Gamedec. Zabaweczki – Marcin Sergiusz Przybyłek – recenzja

Czasami pisanie o książkach to niesamowicie prosta sprawa. Kiedy tuż po przeczytaniu mamy klarowność swoich odczuć, wystarczy nieco zastanowienia, by przelać je na papier. Bo cóż może być niejasnego po lekturze, szczególnie w określaniu swoich własnych wrażeń. A jednak są powieści inne, wywołujące czytelniczą konsternację, nie dającą się jednoznacznie zinterpretować. Teksty wymagające, zmuszające do przemyśleń i wnikliwego czytania. Książki po prostu ciężkie, mimo swojej rozrywkowej otoczki. I takim właśnie tytułem jest dla wznowiony niedawno przez Rebis Gamedec. Zabaweczki Marcina Przybyłka.

To, w jaki wielką kosmiczna intrygę wmieszał się Torkil, jest niemal nie do opowiedzenia w tych kilku zdaniach, jakie mogę przeznaczyć na zarys fabuły. Bestia nie została pokonana, a Mobilenium nie przechytrzono tak bardzo, jak nasz bohater by tego oczekiwał. W teorii przeprowadzka na Gaję powinna wszystko ustabilizować, dać niezbędną chwilę wytchnienia, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że to dopiero spowodowało falę wydarzeń niemal niemożliwych. Zaawansowanie technologiczne poszczególnych koncernów coraz bardziej przypomina magię, a doskonali żołnierze bogów. Niepokoje społeczne narastają. Nie do końca wiadomo, czy same z siebie, czy są wynikiem manipulacji. Czyżby zwykli ludzie byli tylko zabaweczkami w rękach najbogatszych?

Początek Zabaweczek był dla mnie diablo ciężki, głównie ze względu na zachowanie głównego bohatera. Mógł je sobie tłumaczyć nawet najbardziej wzniosłymi hasłami, ale takiego chamstwa i prostactwa się po nim nie spodziewałam. Genialny i niesamowicie inteligentny gamedec bardziej przypominał kipiącego od hormonów nastolatka błądzącego w ciemnościach, niż tajnego agenta, na którego kreował go poprzedni tom. Aż trudno było uwierzyć, że to ten sam człowiek, który był w stanie zdziałać tak wiele. Jednak stopniowo, ale niezwykle powoli, wyłaniał się obraz działań, jakie Torkil musiał zacząć podejmować. Niestety było tego tak wiele, że musiał się [uwaga spoiler, ale niestety konieczny dla tekstu] roztroić. Od tej pory śledzimy więc przygodę jednego tylko bohatera głównego, ale za to działającego w trzech postaciach funkcjonujących niezależnie. W tym nagromadzeniu Torkilów ledwie starcza miejsca na innych bohaterów, a narracja pierwszoosobowa nie pozwala ich poznać bardziej niż zna ich pan Anymore, co w przypadku niektórych postaci, jak chociażby Lilith Ernal, równa się wcale.

Zabieg roztrojenia głównego bohatera pozwolił na upakowanie niesamowitej ilości akcji, toczącej się w różnych miejscach w tym samym czasie. Na szczęście autor nie zapomniał o drobnych wstawkach łączących wrażenia wszystkich trzech Torkilów, dzięki czemu jesteśmy w stanie w miarę uporządkować sobie poszczególne wydarzenia, co wprowadza odrobinę porządku w całym wirze niesamowitych wydarzeń. I pewnie z tego powodu z Zabaweczek byłby świetny akcyjniak, doładowany przygodami do granic możliwości, gdyby nie warstwa przemyśleń, opisów i nowości, z jakimi czytelnik musi się zmierzyć. Jest ona na tyle rozbudowana, iż można odnieść wrażenie, że przygody Torkila są jedynie przerywnikiem pomiędzy poszczególnymi filozoficznymi wywodami autora. Nie jest to jednak tak proste, jak można by oczekiwać, głównie ze względu na całą masę nowych pojęć, z jakimi przychodzi nam się mierzyć w trakcie lektury.

Na początek czytelnik musi zmierzyć się ze zmianą każdej możliwej jednostki czasu, co zostaje dogłębnie wyjaśnione zaraz po przylocie bohatera na Gaję. Potem dochodzą nowe sprzęty, technologie, farmaceutyki, bronie, zbroje, pojazdy, pojęcia… Wszystko wnikliwie i dokładnie spisane przez autora, ale niemal nie do spamiętania po jednokrotnym przeczytaniu. Tym samym błogosławiłam pomysłodawcę słowniczka z końca książki, który tak naprawdę pozwolił mi się w tym wszystkim orientować i zaliczam go w poczet olbrzymich plusów wydania Rebisowego, o czym będę jeszcze pisać. Następnie doszły przemyślenia na temat poszczególnych wydarzeń, wyciąganie wniosków i, nazwijmy to, duchowa ewolucja Torkila. Każdy z tych elementów wymagał niezwykłego skupienia i wczytania się w tekst, zakończonego chwilą refleksji i przemyśleń, żeby to sobie wszystko poukładać. I jest to stety lub nie, zależy od punktu widzenia, niezbędne do pełnego zrozumienia treści zawartych w książce. Bez tego odbiera się jako trudną, ciężką i zwyczajnie dziwną.

Zabaweczek nie da się przejść bezrefleksyjnie. Mimo że książka do najnowszych nie należy, momentami wydaje się być doskonałym komentarzem otaczającej nas rzeczywistości, ale jeszcze nie przepełnionym taką dozą goryczy, jaką można znaleźć w nowszych tekstach Marcina Przybyłka. Muszę przyznać, że niektóre jej fragmenty siedziały we mnie dość długo, wywołując niepokój, konsternację i zastanowienie. Czasami wręcz nie mogło się obejść bez odłożenia lektury i spokojniejszego przetrawienia treści, ponieważ zwyczajnie było tego zbyt wiele na moją głowę.

Co do nowego wydania Zabaweczek Rebis odszedł od wersji dwutomowej, dając nam solidną, ponad tysiącstronicową kobyłkę, zajmującą kolosalne ilości miejsca w damskiej torebce. O ile na półce prezentuje się to niesamowicie, w szczególności z cudną grafiką na okładce i obwolutą dopasowaną do serii Horyzonty Zdarzeń, o tyle, z praktycznego punktu widzenia, czytanie tak grubej książki do najwygodniejszych nie należy. Chociaż to raczej mankament wynikły z mojego czepialstwa i faktu, że większość lektur towarzyszy mi w komunikacji miejskiej, stąd bardziej doceniam wydania “torebkowe”. Ale to tylko kwestia gustu.

Z całego serca chciałabym Wam napisać, że polecam tę książkę, że każdy powinien ją mieć, czy chociażby przeczytać, ponieważ generuje takie refleksje do jakich sami byśmy nie doszli. Nie zrobię jednak tego. Powieść ta wymaga dojrzałego czytelnika, który poświęci jej swój czas i skupienie. Nie jest to jeden z tych tytułów, jakie można błyskawicznie przepchnąć w ramach kolejnego wyzwania czytelniczego. Ja nie sprostałam jej oczekiwaniom, tym samym mam nieodparte wrażenie, że nie jestem w stanie docenić jej w pełni. Marcin Przybyłek stworzył tu coś gargantuicznego, coś niepojętego, z czego nie potrafię w czerpać w pełni na tym etapie swojego rozwoju czytelniczego. Z pewnością sięgnę po Zabaweczki raz jeszcze za kilka lat, by zobaczyć jak zmienił się mój odbiór tej lektury. W moim przypadku przykład “Zimowego Monarchy” pokazuje, że odłożenie książki na jakiś czas pomaga w odbiorze. Tu niestety musicie sami ocenić, na jakim etapie się znajdujecie. Spróbować zawsze warto, ale gdyby coś nie wyszło, powieści tej nie należy przekreślać.