy mnie autorka w drugim tomie. I doczekałam się, ale chyba nie tego się spodziewałam.

Po ciężkiej przeprawie przez Wodospad Dusz ekspedycję nie czeka nawet chwila wytchnienia. Teraz muszą płynąć rzeką, która przepływa przez terytoria niebezpiecznych bóstw wyrzekających się Światłości. Jakby tego było mało, nienawiść i zazdrość Matariśwana prowadzi do sabotażu, przez który Daimon zostaje oddzielony od swoich towarzyszy. Anioł Zagłady musi sobie poradzić w nieprzebytej tropikalnej dżungli, gdzie każdy niewłaściwy krok może skończyć się, jeśli nie śmiercią, to przynajmniej poważnymi obrażeniami. W tym samym czasie misja Razjela zaczyna wisieć na włosku, a to ze względu na zainteresowanie Nergala – szefa Kongregacji Kary, Kaźni i Wiecznej Miłości (czyli bezpieki w głębiańskim wydaniu). Anioł może mieć poważne problemy, jeśli Asmodeusz nie pospieszy się z odnalezieniem Lucyfera. Wojna domowa w Otchłani nie byłaby nikomu na rękę. Może Zgniły Chłopiec bardziej popędzałby swoją ekipę, gdyby wiedział, w jakie kłopoty wpakował się Lampka.

Ogólnie chciałam stwierdzić, że Daimon ma przechlapane. Patrząc po ilości przeciwności, z jakimi przyszło mu się mierzyć, mam wrażenie, że wolałby kolejną potyczkę z Antykreatorem niż uczestnictwo w tej wyprawie. Autorka nie daje mu chwili wytchnienia, nie licząc kilku dni spędzonych u boku Sinaa – jagurołaka, pana dżungli i chyba jedynego mieszkańca tej krainy, który nie wyrzekł się Światłości. Tak słabego Abbadona jeszcze nie widzieliśmy. Ilość otrzymanych ran i brak jakiegokolwiek czasu na regenerację sprawiają, że walczy niczym cień samego siebie. I muszę przyznać, że momentami czułam się tak samo przeczołgana jak Daimon. Jedna walka, druga, trzecia, porwanie, krwiożerczy bogowie… Od tej karuzeli emocji aż kręciło mi się w głowie. Przerwa następowała jedynie w momencie, kiedy akcja porzucała wyprawę Seredy, przenosząc się do Królestwa. Bo im bliżej było do Hajot Hakados, tym więcej intryg się pojawiało, aczkolwiek póki co nieznacznie tylko zaznaczonych.

Trudno powiedzieć coś bardziej konkretnego o drugim tomie Bram Światłości, ponieważ dość mocno czuć, że jest to część bardzo przejściowa. Do upragnionego celu wyprawy jeszcze daleka droga, ale trzeba czymś zająć czytelnika, więc rzuca się bohaterom kłody pod nogi. Patrząc na główną linię fabularną, akcja w zasadzie nie posuwa się do przodu. Ciężko nawet stwierdzić, jak długi odcinek trasy pokonała ekspedycja, skoro głównie biegamy z Abbadonem po dżungli. Trochę inaczej sytuacja ma się z wątkami pobocznymi, które choć minimalnie, ale jednak zostały pchnięte do przodu. Także mimo iż w książce działo się dużo, miałam wrażenie, że nie działo się nic, podobnie jak było w drugiej części filmowego Hobbita. Zagęszczenie akcji nie wiąże się z intensywnością wrażeń stricte fabularnych.

Nie mogłam też oprzeć się wrażeniu, że Anioły, przeważnie te na wysokich stanowiskach Królestwa, zdziecinniały. Abbadona niezmiennie dołuje to, że stał za zagładą tysięcy niewinnych światów. Lucyfer rozpamiętuje swój bunt i uparcie pragnie wytłumaczyć się przed Światłością. Razjela dopada mania prześladowcza i głębiańska melancholia, przez co taki z niego tajny agent, jak z koziego zadka trąba. Gabriel popada w coraz większe szaleństwo, przez co podejmuje decyzje, które mogą zagrozić misji Razjela. Sereda zadurza się w Daimonie, przez co jest głucha i ślepa na problemy ekspedycji. Zdawałoby się, że Świetliści z takim doświadczeniem powinni być bardziej stabilni, ale w zaskakujący sposób przypominają dzieci porzucone przez rodzica. Czy są przez to ciekawsi? Bardziej ludzcy? Pewnie tak, ale irytujący także. Uwidacznia się to tym bardziej, że jedynymi “dorosłymi” zdają się być Piołun – boska bestia – i Algivius – ludzki mag, którego Asmodeusz zwerbował do poszukiwań Księcia Piekieł. Swoją drogą moje dwie ulubione postaci w tej serii. Smutne jest to, że prawdziwa wielkość Skrzydlatych ujawnia się dopiero w walce.

Tym, co naprawdę trzymało mnie przy lekturze tego tomu, było cudowne przedstawienie kultur Majów, Inków i Azteków, które oprócz makabrycznych obrzędów i wierzeń, cechowały się niezwykłym kunsztem architektonicznym czy zdobniczym. Opisy pałacu, więzienia, pomniejszych bóstw czy przygotowywań do złożenia ofiary były niezwykle szczegółowe i pochłaniały mnie bez reszty. Uświadomiło mi to także, iż kultura ta to nie tylko krew, makabra i groteska, ale też bezpowrotnie utracone piękno. Żaden z europejskich pałaców nie mógłby się równać z piramidą Tezcatlipoca pod względem kunsztu i przepychu, gdyby tylko istniała naprawdę. W takich chwilach opowieści o Eldorado wydają się niemal boleśnie prawdziwe. Z fascynacją godną lepszej sprawy sprawdzałam też swoją wiedzę dotyczącą mitologii wcześniej wspomnianych przeze mnie kultur i z dumą odkrywałam, że pokrywa się ona z tym, co napisała pani Kossakowska. Co nie oznacza, że nie dowiedziałam się całego mnóstwa nowych rzeczy. Podobnie jak w przypadku pierwszego tomu, słowniczek na końcu książki stał się dla mnie najkochańszą jej częścią. Z czysto badawczego punktu widzenia, po raz pierwszy odczułam ból z powodu braku bibliografii. Pomysł durny w przypadku fikcji literackiej, ale co poradzić, że chciałabym więcej.

Niestety muszę przyznać, że drugi tom Bram Światłości jest częścią po prostu średnią. Nie zmieni tego ani kunszt pisarski autorki, bo powieść czytało się tak dobrze, jak to tylko możliwe, ani morze krwi przelanej przez Daimona. Z powodu braku jakichkolwiek śladów czy przesłanek innych niż zadawnione odczucie Seredy, tracimy świadomość celowości wyprawy. Równie dobrze może się okazać, że na końcu nie czeka podróżników nic prócz zawodu, a to w stosunku do przeżyć w szczególności Daimona mogłoby być po prostu niesprawiedliwe. Ale o tym będziemy myśleć dopiero w części trzeciej, w której, jak mam nadzieję, nastąpi rozwiązanie kilku nurtujących mnie kwestii.