Bramy Światłości. Tom 2 – Maja Lidia Kossakowska – recenzja

Właśnie ukazała się na półkach księgarni kolejna odsłona przygód Daimona Freya, Tańczącego na Zgliszczach, Anioła Zagłady. Drugi i nie ostatni tom „Bram Światłości” prowadzi ekspedycję Królestwa ku prawdzie przez niebezpieczeństwo i mękę, przez zgrozę i cierpienie. Czy będzie warto? Czy cena nie okaże się zbyt wysoka?

Styl pisania Kossakowskiej jest na tyle charakterystyczny, że albo się go lubi, albo razi on czytelnika i zniechęca do dalszej lektury. W znacznej mierze dzieje się tak, według mnie, za sprawą tendencji autorki do bogatych, barwnych, często wręcz ekwilibrystycznych językowo opisów, które w zderzeniu z wypowiedziami/przemyśleniami jej bohaterów mogą budzić istotny dysonans. Mnie to akurat bawi. Przypuszczam, że pisarkę również. Rynsztokowy i dosadny język, jakim posługują się bogowie, aniołowie (u upadłych to akurat nie dziwi) sprowadza ich niejednokrotnie do poziomu przysłowiowych robotników portowych. Jest tak po polsku powszedni, a w zderzeniu z rangą bohaterów wzbudza kontrowersje, rozbawienie i nierzadko sympatię, szczególnie w zestawieniu z poetyckimi opisami krajobrazów.

Wielokrotnie już pisałam, że umiejętność tworzenia niezmiernie plastycznych i wielowymiarowych światów wzbudza mój głęboki podziw. Czasem jednak mam wrażenie, że wykreowane wizje przytłaczają nawet obraz głównych postaci i wątków. W tym przypadku Strefa Poza Czasem, przez którą mozolnie przebija się ekspedycja Królestwa, momentami dominuje nad akcją, co jest dość deprymujące. Choć, z drugiej strony, feeria barw i dźwięków oraz atmosfera, jaką zbudowała dzięki temu autorka, pogrąża czytelnika w dusznym klimacie Tamoanchanu i pozwala lepiej wyczuć jego atmosferę. Nastrój grozy towarzyszący azteckim, krwawym rytuałom wewnątrz wielobarwnej dżungli powoduje, że bardziej empatycznie podchodzimy do tego, co przeżywa Abbadon i jego towarzysze.

O tak, Anioł Zagłady przeżył – nie mogło zresztą być inaczej – jednak cena jego istnienia jest naprawdę wysoka. A Matariśwan coraz bardziej pogrąża się w otchłani zazdrości i nienawiści. Co niewiarygodne, nie dostrzega tego nikt poza Lucyferem, a wydawać by się mogło, że tak doświadczeni wojownicy, badacze i magowie winni być znacznie bardziej spostrzegawczy. Tym bardziej, że przywódca Marutów posuwa się w swych działaniach naprawdę daleko.

To, co dla mnie jest dużą zaletą tego tomu, to rozłożenie ciężaru akcji również na Głębię i pozostającego w niej Pana Tajemnic, a także epizody z Dżibrilem, którego postępująca nerwica spycha w szaleństwo. Nigdy nie byłam fanką Gabriela, ale taki bezsilny, miotający się w poczuciu winy i lęku, nękany niepewnością budzi moją niezdrową fascynację, ale i współczucie, a także złość. Tak, uważam, że Kossakowska świetnie oddała stan psychiki najwyższego ze Świetlistych, uwzględniając jego charakter, dotychczasowe doświadczenia i styl bycia.

Szczerze przyznam, że bardziej niż misja ekspedycji Królestwa Światłości, zaciekawiły mnie wydarzenia w Głębi. Razjel z coraz większym trudem radzi sobie z wyzwaniami, jakie stawia przed nim podszywanie się pod Lucyfera. A wśród upadłych niemało jest tych naprawdę podłych, wyrachowanych, czyhających na byle potknięcie wroga bądź przyjaciela. Kogo? Serio? Czy w piekle można mieć przyjaciół? Książę Magów ma wątpliwą przyjemność zadrzeć z jednym z najokrutniejszych typów podziemia…

Drugi tom „Bram Światłości” dla mnie jest ciekawszy i, że się tak kolokwialnie wyrażę, lepszy od poprzedniego. Być może kogoś oburzy moja ocena, jednak będę upierać się przy swoich poglądach. Tej części zdecydowanie bliżej do wcześniejszych historii dotyczących pierzastej braci wyższej i niższej. Wielowątkowość, zwroty i tempo akcji, wyzwania, z którymi muszą mierzyć się bohaterowie – te wartości zdecydowanie dodają smaku lekturze. Ale jeśli ktoś z Was liczył, że oto pozna rozwiązanie i odkryje, gdzie ukrył się Pan – no cóż, nic z tego. Możliwe, że trzeci tom rozwieje przynajmniej część wątpliwości.